Reklama

Berlinale 2014

Berlinale 2014: Wielkie otwarcie w Grand Budapest Hotelu

Pokazem filmu "Grand Budapest Hotel" Wesa Andersona zainaugurowano w czwartek, 7 lutego, 64. edycję festiwalu filmowego w Berlinie. Amerykański reżyser "zabiera widzów na karuzelę, sprawia, że kręci im się w głowach i odurza szybką jazdą bez trzymanki" - pisze wysłanniczka INTERIA.PL, Anna Bielak.

W palecie barw, z której korzysta Wes Anderson, są wiśniowe czerwienie, fiolety o odcieniu wielkopostnych szat księży katolickich i moherowe, ciepłe brązy. W ostatnim z tych kolorów najlepiej wygląda Jude Law, który wciela się w pisarza, któremu właściciel wielkiego, podupadającego "Grand Budapest Hotelu" opowiada dzieje swojego życia. Gdybyśmy chcieli silić się na metaforę, należałoby powiedzieć, że najnowszy film Andersona też jest spowiedzią - z twórczego życia artysty, który rozbudowuje swoje uniwersum i nieustannie znajduje nowe place zabaw dla ulubionych aktorów.

Reklama

Trudno więc wyobrazić sobie lepszy film na otwarcie 64. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie - pielęgnującego kontakty z raz rozpoznanymi twórcami, pozwalającego śledzić upadki i wzloty, jakie znaczą drogę ich kariery i ponad wszystko stawiającego na tradycję, u jakiej podstaw leży promowanie ryzykownych projektów i oryginalnego artystycznego kina.

Twórczość Wesa Andersona jest jednym z lepszych dowodów na to, że artyzm może iść w parze ze znakomitą rozrywką i dużym sukcesem komercyjnym. Oprócz tego, że "Grand Budapest Hotel" jest opus magnum reżysera "Rushmore" (1998) i ci, którzy znają jego twórczość, już powinni zacierać ręce w oczekiwaniu na polską premierę; to też perfekcyjna synteza tragikomedii z kinem wielkiej przygody.

Dynamiczna akcja cofa nas najpierw w czasie; wchodzimy w głąb historii trochę tak, jak wkraczaliśmy w głębiny obrazu w powieści "Czerwona wyrwa w bruku ulicznym" Alaina-Robbe Grilleta - uważnie przyglądamy się detalowi i zatapiamy w rzeczywistości, której symbol on stanowi. Zaczynając od małej harcerki, która z zapamiętaniem wpatruje się w pomnik pisarza, ożywiamy jego osobę, słuchamy jego przemówienia i idąc w ślad za słowami cofamy się do lat 60. - czasu jego młodości. Stamtąd już tylko o krok do lat 30. Najdalej w przeszłość trafiamy za sprawą właściciela Grand Budapest Hotelu, Moustafy (F. Murray Abraham), który zabiera młodego artystę w sentymentalną podróż do własnego dzieciństwa. Narratorów u Andersona nie brakuje, więc przebieg akcji jak zwykle jest wynikiem serii zapośredniczonych opowieści.


Dzięki temu, że są one w pełni zmyślone, świat przedstawiony jest sumą perfekcyjnie zestawionych i wielce atrakcyjnych elementów - specyficznej gry aktorskiej, scenografii, kostiumów, rekwizytów oraz przygód pełnych ofiar, katów, nieszczęśliwych wypadków, niewinnej miłości i rodzinnych niesnasek. Pod tym względem w uniwersum Andersona nic się jednak nie zmienia. Reżyser wciąż umie nas zaskakiwać, chociaż żongluje wątkami ze swoich poprzednich filmów. Nie powinno dziwić, że w "Grand Budapest Hotel" posypią się obcięte palce (Margot z "Genialnego klanu" uciekła z domu i wróciła do niego bez palca u dłoni), między porzuconym chłopcem a samotnym mężczyzną narodzi się niebanalna synowsko-ojcowska relacja (wspomnijmy "Podwodne życie ze Stevem Zissou"), a urzekająca Tilda Swinton pojawi się w kilkuminutowym epizodzie (jak w "Moonrise Kingdom"), ale jej obecność zawiśnie jak fatum nad resztą filmowych postaci.

W "Grand Budapest Hotel" Swinton wciela się w starą arystokratkę - Madame D. - która przez lata pała ognistym uczuciem do kierownika hotelu, M. Gustava (Ralph Fiennes), więc tuż przed śmiercią zapisuje mu w testamencie bezcenny obraz ze swojej domowej kolekcji. Oczywiście powoduje to furię reszty klanu, który z Adrienem Brodym na jej czele, przypomina Andersonowską wersję rodziny Adamsów. Przy pomocy gońca, który później stał się właścicielem hotelu i narratorem opowieści, M. Gustave kradnie jednak obraz, za co przyjdzie mu zapłacić solidną karą i wielką przygodą. Dla Andersona to czas, by zabrać widzów na karuzelę, zakręcić im w głowach i odurzyć szybką jazdą bez trzymanki.

Bohaterowie "Grand Budapest Hotel" przypominają wówczas postaci z gier komputerowych (powiedzielibyśmy dziś) lub harcerzy (jak pewnie wolałby reżyser), którzy muszą pokonać serię przeszkód, otworzyć właściwe drzwi czy otrzymać odpowiedni dar, by przejść do kolejnego poziomu gry. Czarnym charakterem w tej zabawie jest nie byle kto, bo okrutny Jopling (Willem Dafoe), który zdaje się utożsamiać wszystkie siły zła, które spadły na Europę w przededniu II wojny światowej. To bohater komiksowy i przerysowany, ale ani Anderson, ani jego bohaterowie nie boją się sztuczności. Kreujący postać młodego Moustafy Tony Revolori pewną ręką maluje sobie wąs nad górną wargą. Męskości na pewno mu to nie dodaje, ale na pewno wpływa na urok. Ten jest zaś mocną stroną nie tylko postaci tłumnie wypełniających Andersonowską rzeczywistość, ale i jej samej. Po trosze przypominającej teatralną konstrukcję albo stary salon fotografa, w jakim na wymalowanym tle i ze sztucznym kwiatkiem u boku pozuje się do zdjęcia - które po latach będzie się kochało najbardziej.

Anna Bielak, Berlin

Festiwal Filmowy Belinale

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Grand Budapest Hotel | Grand