Jim Sheridan urodził się 6 lutego 1949 roku. W czasie studiów zainteresował się teatrem i to z nim związał pierwsze dekady swej kariery artystycznej. W wieku 40 lat debiutował jako reżyser filmowy "Moją lewą stopą", która okazała się sukcesem artystycznym i frekwencyjnym. Grający w niej Daniel Day-Lewis i Brenda Flicker otrzymali za swoje role po Oscarze.
Sheridan stał się szybko jednym z najważniejszych irlandzkich reżyserów. "W imię ojca" przyniosło mu Złotego Niedźwiedzia w Berlinie w 1994 roku. Był sześciokrotnie nominowany do Oscara. Uznanie przyniosły mu filmy "Pole", "Bokser", "Nasza Ameryka" i "Bracia".
"Werdykt", który znalazł się w programie 19. edycji festiwalu Mastercard OFF CAMERA, wejdzie do polskich kin 22 maja 2026 roku. Opowiada o fikcyjnym procesie w sprawie niewyjaśnionego morderstwa francuskiej producentki Sophie Toscan du Plantier z grudnia 1996 roku. Sheridan przedstawia w nim najważniejsze wątki i dowody śledztwa.
Jim Sheridan nakręcił swój film z powodu dokumentu Netfliksa
Jakub Izdebski, Interia Film: W tym roku w czasie festiwalu Mastercard OFF CAMERA zobaczymy pana ostatni film "Werdykt". Opowiada o jednej z najbardziej niesławnych nierozwiązanych spraw w historii Irlandii: zabójstwie Sophie Toscan du Plantier. Pięć lat temu nakręcił pan na jej temat dokumentalny miniserial "Morderstwo w Schull". Dlaczego zdecydował się pan wrócić do tej historii?
Jim Sheridan: - Dziwna sytuacja. Nakręciłem swój dokument, a Netflix w tym samym czasie kręcił swój. Chyba liczyli na to, że zrezygnuję, gdy się o tym dowiem, ale tego nie zrobiłem. Tyle że nasz dokument był pokazywany w Anglii, Włoszech i w telewizji Sky. A ich jest dostępny w 160 krajach. Pomyślałem, że to jest chyba nie fair. Postanowiłem, że w odpowiedzi na oba seriale nakręcę film. Także po to, by utrzymać historię przy życiu. Osobiście nie wierzę, że zabójca został zidentyfikowany. Dokument Netfliksa skłania się ku teorii, że dziennikarz Ian Bailey był winny. Ja nie mogłem w to uwierzyć. Niedawno irlandzka policja otrzymała nową technologię DNA. Każdy dziennikarz w Irlandii pytał, jak zareaguje Jim Sheridan, gdy badania potwierdzą, że to Bailey. Teraz siedzą cicho. Nie ma żadnych śladów DNA, nikt nie wie, gdzie są i co się dzieje. A tylko takie badania mogłyby nam powiedzieć, co naprawdę się stało.
Sprawa jest prawdziwa, ale wydarzenia w pana filmie, obrady przysięgłych, to fikcja. W wielu kwestiach przypomina mi "12 gniewnych ludzi" Sidneya Lumeta. Dlaczego wybrał pan tę formę, by opowiedzieć tę historię?
- "12 gniewnych ludzi" to wspaniały film z genialną strukturą. Ma jedną niedogodność. Nie znasz osoby, której dotyczy proces. Widzimy ją tylko na jednym ujęciu. Trudno się z nim identyfikować. Jednak film, Henry Fonda i Sidney Lumet są wspaniali. Pomyślałem, że złożę mu hołd i wykorzystam jego strukturę w ukazaniu prawdziwej historii. Potraktuję ją jak fikcję, bo dzięki temu będę mógł powiedzieć więcej niż w dokumencie. Musiałam też uważać, by nikt mnie nie pozwał. Nie chciałem, żeby ktoś mnie ścigał za zniesławienie lub podobne rzeczy.

Jim Sheridan chciał uchwycić w swoim filmie ducha ofiary
Nakręcił pan swój miniserial. Pana współreżyser i współscenarzysta David Merriman także pracował wcześniej nad tą historią. Czy musieliście wykonać dalsze przygotowania przed zdjęciami do filmu? Czy też od początku wiedzieliście, w jakim kierunku zmierzacie?
- Prawdę mówiąc, nie wiedzieliśmy, do jakich wniosków dojdą przysięgli. Mieliśmy outline scenariusza, a ja wiedziałem ze wszystkich najwięcej o tej historii. Vicky Krieps też zrobiła spory research, bo początkowo mieliśmy razem zrobić dokument. Tylko przekroczyliśmy budżet, więc ograniczyliśmy wszystko do jednego pokoju. Postanowiłem nakręcić dramat sądowy. Napisałem go w pięć lub dziesięć dni. Nakręciłem w tydzień. Gdy skończyłem, dokręciliśmy jeszcze trochę materiału. To było jak szukanie prawdy, w jaki sposób się tylko da. Przy pomocy dokumentu lub fikcji.
Wspomniał pan o Vicky Krieps. Gra przysięgłą numer 8. Jest niejako duchem ofiary. W ten sposób oddaje jej pan głos.
- W dokumencie, który początkowo planowałem, Vicky miała grać Sophie. Ja miałem za nią podążać. To nie zadziałało, bo musielibyśmy zbudować scenografię. To byłoby za trudne. Zmieniliśmy to na dramat sądowy, ale Vicky zatrzymała w jakiś sposób w sobie i w tym pokoju ducha Sophie. W wielu aspektach ją reprezentuje. Nie powiem, że bada własną śmierć, ale coś blisko tego.
Jim Sheridan o Tadeuszu Kantorze. "Pożyczyłem to od niego"
Gra pan przysięgłego numer 1. W czasie ceremonii otwarcia festiwalu Mastercard OFF CAMERA, wspominał pan Tadeusza Kantora, polskiego reżysera teatralnego. W "Werdykcie" przypominał mi pan Kantora. Jest pan na scenie, razem ze swoimi aktorami, a pana postać jest swego rodzaju reżyserem, konfrontującym bohaterów z ich uczuciami i dowodami w sprawie.
- Nigdy nie patrzyłem na to w ten sposób. Robiłem kiedyś program "Inner City/Outer Space", który skupiał się na sytuacji mieszkaniowej w Irlandii. Ustawiłem aktorów na małej scenie. Spadali z niej. Myślałem, że oszaleją z tego powodu. Zrobiłem to specjalnie. Reżyserowałem ich w trakcie spektaklu. Oczywiście, pożyczyłem to od Kantora. Umieszczenie reżysera w środku historii i zrobienie z tego wydarzenia było genialne. Szczególnie w "Umarłej klasie", gdzie aktorzy niosą swoje małe sobowtóry. Dla mnie było to bardzo niepokojące i genialne. I inne od wszystkiego, co widziałem. Weźmy coś przeciwnego. Na przykład Petera Brooka, który też jest genialny. On powiedziałby: "dajcie mi pustą przestrzeń, a zrobię teatr". Moje podejście jest inne. Peter, podziwiam twój geniusz, ale nie może być pustych przestrzeni. Ona zawsze jest wypełniona. Fizycznie, przez kogoś, lub duchowo. To zupełnie inna konstrukcja. U Kantora to piwnica, a nad nią chodzą naziści. Musi działać cicho, ale się nie zatrzymuje. To miejsce opętania, rewolucji, oporu. Nie myślałem o tym w kontekście przysięgłego numer 1, ale masz racje. Nie jest to tak głębokie i wymowne jak dokonania Kantora, ale w pewien sposób podobne. Pozwoliło mi to być prawdziwszym, niż byłbym zwykle. W takim wypadku zastanawiałbym się, jaką gram rolę, jak utrzymać to w kupie.

Jim Sheridan o duchowości i "Dekalogu" Krzysztofa Kieślowskiego
Wspomniał pan o przestrzeni w "Werdykcie". Zacząłem sobie przypominać, jak działała ona w pana poprzednich filmach. Zawsze są to małe pokoje, w których znajduje się dużo osób. To cela w więzieniu, mieszkanie, w którym żyje cała rodzina. Zawsze gra pan takimi ciasnymi przestrzeniami.
- Absolutnie, ale wydaje mi się, że tak pracowałem w teatrze przez 40 lat. Od kiedy miałem 16 lat wystawiałem sztuki teatralne w małych przestrzeniach. Moi rodzice otworzyli pensjonat, gdy miałem 10 lat. Pochodziliśmy z rodziny nuklearnej, a tutaj ludzie wchodzili i wychodzili. Wydaje mi się, że zawsze staram się przywrócić tę rodzinę nuklearną. Takie życzenie powrotu do czasów sprzed pensjonatu. Z drugiej strony tam poznałem typy osób, które później przewijały się przez całe moje życie. W małych przestrzeniach zachodzą intymne historie. Nawiązując do tego, jak przedstawiał to Kantor… Zainteresowałem się Krzysztofem Piesiewiczem, który pisał razem z Kieślowskim. U niego miałem poczucie filmowej duchowości. Film i teatr pełnią dla mnie funkcję, którą u innych może mieć świątynia. To jedyne miejsce, w którym możesz powiedzieć prawdę.
Podczas gali otwarcia wspomniał pan także o Kieślowskim. Wskazał pan jego "Dekalog" jako arcydzieło. Niedawno pojawiła się inicjatywa, by go przywrócić. Ponownie zrealizować dziesięć filmów, tym razem przez różnych reżyserów. Pierwszy, "Historie równoległe", nakręcił Asghar Farhadi. Będzie miał premierę w Cannes w maju.
- Był kiedyś pomysł na remake "Dekalogu". Amerykanie chcieli to zrobić po śmierci Kieślowskiego. "Nie muszę mieć praw do 'Dekalogu'. Jest dziesięć przykazań! Do nich zdobędę prawa!". Próbowali to zrobić w ten sposób. Struktura "Dekalogu" jest wspaniała. Narracja jest niesamowita. Mam nadzieję, że… Chociaż Farhadi jest przecież wybitnym filmowcem. Naprawdę genialnym.

Jim Sheridan wspomina Marlona Brando. "Szalony geniusz"
Rola w "Werdykcie" nie była pana debiutem, ale była większa od poprzednich. Czy w czasie gry wyłącza pan reżysera w swojej głowie?
- Złe aktorstwo mamy wtedy, gdy nie wyłączymy swego wewnętrznego reżysera. Ciągle myślisz, jak coś zrobić albo jak zareaguje na to widownia. To się nie uda. Musisz zapomnieć, że grasz i po prostu tym żyć. Nawet zapomnieć to, co masz zaraz zrobić. Żeby być wielkim aktorem, trzeba pozwolić sobie na bycie niekompletnym. Musisz szukać swych następnych słów. Nie znać ich, chociaż znasz scenariusz. Wielkie aktorstwo to nauka zapominania.
Marlon Brando tak uważał. Tyle że on nie lubił uczyć się tekstu.
- Brando miał rację, przynajmniej w kontekście jego prób, które wypadały niesamowicie. Gdy nie szedł za tekstem, to był przebłysk geniuszu w kreacji postaci. Tyle że później robił to po to, by rozwalić plan zdjęciowy. Był szalonym geniuszem. Spotkałem go kilka razy, na przykład na weselu, na którym wszystkich przedrzeźniał. Nikt nie miał odwagi się do niego zbliżyć. Na scenie żaden z aktorów nawet do niego nie podchodził, bo wiedział, że zdmuchnie go daleko, daleko. Godzinami rozmawialiśmy przez telefon. Zawsze bardzo chciałem z nim pracować. Mieszkał wtedy na wyspie i słuchał szumu morskich muszli. I ciągle gadał o piosence "Danny Boy". Znasz tę irlandzką pieśń? A potem płakał przez telefon, śpiewając mi ją.
Jim Sheridan o istocie kina niezależnego
W pana filmie gra Colm Meaney, genialny irlandzki aktor. Wcielił się w dziennikarza Iana Baileya. I nie mówi nic. Co było dla mnie dosyć zaskakujące.
- Colm to mój przyjaciel. Znamy się, od kiedy byliśmy w Szkole Teatralnej Abbey, co miało miejsce jakieś sześćdziesiąt lat temu. Zrobił mi przysługę, gdy zgodził się zagrać tę rolę. Ponieważ prawdziwy Bailey nigdy nie przestawał gadać, pomyślałem, że będzie dobrze, gdyby Colm nie odzywał się w ogóle.
Niektórzy reżyserzy mówią swoim aktorom: "twoja postać jest winna" albo "nie zrobiła tego, jest niewinna". Była między wami taka rozmowa?
- Nie. Niektórzy wierzą w winę Baileya, ale wydaje mi się, że większość ma inne zdanie.
Jesteśmy na festiwalu kina niezależnego. Na koniec chciałem spytać, czym dla pana jest niezależność w kręceniu filmów.
- To skomplikowane. Film niezależny oznacza, że nie miałeś za dużo pieniędzy, więc musisz je jakoś zebrać. Według mnie nie dostaniesz ich ze studia. Finansowanie państwowe jest ciężkie, szczególnie w Europie. Jest za dużo biurokracji. Kino niezależne jest wtedy, gdy nic cię nie wiążę. Jesteś w tym samym. Ty kontra świat.








!["Posłani" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MSSXVVHREPCLY-C401.webp)

