Chwilę po odebraniu statuetek laureaci pojawiają się w specjalnym press roomie, gdzie spotykają się z dziennikarzami i odpowiadają na pytania, dotyczące kulis powstawania nagrodzonych produkcji. Artur Zaborski, który był na konferencji prasowej z Ludwigiem Göranssonem, relacjonuje dla nas, co powiedział laureat.
Przypomnijmy, że Ludwig Göransson ma nas swym koncie już trzy Oscary - za muzykę do filmów "Czarna Pantera", "Oppenheimer" i teraz za "Grzeszników".
To twój trzeci Oscar, za bardzo duży i głośny film. Jak się teraz czujesz? I co twoim zdaniem to zwycięstwo oznacza dla szwedzkiej twórczości muzycznej?
Ludwig Göransson: - Dziękuję bardzo. Myślę, że to znaczy bardzo dużo. Kiedy dorastałem, filmy o muzyce, które oglądałem, nie były liczne, ale były bardzo ważne. Myślę, że ten film muzyczny zainspiruje wiele pokoleń dzieci i młodych ludzi, którzy będą chcieli tworzyć muzykę albo wziąć gitarę do ręki. Film tej skali, opowiadający o muzyce, może naprawdę zainspirować całe pokolenia młodych ludzi.
Dotąd tylko jedna Szwedka zdobyła trzy Oscary - Ingrid Bergman. Jak się czujesz, dokonując czegoś podobnego?
- To naprawdę wiele dla mnie znaczy - zwłaszcza przeżywać ten moment razem z Ryanem Cooglerem, z którym pracuję już 16 lat. I z Michaelem B. Jordanem - to nasz piąty film razem. Jesteśmy jak rodzina. Rodzina, która razem dorasta i razem przechodzi przez te wszystkie doświadczenia. To dla mnie bardzo ważne. Ten film był też dla mnie wyjątkowy, bo nigdy wcześniej nie byłem tak głęboko zaangażowany w produkcję filmu. Razem z moją partnerką Sereną - która była producentką muzyczną - przeprowadziliśmy się z rodziną do Nowego Orleanu. Byliśmy tam przez cały okres zdjęć. Proces preprodukcji i postprodukcji był najdłuższym projektem, nad jakim pracowałem. Dlatego jestem z niego bardzo dumny.
Mówiliśmy już o Ingrid Bergman i o znaczeniu tego momentu dla szwedzkiego kina. Chciałbym zapytać: jak zamierzasz to świętować? To twój trzeci Oscar i bardzo udany sezon nagród. Jak zamykasz ten rozdział?
- Mój tata jest tutaj, moja mama i moja siostra - wszyscy przyjechali ze Szwecji. Ten film jest dla mnie bardzo osobisty. Mój tata był gitarzystą i wielkim fanem bluesa. Mieszkał w Szwecji, ale w latach 60. usłyszał bluesa i to zmieniło jego życie. Chciał zostać bluesmanem, mimo że nigdy wcześniej nie był w Stanach i nie miał bezpośredniego kontaktu z tą kulturą. Ale muzyka była tak potężna, że całkowicie go odmieniła. To samo przydarzyło się wielu nastolatkom w Europie w latach 50. i 60. - potęga bluesa była ogromna.
- Kiedy miałem około ośmiu lat, odkryłem Metallicę - i to stało się moją muzyczną tożsamością. Wtedy nie myślałem o tym, że bez bluesa nie byłoby Metalliki. Bez bluesa nie byłoby ogromnej części muzyki, którą dziś znamy. Muzyka do Sinners jest więc dla mnie osobistą podróżą powrotu do muzyki, którą mój tata puszczał mi jako dziecku. Jak będę świętował? Z moją rodziną ze Szwecji i z moją drugą rodziną z filmu Sinners. Z Ryanem pracuję już 16 lat, z Michaelem B. Jordanem zrobiliśmy pięć filmów. To coś wyjątkowego - pracować razem przez tak długi czas.
Mówiłeś o swoim ojcu i bluesie z lat 60. Gdzie on wtedy słuchał tej muzyki?
- Kupował płyty w lokalnym sklepie muzycznym w Linköping w Szwecji. Na przykład płyty Johna Lee Hookera. Później słyszał też blues na żywo, bo wielu bluesowych muzyków w tamtym czasie nie mogło występować w niektórych miejscach w USA. Dlatego zaczęli grać koncerty w Europie. Muzycy tacy jak Mick Jagger, John Lennon czy Paul McCartney usłyszeli blues i zainspirowali się nim. Pomogli sprowadzać bluesmanów do Europy. Kiedy artyści tacy jak Howlin' Wolf czy Buddy Guy zaczęli grać w Europie i zdobyli tam popularność, dopiero wtedy mogli wrócić do USA i grać w amerykańskich salach koncertowych. I jeszcze jedna zabawna historia. Ulubionym gitarzystą mojego taty był Albert King. Mój tata bardzo chciał nazwać mnie Albert, właśnie na jego cześć. Ale moja mama wygrała tę dyskusję - i zostałem Ludwigiem.
Wszystkie informacje na temat Oscarów znajdziecie w naszym serwisie specjalnym Oscary 2026!












