Na 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty odbyła się światowa premiera filmu "Exotic" - pełnometrażowego debiutu fabularnego Sonji Orlewicz-Zakrzewskiej.
To historia Mili (Jaśmina Polak), 30-letniej pisarki, która wyjeżdża na obóz pole dance. Na miejscu okazuje się, że nauka tańca na rurze, połączonego z gimnastyką i akrobatyką, staje się dla niej początkiem drogi do lepszego zrozumienia samej siebie. To właśnie tam zaczyna konfrontować się z własnym poczuciem wartości, kobiecością i związkiem, w którym tkwi. Poznaje również Sandrę (Magdalena Koleśnik) i Lucy (Monika Frajczyk), z którymi nawiązuje nieoczywistą więź.
"Exotic" znalazł się w Konkursie Głównym 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.
Monika Frajczyk i Magdalena Koleśnik o filmie "Exotic"
Tuż przed pokazem na festiwalu porozmawialiśmy z Monią Frajczyk i Magdaleną Koleśnik, odtwórczyniami ról Lucy oraz Sandry. Frajczyk niedawno oglądaliśmy w filmie Jana Komasy "Dobry chłopiec" u boku m.in. Stephena Grahama oraz Ansona Boona. Z kolei Koleśnik widzowie znają przede wszystkim z bardzo dobrze odebranej roli w filmie "Sweat" Magnusa von Horna, za którą została nagrodzona na festiwalu w Gdyni.
Justyna Miś, Interia: Jakie były wasze pierwsze wrażenia, gdy przeczytałyście scenariusz do filmu "Exotic"?
Monika Frajczyk: - Dostałam scenariusz od Sonji już pod kątem postaci Lucy, która jest bardzo charakterystyczną bohaterką. W trakcie czytania myślałam sobie: "Jak ja to ugryzę?". Jej charakterystyka opiera się między innymi na tym, że mówi z akcentem, którego nie ma. Państwo zresztą zobaczą, kiedy obejrzą film. Śledziłam więc ten scenariusz i cały czas zastanawiałam się, jak opowiedzieć tę postać z całym jej komediowym, ale nie tylko komediowym zapleczem. Jednak przede wszystkim czytało się go świetnie. To była taka opowieść, która przypominała mi bardzo dobre książki young adult, które czytałam w gimnazjum czy liceum. Wciągały mnie od pierwszych stron i tutaj miałam podobne wrażenie. Czytając ten scenariusz, miałam po prostu fun z podążania za historią kilku dziewczyn, każda o coś dla siebie walczy.
Magdalena Koleśnik: - Bardzo się ucieszyłam, że będę mogła zagrać kogoś sympatycznego, fajnego, śmiesznego, miłego, czułego i miękkiego. Rzeczywiście scenariusz świetnie się czytało. Bardzo mnie wzruszał, podniecał, wywoływał we mnie przeróżne emocje, ale takie porządne.
A jak wyglądały wasze przygotowania do ról? Tańczyłyście wcześniej pole dance?
Magdalena Koleśnik: - Miałam już wcześniej styczność. Miałam nawet w domu rurkę do pole dance. Któregoś razu była u mnie Sonja, zobaczyła ją i zaczęła przy niej wywijać. Tak właśnie się w to wkręciła. Przed filmem trochę tańczyłam pole dance, później jednak przestałam. Byłam po ciąży i musiałam do tego wrócić już z zupełnie innym ciałem. To było duże wyzwanie, ale jednocześnie bardzo ciekawe doświadczenie. W pewnym sensie pomogło mi wrócić do samej siebie.
Monika Frajczyk: - Ja akurat nie musiałam uczyć się pole dance, ponieważ moja bohaterka nie ma scen stricte tanecznych. Zawsze jednak marzyłam o tym, żeby się z tym sportem zetknąć. W ramach przygotowań kilka razy poszłam na zajęcia i bardzo mi się to spodobało. Musiałam za to przygotować się fizycznie, żeby można było uwierzyć, że ta dziewczyna tańczy na całkiem zaawansowanym poziomie. To wymagało ode mnie wielu treningów.
- Czasem projekty się do siebie przytulają, energie się przyciągają. Przez jakiś czas dużo się dzieje, a potem nie ma nic. W tym wypadku przez dwa miesiące przeskakiwałam z jednego planu na drugi. Kończyłam film u Janka Komasy, a potem jechałam na plan "Exotic". Czyli jeździłam pod Warszawę na plan do Janka, a po 13-14 godzinach wracałam do domu i szłam o 23:00 na trening, żeby przygotować ciało. To wymagało naprawdę dużo wysiłku, ale było warto. Jestem bardzo wdzięczna za tę przygodę. To był naprawdę cudowny czas przygotowań.
Jeśli chodzi o sam film, bardzo podoba mi się to, że porusza takie tematy jak kobieca przyjaźń, kobieca solidarność czy poczucie własnej wartości. Jakie wątki wy uważacie za najważniejsze w "Exotic"? Jak waszym zdaniem film pokazuje kobiety po trzydziestce i z czym mierzą się wasze bohaterki?
Monika Frajczyk: - Dla mnie bardzo rozczulające i wzruszające jest to, że te trzy dziewczyny, które trafiają do jednego pokoju, trochę jak na damskiej kolonii, pochodzą z kompletnie różnych światów i mają zupełnie inne doświadczenia. Tak naprawdę, na pierwszy rzut oka, nic nie ma prawa ich połączyć. A jednak łączy je wszystko. Oczywiście jest w tym miłość do tańca, ale bardziej chęć odnalezienia własnej drogi, udowodnienia czegoś. Każda jest schowana w swoim schemacie, przyjeżdża z jakąś maską, ale z czasem ta maska opada. Nagle okazuje się, że te trzy skrajnie różne osoby odnajdują się w czułości i siostrzeństwie. Takim siostrzeństwe, które jest bardzo ludzkie. Takie, w którym po prostu widzi się drugiego człowieka, otwiera się z empatią na jego problemy i potrzeby. Mam wrażenie, że właśnie to wydarza się w tym filmie, w tej historii, ale także wydarzyło się na planie.

Magdalena Koleśnik: - Dla mnie ten film jest jeszcze o nurkowaniu we własną, indywidualną przyjemność. O tym, że to, co pozornie sprawia nam przyjemność, bardzo często jest narzucone przez kulturę, patriarchat i wiele innych rzeczy. Łatwo się w tym pogubić. Myślę, że nasze pokolenie było wychowywane w taki sposób, że kiedy pojawiały się niewygodne emocje, słyszeliśmy: "Oj tam, oj tam, wcale tak nie czujesz". Jako dorosłym ludziom, trudno jest rozpoznać, co naprawdę sprawia nam przyjemność, a co nie. Dla mnie czas bohaterek na obozie jest właśnie takim rozeznawaniem się w tym, co sprawia przyjemność, a co nie. Co dla ciebie jest seksi, a co nie. Jakie rzeczy, czasem wyjęte z tych oczywistych kulturowo półek, sprawiają, że czujesz się atrakcyjna, pełna energii i po prostu sobą. Bardzo przyjemne było dla mnie to nurkowanie w przyjemności odkrywanej na nowo.
Jakie refleksje z wami zostały po pracy na planie tego filmu?
Magdalena Koleśnik: - Kiedy dążę do bycia dobrą, perfekcyjną, to bardzo często tracę z tego przyjemność. A to straszna szkoda. Bardzo wracałam do tego, co mnie cieszy i co sprawia, że chce mi się żyć. To są rzeczy, przy których radykalnie trzeba odpuścić ciągłe staranie się. Myślę, że właśnie to zostało ze mną najbardziej. Od tego przecież zaczynałam - od myślenia: "muszę to zrobić dobrze". Ale żeby dojść do sedna tej opowieści i tej postaci, trzeba było to wszystko odpuścić.
Monika Frajczyk: - Tak sobie myślę, wracam pamięcią i staram się to odtworzyć, bo jednak dwa lata to szmat czasu i w ciągu tak długiego okresu różne rzeczy się wydarzyły. Ale to, co najbardziej za mną zostało po tym projekcie - oprócz tej wspaniałej, ludzkiej przygody, która dla nas wszystkich była bardzo karmiąca - to ogromne uwolnienie i akceptacja. Chyba przede wszystkim uwolnienie własnego ciała. Ciała w ruchu, tego, jak ono wygląda i jak się estetyzuje, czym jest gust. Mówi się przecież, że o gustach się nie dyskutuje, ale każdy ma swój. Właśnie uwolnienie tego gdzieś głęboko skrytego gustu bywa często bardzo trudne, bo człowiek cały czas spotyka się z opiniami. Pole dance ma w sobie coś takiego, że jest skrajnie uwolniony, jest skrajną wolnością, ale też pewną kategorią estetyczną. Tam nie ma jednej granicy, której nie można przekroczyć. Ludzie spełniają swoje marzenia o performansie, o tym, jak chcą siebie widzieć. A umówmy się - na co dzień, na polskich ulicach, jest to nie do zrobienia. Walczymy z pewną szarzyzną. Nie mam nic przeciwko szarzyźnie - jeżeli ktoś się z nią identyfikuje, to świetnie. Ale czasami tak trudno wydobyć z siebie coś, co jest szalone, kolorowe, odważne, skrajne, oryginalne. Jeżeli ktoś chce chodzić w czapce pluszowego misia - super, zakładaj tę czapkę. Wyjechałam z tego planu trochę jak z jakiegoś kursu akceptacji. Nie takiego odpływającego w ezoterykę, tylko bardzo ugruntowanego, zakotwiczonego w rzeczywistości. Takiego, w którym jesteśmy tu, widzimy się nawzajem, ale jednocześnie jesteśmy uwolnieni. I to jest wspaniałe, cudowne. Zapisujmy się na pole dance, bez względu na wiek.











