Ryan, patrząc na twoją wieloletnią współpracę z Michaelem B. Jordanem, można ją porównać do relacji Phila Jacksona i Kobe Bryanta. W którym momencie, pisząc scenariusz, zdecydowałeś, że Michael powinien zagrać obie role w tym filmie?
Ryan Coogler: - Od samego początku. Kiedy tylko wyobraziłem sobie, kim będą te dwie postacie, wiedziałem, że muszę zadzwonić do Mike'a. Trochę z tym zwlekałem. Ale zanim zdążyłem się do niego odezwać, on sam zadzwonił do mnie, pytając, czy byłbym zainteresowany projektem, nad którym pracował niezależnie. Powiedziałem mu wtedy, że to nie jest dobry moment. Trochę się na mnie zdenerwował, więc musiałem opowiedzieć mu o tym filmie wcześniej, niż planowałem. Chciałem najpierw dopracować scenariusz, zanim mu go pokażę. Ale trochę mnie uprzedził, więc ja musiałem przyspieszyć. Na szczęście powiedział: "tak".
"Grzeszników" zadedykowałeś swojemu zmarłemu wujkowi Jamesowi, który zapoznał cię z bluesem. Jak się czujesz, widząc historię tak mocno zakorzenioną w twojej rodzinnej historii, która dziś zdobywa tak prestiżową nagrodę?
- Jestem niesamowicie wdzięczny, że ludzie zaangażowali się w ten film w kinach. To zawsze była historia, o której dużo myślałem. Często jest tak, że kiedy piszesz o czymś, co naprawdę ma dla ciebie znaczenie, okazuje się, że ma to znaczenie także dla innych ludzi. Oczywiście, jeśli potrafisz przekazać emocje we właściwy sposób. Dlatego czuję się zaszczycony.
- Muszę też przyznać, że dziś wieczorem za mało mówiłem o moim wujku Jamesie. Znaczył dla mnie wszystko. Dopiero dziś, kiedy o tym mówiłem i myślałem o moich rodzicach, uświadomiłem sobie coś ważnego. Moi rodzice stracili swoich ojców w odstępie kilku tygodni, niedługo po tym, jak się pobrali. Nigdy więc nie poznałem moich dziadków. Dlatego wujek James był dla mnie najbardziej zbliżoną osobą do dziadka, jaką miałem. To on opowiadał mi historie o Mississippi. To on puszczał mi bluesa i tłumaczył mi tę muzykę. I czuję, że wciąż daje mi prezenty z miejsca, w którym teraz jest. Jestem bardzo dumny, że mogłem opowiedzieć tę historię.
"Grzesznicy" zaczynają być wykorzystywani w programach nauczania. Ponieważ interesujesz się historią i edukacją - gdyby ten film był przedmiotem zajęć, czego chciałbyś, żeby studenci się z niego nauczyli?
- Szczerze mówiąc - nie jestem wystarczająco mądry, żeby uczyć na uniwersytecie. Mam ogromny szacunek dla profesorów. Na każdym poziomie edukacji. Mam małe dzieci i obserwuję nauczycieli - jestem zdumiony, jak potrafią cokolwiek zrobić z taką grupą maluchów. Stoję tutaj dziś dzięki jednej nauczycielce. Profesor kreatywnego pisania ze St. Mary's College - Rosemary Graham. Miałem 17 lat, pierwszy rok studiów. Przeczytała moje pierwsze zadanie i powiedziała: "Powinieneś pojechać do Hollywood i pisać scenariusze". Dosłownie tak powiedziała. Dlatego mam ogromny szacunek dla każdego, kto poświęca swoje życie przyszłym pokoleniom i dba o rozwój ich umysłów. Jeśli kiedyś ktoś będzie chciał prowadzić zajęcia o moim filmie - zostawiam to w ich rękach. Na pewno będą wiedzieli, jak zrobić to najlepiej.












