Szeroka publiczność poznała Jana Sałasińskiego w serialu Netfliksa "Absolutni debiutanci". W tej świeżej (jak na polski rynek serialowy) opowieści coming of age młody aktor wcielił się w postać Igora, partnerując Bartłomiejowi Deklewie i Martynie Byczkowskiej, dla których produkcja również stała się trampoliną do kolejnych ról w dużych projektach.
Ostatnio Sałasińskiego mogliśmy oglądać głównie w rolach drugoplanowych. Wystąpił m.in. w serialu "Rojst Millenium", filmie "Vinci 2" oraz nowości Netfliksa "Kolory zła: Czerń".
W filmie "Powiedz mi, co czujesz" w reżyserii Łukasza Rondudy Jan Sałasiński po raz pierwszy pojawia się w roli głównej. Obraz inspirowany jest życiem i twórczością Patryka Różyckiego oraz Karoliny Balcer, a także projektem artystycznym "Skup Łez" Alicji Rogalskiej i Łukasza Surowca. 23-letni aktor wciela się w postać Patryka - młodego artysty, który wraz z Marią (Izabella Dudziak) próbuje zbudować bliską relację, stopniowo odsłaniając o sobie to, co na co dzień jest skrzętnie ukryte. To subtelna opowieść o miłości, potrzebie bliskości i trudnościach w mówieniu o własnych uczuciach.
Polska premiera "Powiedz mi, co czujesz" odbędzie się podczas tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty. Film nagradzanego Łukasza Rondudy ("Wszystkie nasze strachy") został już zaprezentowany zagranicznej publiczności podczas festiwali GoEast Film Festival w Wiesbaden oraz International Film Festival Rotterdam, gdzie spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem zarówno ze strony krytyków, jak i widzów.
Jan Sałasiński aktorem, na którego warto zwrócić uwagę
Z Jankiem, bohaterem mojego cyklu "W kadrze" poświęconego młodym talentom polskiego kina, porozmawiałam tuż przed premierą filmu "Powiedz mi, co czujesz" na festiwalu Nowe Horyzonty. Miałam już okazję zobaczyć najnowsze dzieło Łukasza Rondudy i był to seans, który został ze mną na dłużej.
Sposób prowadzenia narracji w poprzednich filmach reżysera nie do końca trafiał w mój gust. Tym razem jednak historia Marii i Patryka pochłonęła mnie od pierwszych do ostatnich minut. Zawsze ciekawi mnie perspektywa twórców na relacje, czy to miłosne, czy przyjacielskie, rodzinne. Doceniam Rondudę za to, że uciekł od schematycznej historii miłosnej. Zamiast tego pokazał, jak ogromny wpływ na relacje budowane w dorosłości mają rodzinne doświadczenia i wyniesione z domu wzorce bliskości.

Nie muszę wspominać, że Izabella Dudziak w roli Marii jest hipnotyzująca. Jej niezwykły ekranowy urok mogliśmy dostrzec już w filmie "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej". Tym razem chciałabym jednak zwrócić uwagę przede wszystkim na Jana Sałasińskiego. Stanął na wysokości zadania i udźwignął ogromny ciężar emocjonalny swojej pierwszej głównej roli. Stworzył bohatera, w którym nieustannie coś się kotłuje, choć na zewnątrz pozostaje pozornie niewzruszony. Jako widzowie jesteśmy w stanie odczytać jego emocje, zrozumieć i uwierzyć w nie.
To pierwsza główna rola Janka w filmie, a ja już nie mogę doczekać się kolejnych.
Jan Sałasiński o roli w filmie "Powiedz mi, co czujesz"
Justyna Miś, Interia: Film zaintrygował mnie już samym tytułem. "Powiedz mi, co czujesz". Jak go rozumiesz w kontekście przedstawianej historii?
Jan Sałasiński: - Tytuł naprowadza nas na to, czego możemy się spodziewać. Każdy z bohaterów filmu chce ostatecznie usłyszeć, co czuje druga osoba. Widzimy, co z tego wynika, kiedy w końcu zdobędziemy się na odwagę. Ten tytuł nie odnosi się tylko do relacji głównych bohaterów (Patryka i Marii), ale również do schematu przenoszenia rozmów z Marią na rozmowy z rodzicami i próby naprawiania tej relacji przy pomocy narzędzi, które od niej otrzymał.
Patryk początkowo jest bardzo zamknięty w sobie. Przeżywa wiele emocji w środku, nie pokazując ich na zewnątrz. Widz dostrzega, że coś się w nim kotłuje, ale nie do końca wiadomo co. Jak kreuje się takiego bohatera? Jak przygotowywałeś się do roli?
- Film jest inspirowany życiem malarza Patryka Różyckiego. Spotykanie się z nim było dużą częścią moich przygotowań. Byliśmy w stałym kontakcie, podawał nam kolejne pomysły. Na przykład, kiedy mieliśmy jakiś problem albo nie wiedzieliśmy, jak rozwiązać daną sytuację, konsultowaliśmy to z nim. Rozmawiając z nim, docierałem też do tych czasów, o których opowiadamy w filmie. Nie mówimy przecież o Patryku [Różyckim] dzisiaj - trzydziestokilkuletnim mieszkańcu Warszawy - tylko właśnie o chłopaku, który dopiero przeprowadził się do dużego miasta. Starałem się więc w tych rozmowach wrócić do jego początków studiów i do tego, jak wspomina tamten czas: jakie miał schematy zachowania, jakie wzorce bliskości wyniósł z domu i w jaki sposób tłumił pewne rzeczy w sobie.
- Oczywiście bazowałem też na własnych doświadczeniach, bo każdy z nas przeżywa różne emocje, trudności i musi nauczyć się o tym rozmawiać. Łukasz [Ronduda] również zachęcał mnie do tego, żebyśmy inspirowali się mną. Ja jestem już trochę z innego pokolenia niż Patryk, a w filmie staramy się opowiedzieć o osobach urodzonych po 2000 roku. Zebraliśmy więc te dwie perspektywy i w ten sposób doszliśmy do tej emocjonalności, zamknięcia. W scenariuszu pojawia się słowo, że Patryk się "zamraża", i ono pada tam kilkakrotnie. Szukaliśmy więc tego, jak można przekazać to na ekranie, co wyzwala to zamrożenie i jak ono właściwie wygląda.
Czy były takie momenty albo sceny w scenariuszu, których początkowo nie rozumiałeś? Zastanawiałeś się, dlaczego bohater reaguje w określony sposób albo skąd wynikają jego zachowania? I czy twoje spojrzenie na Patryka zmieniało się w trakcie pracy nad rolą?
- Myślę, że nie było scen, o których powiedziałbym, że ich nie rozumiałem. Mieliśmy natomiast trochę takich dyskusji na zasadzie: czy na pewno powinniśmy iść w tę stronę. Wtedy podpieraliśmy się literaturą, między innymi Edouarda Louisa, czy Didiera Eribona, różnymi postaciami i historiami, którymi ten film się inspiruje. Bardziej staraliśmy się zbudować ścieżkę, łuk postaci. Zastanawialiśmy się na przykład, w którym momencie następuje przekroczenie jakiejś granicy w relacji z rodzicami. Czy scena przebierania się razem z mamą jest momentem, na który on już jest gotowy? Dużo bardziej były to więc rozmowy o zbudowaniu dramaturgii tej relacji i tej postaci, a nie o samym zrozumieniu bohatera. Wydaje mi się, że ja dosyć szybko potrafiłem wejść w tę historię. Nie chcę powiedzieć, że intuicyjnie, bo to trochę nic nie znaczy, ale po prostu dzięki własnym doświadczeniom potrafiłem współodczuwać z tym bohaterem.
Na ile zżyłeś się z tym bohaterem?
- Nie wiem, czy zżyłem się z samym bohaterem, bo skoro korzystałem z własnych doświadczeń, to trochę musiałbym zżyć się sam ze sobą. [śmiech] Na pewno tematy podejmowane w filmie są mi bliskie. Po tej pracy jestem dużo bardziej uważny na kwestie związane z problemami klasowymi i na to, jak można je rozwiązywać. Ale też na to, o czym mówiłem wcześniej - jakie wzorce bliskości otrzymujemy i co możemy z nimi zrobić, jak funkcjonujemy z nimi w świecie. To wszystko wpływa na nasze relacje, również te miłosne. Myślę, że może zżyłem się z perspektywą mojego bohatera. Nie tyle utożsamiłem się z jego historią, ile starałem się ją jak najlepiej zrozumieć.
Co według ciebie ten film i twój bohater mówi o męskiej wrażliwości?
- Emocjonalność Patryka jest na pierwszym planie całego filmu. Tak jak mówisz, widzimy, że w nim cały czas coś się kotłuje, choć nie do końca wiemy co. To jest właściwie baza całego filmu i podejście, z jakim chcieliśmy go robić. Pokazać nową twarz męskości, szczególnie w polskim kinie, w relacji z kobietą i w budowaniu bliskości. Najczęściej oglądamy wrażliwego ojca. Albo wrażliwego artystę, który mierzy się ze swoimi problemami i nie może tworzyć. Tutaj jest trochę inaczej. Problemy artystyczne schodzą na drugi plan. Patryk przychodzi jako świetny artysta, tylko sam jeszcze tego nieświadomy. Tak naprawdę musi zmierzyć się przede wszystkim z własną wrażliwością i emocjami w kontakcie z drugą osobą. To było dla nas najciekawsze. Jednocześnie ta emocjonalność jest bardzo zamknięta. Wciąż prowadzona jest dyskusja o tym, jak przedstawiana jest męska wrażliwość w kulturze i jakie mamy wobec niej oczekiwania. Nie jest to wcale takie oczywiste, że mężczyzna może płakać. Albo może właśnie ma problem z płakaniem. Zespół Idles ma piękny wers: "This is why you never see your father cry" ["Dlatego nigdy nie widzisz, by twój ojciec płakał" - przyp. red.]. Myślę, że to zdanie mogłoby nam przyświecać podczas pracy nad tym filmem.
Jak postrzegasz relację Patryka i Marii? Z pozoru pochodzą z różnych światów, ale łączy ich sztuka i potrzeba bliskości. Co twoim zdaniem jest fundamentem tej relacji?
- Na początku na pewno połączyło ich jakieś zauroczenie. Ono często wiąże się z fizycznością, urokiem osobistym i takimi powierzchownymi rzeczami. Później jednak łączy ich wspólna chęć zmiany i poczucie, że każde z nich niesie swoją traumę, swoją trudną przeszłość. Myślę, że Patryk bardziej przychodzi ze wstydem, a Maria ze strachem. To właśnie buduje dynamikę między nimi. Ich relacja się pogłębia dzięki temu, że nieustannie się wzajemnie zaskakują i sprawdzają, gdzie przebiega granica tego, na co mogą sobie pozwolić. To jest też rozmowa o tym, gdzie - w tym języku, który proponuje Maria, przeterapeutyzowanym i samoświadomym - można jeszcze znaleźć miejsce na ryzyko. Na ile to ryzyko może być budujące, na ile powinniśmy nadal się wzajemnie zaskakiwać i zaakceptować to, co z tego wynika. Bo często właśnie dzięki temu lepiej się poznajemy i możemy się rozwinąć.
- Jednak ta relacja jest zbudowana przede wszystkim na prawdziwym uczuciu i wielkiej wrażliwości obojga bohaterów. Oboje czują, że mogą sobie coś dać, i cały czas szukają sposobu, jak to zrobić, a jednocześnie jak coś od siebie nawzajem przyjąć. To jest zresztą wielka walka Patryka. Dostaje od Marii ogromny prezent - nowy sposób myślenia, nowy język do opisywania emocji - ale z jakiegoś powodu nie potrafi go przyswoić. Dlatego wraca do swojej rodziny, żeby zrozumieć, skąd bierze się ta niemożność.
Masz 23 lata, jesteś właściwie na początku tej drogi zawodowej, a już możesz pochwalić się rolą w "Absolutnych debiutantach" i teraz w "Powiedz mi, co czujesz". Jakie znaczenie dla ciebie zawodowo ma ten występ?
- Nie będę ukrywał, że bardzo się cieszę. Rzeczywiście jest to dla mnie wyróżnienie, ale też przede wszystkim przestrzeń do rozwoju i zmierzenia się z tak dużym materiałem już na początku drogi zawodowej. To była próba ogarnięcia całości scenariusza, myślenia scenami, wątkami, fizycznością bohatera, tym, jak mówi i jak wygląda. To olbrzymia nauka. Zawodowo jest to też po prostu pewnego rodzaju osiągnięcie. Mam nadzieję, że dzięki temu filmowi pokazuję się z dobrej strony. Cieszy mnie również, że jest to rola zupełnie inna niż ta, którą zagrałem w "Absolutnych debiutantach", i że jest to autorski projekt, w którym mogłem mieć duży wpływ na kształt postaci. Jestem za to bardzo wdzięczny Łukaszowi - za zaufanie, którym mnie obdarzył. Właśnie w takim modelu, trochę teatralnym, ale w filmie, chciałbym pracować. Nie mówię nawet o konkretnych rolach, bo chciałbym grać bardzo różne postacie, ale sam sposób pracy niezwykle mnie interesuje. Dla młodego aktora po Akademii Teatralnej to po prostu spełnienie marzeń.
Ten film już był pokazywany na festiwalu w Rotterdamie. Jak tam przyjęła go publiczność? Jaki był odzew?
- Wydaje mi się, że odzew był dobry. Widzowie byli zainteresowani tą dynamiką, dużą wrażliwością w portretowaniu bohaterów i sposobem pracy kamery. Ten film ma swój bardzo konkretny język i wydaje mi się, że zostało to docenione. Oczywiście międzynarodowa publiczność patrzy na niego z dużo szerszej perspektywy. Interesujące było dla niej już samo to, że polski film podejmuje takie tematy. Ja sam czekam jednak na reakcję naszej publiczności, która będzie pewnie dużo bardziej wymagająca wobec sposobu opowiadania i świata przedstawionego. W naturalny sposób będzie chciała się z nim utożsamić albo skonfrontować.
A jak rozpoczęła się twoja przygoda z aktorstwem?
- Z polecenia mojej siostry trafiłem do Ogniska Teatralnego "U Machulskich", będąc jeszcze w gimnazjum, ale już od podstawówki grałem w różnych jasełkach i podobnych przedsięwzięciach. Dobrze się odnajdywałem na scenie, ale nie wiązałem z tym żadnej przyszłości. Nie myślałem o tym zbyt wiele, choć gdzieś we mnie zostało wspomnienie tego poczucia spełnienia. Tak naprawdę to tam zaczęła się moja świadomość teatru, kultury. Do dziś mam stamtąd najbliższych przyjaciół. Nie zajmowaliśmy się tylko aktorstwem. Reżyserowaliśmy, pisaliśmy, robiliśmy scenografię, rozmawialiśmy o filmach i obrazach, chodziliśmy do teatru. Po tym wszystkim pomyślałem, że chcę spróbować dostać się do szkoły teatralnej. Nie miałem jednak wielkich oczekiwań. Nie chodziłem na żadne kursy przygotowawcze. Uznałem, że albo się uda, albo nie. Ostatecznie dostałem się za pierwszym razem.
Można cię oglądać na deskach Teatru Dramatycznego. Jakie to dla ciebie doświadczenie?
- Na roku dyplomowym najpierw zadebiutowałem w Teatrze Powszechnym w Warszawie u Pawła Łysaka, a potem zostałem zaproszony przez Wojtka Farugę do gościnnego występu w "Aniołach w Warszawie". Później zaproponowano mi etat. To było spełnienie kolejnego marzenia studenta Akademii Teatralnej. To miejsce z wielką historią, mieszczące się w Pałacu Kultury i Nauki. To właśnie tutaj odbywa się dziś prawdziwy trening mojego aktorstwa. Wynika on z partnerskiej relacji ze starszymi aktorami. Mogę się od nich wiele nauczyć, dostać cenne wskazówki, ale jednocześnie jest w tej instytucji miejsce na moją młodość, energię i tematy bliskie mojemu pokoleniu. Chociaż tak naprawdę wciąż jestem raczej na etapie otrzymywania. Najbardziej cieszy mnie to, że każdy kolejny spektakl jest zupełnie nowym wyzwaniem i nową rolą. Ostatnio pracowałem z Datą Tavadzem, gruzińskim reżyserem. Zrealizowaliśmy "Anioła zagłady" na podstawie filmu Luisa Buñuela. Cenię ten spektakl za to, że jest zaangażowany społecznie, a nawet politycznie, i że do podejmowanych tematów podchodzi bardzo merytorycznie. Mam poczucie, że to Teatr Dramatyczny to miejsce, w które naprawdę warto inwestować wszystkie swoje siły.











