Piotr Trojan na Nowych Horyzontach: "Bycie aktorem to za mało"
- Pisanie to moja największa pasja. (...) Chciałbym pójść śladem aktorów w Stanach - pisać, reżyserować, produkować. Bycie aktorem to za mało - mówi w rozmowie z Interią Piotr Trojan. Podczas festiwalu BNP Paribas Nowe Horyzonty we Wrocławiu odbył się premierowy pokaz filmu Anki i Wilhelma Sasnalów "Człowiek do wszystkiego", w którym gra on jedną z głównych ról. - Są ciekawi, szukają, zadają pytania. Praca z nimi to wspólna podróż, nie reżyserska dominacja - zdradza.
We Wrocławiu na 25. BNP Paribas Nowe Horyzonty trwa retrospektywa twórczości Anki i Wilhelma Sasnalów. W ramach przeglądu premierowo zaprezentowano ich najnowszy film "Człowiek do wszystkiego", w którym główną rolę zagrał Piotr Trojan, wielokrotnie nagradzany aktor, znany z ról w takich produkcjach, jak "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy", "Johnny", "Ukryta sieć" czy czekające na premierę "Skarbek" i "Wielka Warszawska".
Produkcja oparta na książce Roberta Walsera z 1908 roku to jednocześnie kino historyczne i boleśnie aktualna opowieść o prekariacie. Z aktorem o filmie "Człowiek do wszystkiego" i zbliżających się premierach seriali "Odwilż 3", "Klangor 2" i "Piekło kobiet" rozmawia Marcin Radomski.
Marcin Radomski: Czym był dla ciebie udział w "Człowieku do wszystkiego"?
Piotr Trojan: - To była dla mnie ogromna przygoda, spotkanie z artystami, którzy naprawdę są artystami. Gdzie nie rozmawiamy o tym, "jak zagrać", tylko o tym, czym jest sztuka. To była magiczna praca, głębokie rozmowy. Film nie ma szans na życie w streamingu ani na wsparcie komercyjne, ale kiedy pierwszy raz go zobaczyłem, naprawdę się wzruszyłem.
To kino kręcone na taśmie, z wyraźnie stylizowaną formą. Co wyróżniało tę pracę?
- Kręciliśmy bez podglądu - nie widzisz, czy "wyszło", nie wiesz, czy dobrze zagrałeś. A ta sztuczność - języka, formy, świata - to właśnie dla mnie istota sztuki. W filmie mieszamy światy: kostiumowy i współczesny. Byłem przeciwnikiem tego pomysłu, ale po seansie poczułem: "kurczę, to działa". Ta historia jest ponadczasowa, o człowieku, który musi się na wszystko godzić, żeby przetrwać.
Kim jest tytułowy "człowiek do wszystkiego"?
- To prekariusz. Trafia do upadającej willi wynalazcy, gdzie staje się jego służącym, kochankiem, trochę psem domowym. Nie dostaje pieniędzy, tylko jedzenie i miejsce do spania. I się na to godzi, bo nie ma wyjścia. Ja też się kiedyś godziłem - spałem w loży Stalina w Teatrze Dramatycznym, jadłem w Pizza Hut "jesz ile chcesz", bo musiałem zdobyć pozycję. I teraz po seansie filmu usłyszałem od znajomych, że to jest też "ich życie".
W filmie jest niewiele dialogów. To cecha charakterystyczna dla kina Sasnalów. Jak wyglądała wasza współpraca?
- Spędziliśmy razem mnóstwo czasu. Pamiętam, jak błagałem Wilhelma: "filmuj mnie, mam to przygotowane", a on i tak ustawił kamerę na tył mojej głowy (śmiech), ale to było uczące. U nich nikt nie wie lepiej, nikt nie dominuje - jesteśmy razem w tym procesie. Bardzo organiczne doświadczenie.
Sasnalowie nie są filmowcami po szkołach filmowych, tylko artystami wizualnymi. Czy to zmienia podejście do reżyserii?
- Bardzo. Oni nie mają gotowych schematów. Są ciekawi, szukają, zadają pytania. Praca z nimi to wspólna podróż, nie reżyserska dominacja. Mam podobne doświadczenia z Jankiem Holoubkiem czy Danielem Jaroszkiem. Z nimi też pracuje się inaczej niż z "szkolnymi" reżyserami.
Co cię najbardziej poruszyło, kiedy obejrzałeś gotowy film "Człowiek do wszystkiego"?
- Historia pani Toblerowej, czyli kobiety, która zostaje z dwoma beznadziejnymi facetami i tym kapitalistycznym upadkiem. Aż mnie ścisnęło. Ja wiem, jak to jest żyć w świecie, w którym pieniądze cię warunkują, ustalają twoją pozycję i psychikę. Dziś już tego nie mam, ale wielu ludzi wciąż żyje z dnia na dzień. I choć książka ma ponad sto lat, ta sytuacja się nie zmienia.
Co teraz dzieje się u ciebie zawodowo?
- Gram w trzecim sezonie "Odwilży" Xawerego Żuławskiego. Kryminał w skandynawskim stylu, świetnie napisany. Gram partnera głównej bohaterki, Zawiei - ruszamy razem do akcji. Zdjęcia w Szczecinie, surowo, mrocznie, zimno. Grzaliśmy się w ocieplaczach, ale czapki nie mogliśmy nosić, bo przecież aktor musi pokazać twarz (śmiech).
I za chwilę premiera kolejnej kontynuacji serialowej "Klangor 2". I też rola policjanta?
- Tak, ale inna. Zdjęcia w Świnoujściu, znów zimą. Po tym zagrałem w kostiumowym serialu "Piekło kobiet" o trudnej sytuacji kobiet w dwudziestoleciu międzywojennym. Bardzo mocny temat. I znowu: policjant. Trzy razy policjant w jednym sezonie - chyba czas na coś milszego, słonecznego.
Czyli pora polecieć do twoich ulubionych Włoch?
- Tak! W sierpniu spędzę tam trzy tygodnie. Kręcimy polsko-czeski film, gram pilota, jadę na szkolenie do Pragi. Uwielbiam Czechy i ich podejście do życia. A wcześniej, komedia z Tomkiem Koneckim. Gram beznadziejnego stand-upera, który robi żenujące występy. Uwielbiam komedie. Chciałbym tylko to robić.
A przeczytałem, że chcesz przestać być aktorem. Czy to prawda?
- Tak, ale jeszcze nie teraz. Bo pisanie to moja największa pasja. Jedna fabuła jest w przygotowaniu, teraz piszę serial. Uwielbiam kreować świat. Są tam cytaty mojej babci, historie znajomych. Oglądam masterclassy, uczę się od Agnieszki Smoczyńskiej, Roberta Bolescy. Chciałbym pójść śladem aktorów w Stanach - pisać, reżyserować, produkować. Bycie aktorem to za mało.
A reżyseria?
- W tym roku już miałem startować, ale stwierdziłem: jeszcze nie jestem gotowy. W przyszłym - tak. I pewnie siebie obsadzę (śmiech). Bo tworzenie świata od podstaw to coś, co mnie naprawdę kręci. Nie chcę, żeby na nagrobku było: "zagrał 750 ról". To za mało.