Mistrz kina w końcu doceniony?
Bywa nazywany jednym z najlepszych reżyserów współczesnego kina, żywym klasykiem, wszechstronnym wizjonerem na miarę Stanleya Kubricka. Próbował sił w widowiskach i komediach. W poprzednich filmach zaglądał za kulisy przemysłu erotycznego ("Boogie Nights"), dotykał tematu parareligijnych stowarzyszeń ("Mistrz"). Tematem jego życia, powracającym w różnych kontekstach, jest Ameryka. Najdobitniej pokazał to film "Aż poleje się krew", jego największe dzieło - mocne, wywrotowe kino, które uderza w mit założycielski Stanów Zjednoczonych, w ideę "amerykańskiego snu", w związki religii i kapitalizmu. W 2008 roku Anderson otrzymał pierwszą w karierze nominację w kategorii najlepsza reżyseria. Na drodze do Oscara stanęli mu bracia Coen z filmem "To nie jest kraj dla starych ludzi".
W "Jednej bitwie po drugiej" Anderson powraca do tematu, po raz drugi adaptując powieść Thomasa Pynchona (wcześniej nakręcił "Wadę ukrytą" z Joaquinem Phoenixem w roli głównej). Z tą różnicą, że jego nowy film ma w sobie coś współczesnego i aktualnego - już pierwsza scena wydaje się kreślić mocno polityczny kontekst. Zamaskowana, uzbrojona bojówka atakuje przygraniczny ośrodek detencyjny, by uwolnić nielegalnych imigrantów. Anderson nie osadza akcji w konkretnym czasie, nie interesuje go kino interwencyjne, dosadny komentarz zastępuje groteska, zwariowane tempo - pościgi, ucieczki, strzelaniny. Paul Thomas Anderson ponownie nakręcił film o Ameryce, tyle że tym razem ubrał go w szaty kina akcji, a jego prawidła wywrócił na nice. To najdroższa produkcja w karierze reżysera - z budżetem sięgającym 150 milionów dolarów.
Wschodząca gwiazda
Stawkę konkursową zdominował w tym roku jednak ktoś inny - najwięcej nominacji, nie tylko w tegorocznym rozdaniu, co w całej historii Oscarów, zdobyli "Grzesznicy". W porównaniu do Andersona, weterana branży, Ryan Coogler to wschodząca gwiazda. Dekadę temu zasłynął za sprawą filmu "Creed: Narodziny legendy", sequela serii "Rocky". Kilka lat później dołączył do uniwersum Marvela, kręcąc dwie części "Czarnej Pantery". Coogler stał się synonimem twórcy pracującego na popularnych franczyzach i gigantycznych budżetach, poruszającego się w obrębie ścisłego mainstreamu.
"Grzesznicy" to ciekawy wyłom w karierze reżysera, odsłaniający jego autorskie ambicje. To filmowy-patchwork, swoista gra popkulturowych skojarzeń, wariacja na temat "Od zmierzchu do świtu" Roberta Rodrigueza. Co ważne, Coogler - choć opowiada o dziedziczeniu traumy, wyzysku i systemowym rasizmie w Ameryce - nie moralizuje wprost, raczej umiejętnie operuje cytatem, parabolą, powołuje się na tradycje Afroamerykanów, na niepowtarzalne elementy ich kultury, z których czerpią dumę. Gdyby statuetka trafiła do Cooglera, byłby on pierwszym czarnym reżyserem, który otrzymał nagrodę za reżyserię. Nie dokonał tego ani Spike Lee, ani Barry Jenkins, twórca oscarowego "Moonlight".
Europejski pretendent
Wśród faworytów znajduje się również Norweg Joachim Trier, jedyny reżyser spoza Stanów, który coraz śmielej przepycha się nie tylko do europejskiej, ale światowej czołówki. Cztery lata temu otrzymał nominację do Oscara za scenariusz "Najgorszego człowieka na świecie", dziś jego "Wartość sentymentalna" walczy o dziewięć statuetek.
Nie ma w tym nic dziwnego, bo Oscary, choć skoncentrowane głównie na produkcjach amerykańskich, na przestrzeni dekad otwierały się na zagraniczne rynki i doceniały twórców europejskich. Do Oscara za reżyserię nominowani byli Ingmar Bergman i Federico Fellini (obaj trzykrotnie), wśród nich byli również m.in. Pedro Almodóvar, Michael Haneke, a także Polacy - Andrzej Wajda, Krzysztof Kieślowski oraz Paweł Pawlikowski. Ostatecznie statuetkę udało się zdobyć niewielu spośród nieanglojęzycznych reżyserów, w ostatnich latach byli to Alfonso Cuarón ("Roma") i Bong Joon-ho ("Parasite"). Trudno stwierdzić, czy Trier staje się twórcą porównywalnego formatu, ale z pewnością jest o nim coraz głośniej, pomijając jak świetne tworzy filmy, to dodatkowo marketing w trakcie kampanii oscarowej robi swoje - "Wartość sentymentalna" to ulubiony film Timothée Chalameta w 2025 roku.
Jedyna kobieta i kontrowersyjny twórca
Kolejną nominowaną, i jedyną kobietą w tym gronie, jest Chloé Zhao, laureatka Oscara za "Nomadland", która w tym roku powraca z filmem "Hamnet", docenionym przez publiczność na festiwalu w Toronto. Trudno stwierdzić, jak wyglądają szanse reżyserki na tle tegorocznej, wyjątkowo silnej stawki. Historia Agnes, żony Williama Szekspira, próbującej pogodzić się ze stratą jedynego syna, nie ma tak szeroko zakrojonej kampanii promocyjnej jak kontrkandydaci (dla porównania: budżet "Jednej bitwy po drugiej" pięciokrotnie przewyższa budżet "Hamneta", co zapewne przekłada się również na kampanię oscarową).
Przez pewien czas czarnym koniem kategorii wydawał się Josh Safdie, reżyser "Wielkiego Marty'ego", filmu, który rozbił bank, jeśli chodzi o box office i zawładnął wyobraźnią amerykańskich widzów. Na ostatniej prostej do mediów powróciła bulwersująca historia z planu filmu "Good Time" (2017), który Josh zrealizował ze swoim bratem Bennym. Sprawa dotyczy nieletniej aktorki, która zagrała w scenie intymnej z aktorem Buddym Duressem, który miał dopuścić się nieodpowiedniego zachowania wobec nastolatki. Według relacji świadków Josh nie przerwał sceny, narażając dziewczynę na traumatyczne doświadczenie. Ponadto emocje wzbudzał casting "Wielkiego Marty'ego" - Safdie w jednej z kluczowych ról obsadził Kevina O'Leary'ego, kanadyjskiego biznesmena, który publicznie deklaruje poparcie dla administracji Donalda Trumpa oraz popiera użycie sztucznej inteligencji w branży filmowej, by oszczędzić na aktorach i statystach.
Gala oscarowa odbędzie się w nocy z 15 na 16 marca czasu polskiego.
Oscary 2026: Moje typy:
Najlepszy film - "Jedna bitwa po drugiej"
Najlepszy reżyser - Paul Thomas Anderson ("Jedna bitwa po drugiej")
Najlepszy aktor pierwszoplanowy - Timothée Chalamet ("Wielki Marty")
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - Jessie Buckley ("Hamnet")
Najlepszy aktor drugoplanowy - Sean Penn ("Jedna bitwa po drugiej")
Najlepsza aktorka drugoplanowa - Teyana Taylor ("Jedna bitwa po drugiej")














