Wow, jesteście niesamowici. Udało wam się, zrobiliście to. Kiedy rozmawialiśmy wcześniej, mówiłeś, że ludzie, z którymi pracujecie, są jak w waszej piaskownicy. Teraz to już globalna piaskownica. Czy myśleliście o tym, że zapraszacie wszystkich do tej waszej globalnej piaskownicy?
Maciej Szczerbowski: - Oczywiście, że nie. Ludzie w naszej piaskownicy to ludzie, których dzieci bawią się z naszymi dziećmi. To ludzie, których spotykamy w barze. To bardzo mały świat i ja uwielbiam to, że jest mały. Poświęciłem większość energii na to, żeby moje życie było bardzo, bardzo małe. I właśnie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Ta piaskownica jest naprawdę maleńka. Chciałbym też pozdrowić Polskę - Poznań. Kocham was. Dziękuję, że od czasu do czasu mnie zapraszacie. To dla nas obu zaszczyt. Kochamy się i mamy nadzieję, że będziemy się spotykać jak najdłużej.
Mam pytanie o wasz "zestaw narzędzi w piaskownicy". Wspomnieliście o pięciu latach pracy nad filmem. W erze nowych technologii filmowych można by pomyśleć, że narzędzia skracają taki proces. Czy możecie opowiedzieć, z czego korzystaliście i dlaczego mimo wszystko była to tak żmudna praca?
Chris Lavis: - W pewnym sensie to bardzo tradycyjny film poklatkowy. Stop-motion działa podobnie jak film aktorski - tylko że wszystko robi się klatka po klatce. Jedna klatka po drugiej, bardzo powoli. Zrobienie filmu zajmuje pięć lat. Jeśli uda się zrobić dwie sekundy animacji dziennie, to jest wspaniały dzień. Używamy właściwie tych samych lamp, filtrów i sprzętu co w filmie aktorskim - tylko w bardzo małych wersjach. Naprawdę. Jeśli chodzi o oprogramowanie, to niewiele się zmieniło. Lubimy technologię, ale nie jesteśmy jej fanatykami.
Maciej Szczerbowski: - Dzięki za przypomnienie, że film powstawał przez połowę życia mojej córki. Trochę się tego wstydzimy, nie ukrywam.
Chris Lavis: - Czuję, że gdy zaczynamy mówić technicznie, wszyscy tu zasypiają. Dla mnie to po prostu robienie filmów. Szczerze mówiąc, wciąż nie mogę uwierzyć, co się właśnie wydarzyło.
Maciej Szczerbowski: - My naprawdę studiujemy pracę operatorów filmowych. Naszym zadaniem jest przełożyć to, co robią w prawdziwym kinie, na nasze trochę dziwne filmy z lalkami. I chyba zrobiliśmy coś dobrze, skoro pytacie o takie rzeczy.
Chris Lavis: - W pewnym sensie to też dowód na wartość ręcznie robionej sztuki w cyfrowej epoce.
Film jest niezwykle bogaty wizualnie i narracyjnie. Bardzo mi się podobał. Proszę powiedzieć, jak narodził się pomysł, by zamienić smutek w coś wartościowego?
Chris Lavis: - To piękne pytanie. Jedną z inspiracji były historie o relikwiach świętych. Kość świętego jest czymś bezcennym. Tyle że w rzeczywistości w średniowieczu można było taką relikwię kupić. W wielu kościołach znajdowały się małe fragmenty kości świętych. Zafascynowała nas ta sprzeczność: że nawet najbardziej duchowe i święte rzeczy mogą mieć swoją wartość rynkową. I zderzenie tych dwóch porządków - duchowego i materialnego - jest w pewnym sensie tematem filmu.
Szczególnie uderzył mnie wygląd postaci. Stop-motion jest świetne, ale bohaterowie mają niezwykle charakterystyczny wygląd - są trochę surowi, trochę zużyci, jakby ręcznie złożeni. Skąd wziął się ten styl wizualny?
Maciej Szczerbowski: - Odpowiedź jest dla nas zabawna. Zielone światło na realizację filmu dostaliśmy dzień przed lockdownem covidowym. Zamiast zacząć pracę w studiu, zostaliśmy zamknięci w domach. Nie mogliśmy pracować razem, mimo że współpracujemy od 30 lat. Ja budowałem ciała lalek w domu, Chris budował głowy lalek u siebie. Ustaliliśmy, że spotkamy się w piątek w zaułku za moim domem i zobaczymy, jak nam idzie. Kiedy pokazaliśmy sobie nasze elementy, trzymając je jak najdalej od siebie, okazało się, że głowy są dwa razy większe niż powinny być, a ciała za małe. Krótko mówiąc - kompletnie zawaliliśmy sprawę. Ale nie było już odwrotu. Postanowiliśmy więc zrobić film z lalkami, które mają gigantyczne głowy.
Chris Lavis: - I to będzie wasz nagłówek: "Laureaci Oscara przyznają: kompletnie zawaliliśmy sprawę".
"The Girl Who Cried Pearls" z Oscarem
W "The Girl Who Cried Pearls" ubogi chłopiec zakochuje się z dziewczynce, której łzy zamieniają się w perły. Chłopak sprzedaje je właścicielowi lombardu, który wciąż domaga się ich więcej.
Maciej Szczerbowski wyznał, że prace nad filmem trwały aż pięć lat. Urodzony w Poznaniu artysta nakręcił animację z Chrisem Lavisem. Panowie tworzą zgrany duet już od wielu lat. Po raz pierwszy byli nominowani do Oscara w 2008 roku za "Madame Tutli-Putli", ale wówczas musieli przełknąć gorycz porażki.
Tym razem nie mieli sobie równych. W pokonanym polu zostawili filmy: "Motyl", "Wiecznie zielony", "Plan emerytalny" i "Tri sestry".
Kim jest Maciej Szczerbowski?
Maciej Szczerbowski wyjechał z Polski z rodzicami w 1981 roku tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego. Początkowo trafili do Austrii, a po roku przenieśli się do Kanady. To właśnie tam dorastał i rozwijał swoją miłość do sztuki. Dziś jest jednym z najbardziej znanych twórców animacji na świecie.
"Czuję się Kanadyjczykiem, zdecydowanie. Czuję się jak francuski Anglik. Ale wciąż należę do was, na zawsze. Kocham Polskę" - wyznał w "Dzień Dobry TVN".












