Anita Sokołowska to popularna polska aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna. Szerszej publiczności znana jako Lena z "Na dobre i na złe" oraz Zuza z serialu "Przyjaciółki". Na festiwalu Mastercard OFF Camera reprezentuje film "Miłe Kobiety", w którym zagrała główną rolę.
Artystka wciela się postać zapracowanej prawniczki Mileny, która dźwiga na barkach wiele obowiązków, zarówno zawodowych jak i rodzinnych, ale w pewnym momencie decyduje się na "życie po swojemu" i zrywa z dotychczasowymi schematami.
Podczas festiwalu mieliśmy okazje porozmawiać z Anitą Sokołowską o wspomnianym filmie, niezależności w aktorstwie oraz planach na przyszłość.
Aleksandra Czurczak, Interia: Film "Miłe kobiety", który bierze udział w konkursie 19. edycji festiwalu Mastercard OFF Camera. Wciela się pani w rolę prawniczki Mileny, kobiety dźwigającej na swoich barkach zarówno zawodowy jak i emocjonalny bagaż. Czym dla pani była ta rola? Kim jest dla pani ta bohaterka?
Anita Sokołowska: Dla mnie to była bardzo ciekawa propozycja. Po pierwsze, właśnie, dla tematu, bo mam takie poczucie, że udało nam się w tym filmie opowiedzieć o ludzkiej kondycji - nie tylko kobiecej, ale też o takiej kondycji, gdzie wszyscy biegamy, gubiąc własny ogon, starając się wszystko dopasować i ze wszystkim zdążyć. Oczywiście ten temat, trochę konweniuje też z tym, co się dzieje w moim życiu przy ilości pracy, macierzyństwie i prowadzeniu domu. Cieszyłam się, jak czytałam ten scenariusz, który wysłała mi Maria Wojtyszko (scenarzystka i współreżyserka filmu - red.). Byłam wręcz oszołomiona, że ktoś mi proponuje główną rolę i że od razu widzi mnie w swoim filmie, jako Milenę.
- Rola ta była dla mnie wyzwaniem aktorskim, ponieważ moja postać prowadzi dialog też z widzem - patrząc i mówiąc do kamery. Przeprowadzenie tego pomysłu było dość trudnym zabiegiem. W scenach musiałam prowadzić podwójną, jednoczesną narrację - być w emocjonalnym przepływie emocji i dialogu z innymi postaciami i w tym samym czasie prowadzić wewnętrzny dialog z widzem. Było to ciekawym zadaniem i wyzwaniem aktorskim, ale wymagało solidnego przygotowania przed startem zdjęć, by ten formalny zabieg stał się organiczny dla mojej postaci. Właściwie mam takie poczucie, że ja przygotowywałam się do roli Mileny w "Miłych Kobietach", jak do spektaklu teatralnego.
Skoro jesteśmy przy warsztacie aktorskim i spotykamy się w ramach festiwalu kina niezależnego, to jestem ciekawa: czy ceni sobie pani niezależność w aktorstwie? I czy tworząc tę postać miała pani dla siebie taką swobodę w tworzeniu?
- Aktor jest dosyć mocno podporządkowany wizji reżysera, najlepsze efekty są wtedy, gdy doskonale rozumiesz, jak reżyser chce opowiadać historię, jego styl opowiadania, poetykę, tempo narracji, w jakiej kolorystyce powstaje film, jak będzie fotografowany. Niezależność w przypadku tworzenia roli Mileny polegała na tym, że miałam możliwość proponowania sposobu zagrania scen, komunikowania emocji i tego, jak prowadzę relacje z córką, z synem, siostrą, zięciem.
- Rozmawialiśmy o celowości i sensie użycia zabiegu formalnego patrzenia w kamerę, o stylu gry; absolutnie czułam się potraktowana przez reżyserów partnersko w tym projekcie. Miałam taką swobodę, ale oczywiście to, co ja sobie wymyślę, to jest jedno, potem przychodzi do konfrontacji już na planie, a w tym przypadku mieliśmy dwójkę reżyserów, bo Jakub Krofta współreżyserował film z Marią Wojtyszko. To było wspaniałe połączenie. Kuba jest Czechem, więc on w trochę inny sposób myśli, działa, ma inne poczucie humoru i inną energetykę wewnętrzną. Z kolei Maria jest bardzo świadomą siebie kobietą, twórczynią, więc to było bardzo ciekawe spotkanie.
A czym ujęła panią Milena i ile pani - Anity Sokołowskiej, jest w tej bohaterce? Ile pani oddała jej z siebie?
- Każdej roli siebie oddaję. Nie ma tak, że aktor może stworzyć rolę poza swoją osobowością. Być może w teatrze to się udaje, ale na pewno nie w filmie, kamera jest bezwzględna w odkrywaniu. Jest mnie bardzo dużo w Milenie i bardzo czułam tę postać. Od samego początku. Dla mnie "Miłe kobiety" są filmem o wychodzeniu ze schematu. Moja bohaterka jest uwikłana we wszystkich członków swojej rodziny: męża, siostrę, męża siostry, syna, córkę, matkę, babcię, żyje ich życiem i problemami i w pewnym momencie, ona po prostu decyduje się przerwać ten zaklęty krąg, by spróbować żyć po swojemu; wyjść poza schemat.
- Dla mnie o tym jest film "Miłe Kobiety": o wyjściu ze schematu, co nie ukrywam, zgadza się z takim moim podejściem do życia, w takim sensie, że ja też próbuję wychodzić ze schematu i próbuję rozwalać strukturę dookoła siebie na różnych płaszczyznach życiowych i na płaszczyźnie zawodowej w takiej odwadze sięgania po projekty, reżyserowania, pracy na swoich warunkach, ale też budowania postaci na swoich zasadach. Ten temat bardzo mocno zbiegł się z tym, co ja mam teraz w głowie i na jakim etapie jestem.
A co albo kto panią najbardziej inspirował do tej roli? Wspomniała pani, że sięgała przede wszystkim do siebie, do swoich doświadczeń, ale czy było coś takiego, co zauważyła pani w tej postaci, czego wcześniej na przykład nie wiedziała o sobie?
- Paradoksalnie odpowiem na to pytanie, że moją główną inspiracją był mężczyzna, który totalnie przypominał mi Milenę, jej problemy i wszystko, co się działo wokół jego życia. I wydaje mi się, że ta nieoczywistość bardzo dobrze zadziałała w filmie. To znaczy, ja obdarzam moją postać swoją osobą, ciałem, głosem, ekspresją, ale też takim trochę innym myśleniem i działaniem.
Tytuł "Miłe Kobiety" i to, że mamy tam pięć silnych osobowości kobiet i główna rola też należy do silnej kobiety, mogłoby sugerować, że film jest przykładem kobiecego kina. A tutaj jest taka przewrotność, że mężczyźni też coś dla siebie mogą z tej produkcji wyciągnąć.
- Ja trochę chcę uciekać właśnie z takiego wpisania nas w nurt kina feministycznego, bo to nie do końca tak jest. To nie byłoby mądre. Każdy z nas walczy na polu codzienności, każdy z nas zmaga się z różnymi problemami. Znam wielu facetów, którzy też walczą o swoją rzeczywistość i nie mają łatwo - samotnie wychowują dzieci i borykają się z trudnymi osobowościami kobiecymi.
- Kiedyś umieściłam na Instagramie nagranie o cichej przemocy i mówiłam, ja jako kobieta do innych kobiet: "Czy ty tego doświadczyłaś? Czy to ci się przydarzyło?". Dostałam duży odzew od facetów, którzy powiedzieli mi: "ja też tak mam, dlaczego pani mówi tylko z kobiecej perspektywy?". Porozmawiałam wtedy z moimi kumplami, którzy mówili: "Ej, ja też w tym byłem", więc od tego momentu unikam takiego silnego spajania, że przemoc jest tylko po stronie facetów, albo dbanie o realność i rzeczywistość jest tylko po stronie kobiet.
Co było najtrudniejsze przy realizacji filmu? Jak wspomina pani pracę na planie?
- Było wspaniale, ale bardzo ciężko, bo my ten film zrobiliśmy w "mikrobudżecie", czyli za bardzo małe pieniądze. Cały plan był bardzo wysiłkowy. Nie mieliśmy odpowiednich środków finansowych, żeby zrobić to, co chcieliśmy. Proszę mi uwierzyć, że pierwsza wersja scenariusza bez ograniczenia finansowego, była pełniejsza, bardziej rozbudowana.. Tutaj twórcy kombinowali bardzo prostymi środkami, co finalnie świetnie zadziałało i się sprawdziło. Zrobiliśmy ten film w 16 dni, a zrobić kino w 16 dni to jest prawie niemożliwe.
- To oznacza, że każdy z nas pracuje na maksymalnym swoim wysiłku, skupieniu i szybkości. Czasem mieliśmy po dwa duble na jedną scenę, to jest bardzo mało. Nie masz prawa do pomyłki lub gorszego dnia. Musisz wejść na plan i być totalnie przygotowaną czy przygotowanym do pracy.
- Chcę tylko jeszcze tutaj powiedzieć o Kubie Burakiewiczu, bo Kuba wykonał fantastyczną robotę jako operator. Dzięki jego talentowi ten film ma absolutny posmak kina. Trudne było dla mnie doświadczenie zagrania sceny intymnej w filmie. Tam był zapisany bardzo długi mocny przepływ emocjonalny od poznania, pierwszego dotyku, do momentu, kiedy wchodzimy w dialog i moją postać na koniec mówi o najważniejszych swoich problemach, potrzebach, lekach, rozczarowaniach - i wszystko prowadzone jest w intymnej relacji, w długim filmowym ujęciu. Było to bardzo trudne, bo też mieliśmy bardzo mało czasu na tę scenę. Mojego partnera grał Marek Nemec z Czech, z Pragi. To, że Marek jest obcokrajowcem jest bardzo ważne w fabule filmu, a ponieważ Marek jest bardzo zajętym aktorem, przyleciał tego dnia i od razu mieliśmy stanąć na planie. To było tak: "Cześć, jestem Marek. Cześć, jestem Anita, to co, gramy? Dobra, to gramy."
- Wymagało to dużego skupienia, żeby uzyskać dobrą jakość grania, wspólnego bycia w scenie, chemii aktorskiej, intymności i bezpieczeństwa z nieznanym mi wcześniej aktorem. Trudne było na przykład to, jak o godzinie 23 musiałam wejść do Wisły i zagrać scenę próby samobójstwa. Ale ja też mam takie poczucie, że my wszyscy w tej przestrzeni artystycznej jednak jesteśmy trochę dziećmi i, że jak się decydujemy grać, to po prostu musimy porzucić swoje ego. Trzeba się go troszkę wyzbyć i sobie pomyśleć, że dzieje się w moim życiu jakaś fajna przygoda i czerpać totalną radość i przyjemność z tego. A mam takie poczucie, że wtedy właśnie wychodzą najfajniejsze rzeczy, czego dowodem jest nasza obecność na Mastercard OFF Camera, bo proszę mi uwierzyć, my się w ogóle tego nie spodziewaliśmy, że nasz film tak dobrze będzie rezonował z widzami.
Czy chciałaby pan zdradzić nam, jakie kolejne projekty na panią czekają?
- Aktualnie pracuję w Teatrze Dramatycznym nad rolą w spektaklu "Anioł Zagłady". To będzie reinterpretacja słynnego filmu Benuela. Później mam premierę Szekspira "Snu Nocy Letniej", we wrześniu mam jeszcze premierę też w Teatrze Dramatycznym. Jestem w trakcie kręcenia serialu, ale klauzula lojalnościowa nie pozwala mi wymienić jeszcze tytułu. Później zaczynam prawdopodobnie serial historyczny, potem mam jeszcze jeden film też z rolą główną, bardzo piękną, wrażliwą, mądrą, poetycką historię.
Zobacz też: Nowy film Magnusa von Horna. W roli głównej gwiazdor "Sukcesji"









