Reklama

Paweł Domagała: Nie można bać się własnych emocji [WYWIAD]

/Bartek Warzecha /materiały prasowe

Reklama

Pisze piosenki proste i szczere. Gra w serialach, filmach, ale nagrywa też dźwięki. Paweł Domagała wydał czwarty album w swojej dyskografii. Porozmawialiśmy o mundialu, powstawaniu "Narnii" oraz najważniejszym zawodowym projekcie, czyli serialu "Rafi".

Mateusz Kamiński, Interia: W pierwszej piosence z "Narnii" śpiewasz, że "na szczyt się upada". Sukces cię zaskoczył i przytłoczył?

Paweł Domagała: - Wszystko jest związane z moimi przeżyciami, bo piszę o tym, co u mnie słychać. Rzeczywiście sądzę, że na szczyt się upada, bo żyjemy w takiej kulturze, w której przygotowuje się nas do sukcesu. Wszyscy bardzo boimy się porażki i to jest ograniczające. Boimy się podejmować ryzyko, a mi wydaje się, że koniecznie trzeba tę porażkę przeżyć. Dopiero wtedy możesz osiągnąć swój szczyt.

Reklama

Wizualizowałem sobie, że osiągasz szczyt biegnąc pod górę. Wyskakujesz, a ta góra dawno się skończyła, lecisz, lecisz i gdzieś tam spadasz. Pewnie tak jest nie tylko w mojej branży. W dziennikarstwie może też jest coś takiego jak autocenzura, kiedy boisz się, co powiedzą ludzie albo środowisko? A to przecież normalne, że czasem nie wychodzi i jak przestaniesz się tego bać, to dużo się otwiera. Ważne, żeby się tego nauczyć.

Wydaje mi się, że branże wystawione na "publiczny strzał" mają coś wspólnego ze sportem - wszyscy oceniają, czy jesteś w formie czy nie. Ostatnio czytam dużo książek sportowych. Robert Lewandowski powiedział coś, co dało mi dużo do myślenia - na pewnym poziomie, czy jesteś malarzem, artystą, aktorem, dziennikarzem - różnice robią te malutkie szczególiki w podejściu do zawodu, na które nikt nie zwraca uwagi. On to mówił w kontekście piłki nożnej, a ja myślę o tym w temacie wolnych zawodów. Przy tworzeniu płyty też towarzyszyła mi ta myśl.

Śledzisz mundial?

- Oglądam, kiedy mam czas. Jak na razie najbardziej żałuję Kanady - mocno walczyli, podobało mi się, jak grają.

Trafili na mistrzostwa świata pierwszy raz od prawie 40 lat, szybko się pożegnali. Polska świetnie wypada na tym mundialu!

- Jestem z pokolenia, które widziało pierwszy mundial z udziałem Polaków w 2002 w Korei. Pamiętam mistrzostwa świata Italia 1990, miałem wtedy 6 lat i od tego czasu oglądam.

Czyli jest w tobie jakiś sportowy duch?

- Lubię sport, ale bardziej jako widz. Powinienem coś ćwiczyć, ale już dawno tego nie robiłem. Jak poszedłem jakiś czas temu na piłkę, to od razu miałem kontuzję. Niestety umysł pamięta, a ciało już nie (uśmiech). A każda kontuzja w moim przypadku to jakaś masakra. To jest duża odpowiedzialność, gdy grasz w serialu, bo musisz być w formie, nie można pozwolić sobie na jakąś kontuzję, bo sto osób przez ciebie nie zarobi.

Wróćmy jeszcze do twojej nowej płyty. "Narnia" jest dla ciebie terapeutyczna?

- Każda płyta trochę jest, a ta szczególnie. Wiele rzeczy złożyło się na moment jej wydania. Numery pisałem w czasie, gdy świat bardzo się zmienił. Staram się więc pisać o tym, co u mnie i co mnie dotyka, ale uważam, by nie robić tego w publicystyczny sposób.

Trudno jest wylać z siebie takie skryte przemyślenia, nie boisz się czasem jak to odbiorą słuchacze?

- Szczerze mówiąc, kiedy piszę, to nie myślę o słuchaczach, tylko o sobie i o tym co przeżywam. A potem, jeśli się okazuje, że ktoś ma podobną wrażliwość, przemyślenia, przeżycia, to jest mi tylko miło i to jest wzruszające, gdy dostaję wiadomości w stylu “Mam tak samo". W momencie pisania piosenek traktuję je jako mój pamiętnik. Na pewno nie myślę, jak to zostanie odebrane - pod względem tekstowym i muzycznym. Po prostu piszę.

Co robi dziś zwycięzca "The Voice Kids"? Rozmowa z Marcinem Maciejczakiem

"Narnia" to było marzenie każdego dziecka. Czym dla ciebie była i jest teraz?

- Przede wszystkim uwielbiam C.S. Lewisa, który jest dla mnie bardzo ważnym pisarzem i miał duży wpływ na moją wrażliwość i postrzeganie świata. "Dopóki mieliśmy twarze" to jedna z moich ukochanych książek.

Narnię rozumiem jako miejsce, gdzieś w nas, którym my powinniśmy rządzić, a nie zawsze to robimy. Raz na jakiś czas trzeba wejść w tę krainę i zrobić tam porządek. I spowodować, by ta zima, która tam panuje, stała się krainą wiecznej wiosny i lata. Musimy wyjść później z tego świata, ale mieć pewność, że to wszystko jest w Narni poukładane. A to od nas zależy co tam będzie. "Narnia" jest symbolem miejsca w nas, gdzie musimy zaprowadzić porządek.

Potrzebowałeś teraz nagle to uporządkować?

- To jest trochę tak jak z książkami o Narnii. Tam też pewni bohaterowie wracali w różnych częściach, żeby stoczyć tę ostateczną bitwę. Czasem są problemy, ale trzeba tam wyruszyć, żeby ratować nawet nie siebie, ale kogoś innego. Od pewnego momentu mam takie myślenie, że trzeba być silnym. I nie mówię tu o sile zewnętrznej, ale sile moralnej, mentalnej i duchowej. W życiu mężczyzny jest konieczne, by brać odpowiedzialność za swoje życie. To nieważne czy jesteś osobą publiczną czy nie - jeśli jesteś niepoukładany i nie bierzesz odpowiedzialności za siebie, to się to rozlewa na cały świat. Dlatego w jakimś sensie walcząc o siebie walczysz o cały świat.

"Łe Łe" żartobliwie mówi o tych płaczących mężczyznach. To chyba ważny manifest z twojej strony w temacie oczekiwań wobec tych wiecznie silnych facetów?

- Zdecydowanie opowiada o tym, jak sobie wyobrażam bycia odpowiedzialnym mężczyzną. To jest nie odwaga wobec własnych emocji, brak strachu przed powiedzeniem, że się czegoś nie wie, przed poproszeniem o pomoc. W "Łe Łe" rozprawiam się z tym przekrzywionym obrazem macho, z którym się kompletnie nie zgadzam. Mężczyzna może mieć gorsze chwile, może sobie popłakać. Może być gorzej, ale bierze za to odpowiedzialność - nie obarcza nią innych, nie zrzuca winy. Chodziło mi o to, żeby zmienić ten stereotypowy obraz mężczyzny, który długo funkcjonował w kulturze i który jest bardzo szkodliwy i nie ma nic wspólnego z męskością.

Nie wyobrażałem sobie, żeby tę piosenkę napisać poważnie, bo to byłoby w moim wykonaniu jakąś nieznośną publicystyką. W każdą piosenkę, która dotyczy jakiegoś poważnego tematu staram się dodać trochę humoru i dystansu, bo dzięki temu wydaje mi się, że łatwiej jest to bardziej wzruszające i prawdziwe. Na koncertach jak widzę, że jest za bardzo patetycznie, to też rzucam jakieś żarty, żeby zdezorientować ludzi, żeby był dysonans.

Jak już jesteśmy przy dystansie, to zaśpiewałeś w jednej z piosenek: "gnoju, wszystko ci załatwił teść". Naprawdę wciąż spotykasz się z takimi zarzutami?

- Ta piosenka to trochę żart. Założyłem się z kolegą, czy byłbym w stanie napisać piosenkę, która miałaby szansę na Eurowizji (śmiech). A tak serio, to kiedyś jeden podchmielony pan krzyknął do mnie "wszystko ci załatwił teść" i bardzo mnie to rozśmieszyło. Doszedłem do wniosku, że należy mu się uwiecznienie w piosence. Ale ona jest też o tym, że masz dni, że bywa gorzej i jest tam odpowiedź na to, że "wszystko się może zdarzyć, jeśli tylko chcesz", że wystarczy chcieć - no tak to nie działa (śmiech), bardzo mi przykro.

Jesteś bardziej muzykiem czy aktorem?

- Nie rozróżniam tego. Teraz mam zdjęcia do serialu "Rafi" przeplatane z trasą koncertową. I będąc na planie wchodzę w tę aktorską wrażliwość, a jak idę na koncert to jestem muzykiem i staram się nie mieszać tych dwóch sytuacji. To całkiem inne wrażliwości i zupełnie inna część mnie. Wydaje mi się, że w muzyce wykorzystuję mniej aktorstwa niż inni muzycy, którzy nie są aktorami. Chyba dlatego, że mam tę przestrzeń kreacji i wymyślania siebie gdzie indziej. Przegląd Piosenki Aktorskiej to średnio moja estetyka, więc kiedy jestem muzykiem, to jestem muzykiem, a gdy aktorem, to aktorem. Tak samo jest z filmem, serialem i teatrem - to podobne przestrzenie, ale nie te same.

"Rafi" to twoje nowe - nie tylko aktorskie - dziecko. Co to za projekt? Pojawią się tam muzycy jak Janusz Panasewicz czy Piotr Rogucki.

- "Rafi", jeśli chodzi o aktorstwo, to najważniejsza do tej pory rzecz, jaką zrobiłem. Ten serial to był pomysł mojej żony Zuzy i mój, a teraz jesteśmy w trakcie zdjęć. “Rafi" to taka metafizyczna, bajkowa komedia obyczajowa. I rzeczywiście pojawią się tam Janusz Panasewicz i Piotrek Rogucki, który zagra jedną z głównych ról. Przypominam, że Piotrek jest z wykształcenia aktorem, i to bardzo dobrym!

To prosta historia. Jest chłopak-wirażka, który umiera i dostaje drugą szansę - musi zejść na ziemię i naprawiać pewne rzeczy, co oczywiście uruchamia siły dobra i zła. Na resztę zapraszam już do oglądania, a do słuchania na nowej płycie jest piosenka "Rafi", która powstała z myślą o serialu.

W tym roku Polsat kończy 30 lat. Wiele razy pojawiałeś się tam w różnych produkcjach i na koncertach. Z czym ci się kojarzy ta stacja? Oglądałeś może Hugo? (śmiech)

- No pewnie, że oglądałem Hugo! Pamiętam słynne "Paszporty Polsatu", "Świat według Bundych" no i oczywiście "Kiepskich". To kultowa stacja. Pamiętam też program "Na każdy temat" Mariusza Szczygła, czyli nasz pierwszy polski talk-show. Rzeczywiście, Polsat towarzyszył mi od samego dzieciństwa i z nim mi się kojarzy. To była pierwsza stacja, całkiem inna od tych dwóch, które były w telewizorze i to było prawdziwe "wow", okno na świat.

Ta stacja dobrze mi się kojarzy, bo z mojej perspektywy jest tam spoko atmosfera. Nie ma zadęcia i wydaje mi się, że są nastawieni pozytywnie do ludzi, można się dogadać, jest fajna integracja. Dzięki Polsatowi wystąpiłem po raz pierwszy na deskach Opery Leśnej. Od razu mi się to skojarzyło z tym, co widziałem jako dziecko - jak Whitney Houston była na scenie, to marzyłem, że byłoby super, by tam wystąpić. I jak już jesteś na scenie to myślisz: "Kurde, ja przecież o tym marzyłem!", a z drugiej strony myślisz: "I co, to już?". To zdecydowanie wielka historia polskiej muzyki i kultowe miejsce. Druga rzecz jest taka, że jak występujesz na żywo i masz świadomość, że ogląda cię parę milionów osób jest troszkę stresujące. Więc jest stres, ale też ogromna przyjemność.

Jesteś w trasie koncertowej, planujesz już kolejne działania?

- Cały czas jestem w trasie, a do końca roku mamy jeszcze około 15 koncertów. Potem będę kończył "Rafiego" i od marca pewnie ponownie wyruszę w dalszą część trasy. Jest to chyba najbardziej intensywny czas w moim życiu zawodowym, ale też najbardziej satysfakcjonujący. Planujemy, wkrótce wydamy nowy teledysk i nowy singel.

Premiera "Narnii" była dla mnie bardzo ważna, staram się do wszystkiego podchodzić spokojnie i oprócz oglądania sportu totalnie się wyłączyłem - nic nie czytam i nie oglądam. 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy