Hlynur Pálmason to ceniony islandzki reżyser, scenarzysta i artysta wizualny. Choć w polskich kinach rzadko mamy okazję oglądać filmy z Krainy Lodu i Ognia, jego dzieła regularnie trafiają na nasze ekrany. W 2019 roku zachwycił widzów stylowym kryminałem "Biały, biały dzień", a trzy lata później zabrał nas w refleksyjną podróż w filmie "Godland". W tym roku Pálmason powrócił z kolejnym obrazem, "Miłość, która zostaje", który miał swoją premierę na festiwalu w Cannes.
Nowe dzieło opowiada historię artystki wizualnej Anny i rybaka Magnúsa, którzy, mimo rozpadu związku, wciąż wspólnie wychowują dzieci i opiekują się psem o imieniu Panda. To jednak nie tylko opowieść o rozwodzie, lecz przede wszystkim intymne studium codziennego życia okraszone przepięknymi krajobrazami. W głównych rolach występują Sverrir Gudnason oraz komiczka Saga Garðarsdóttir, z którą mieliśmy okazję porozmawiać podczas MFF BNP Paribas Nowe Horyzonty, gdzie prezentowany był wspomniany film.
Saga Garðarsdóttir w rozmowie z Interią o roli w filmie "Miłość, która zostaje"
Justyna Miś, Interia: Jak spędzasz czas we Wrocławiu?
Saga Garðarsdóttir: - To mój pierwszy raz w Polsce i jest naprawdę miło. Pogoda jest wspaniała, Stare Miasto tutaj jest piękne, a jedzenie pyszne, więc nie narzekam.
Chciałabym zapytać cię o film "Miłość, która zostaje", który możemy zobaczyć tutaj we Wrocławiu podczas festiwalu filmowego BNP Paribas Nowe Horyzonty. Jak opisałabyś swoją postać? Co przyciągnęło cię do tej bohaterki?
- Opisałabym ją jako entuzjastyczną, silną i ciepłą.
Znajdujesz z nią cechy wspólne?
- Tak, w pewnym sensie tak. Jest artystką, która chce być zauważona. Ja jestem aktorką, a wszyscy aktorzy chcą być zauważeni. Ona ma też w sobie dużo miłości do swoich dzieci, a że sama mam dwoje małych dzieci, bardzo się z tym utożsamiam. Myślę też, że dobrze odnajduje się w samej sobie. Nawet jeśli przechodzi przez coś trudnego, to potrafi zachować koncentrację, albo przynajmniej próbuje.
Jak wspominasz pracę na planie filmu?
- Było naprawdę niesamowicie. Praca przy tym filmie była zupełnie inna niż wszystko, czego wcześniej doświadczyłam. Hlynur [Pálmason – przyp. red.] jest bardzo nietypowym reżyserem. Ma świetnych producentów, którzy dają mu dużo swobody, dzięki czemu naprawdę może prowadzić cały projekt po swojemu. Jest bardzo szczęśliwy i wyluzowany. Każdy dzień zdjęciowy był inny. Czasami przychodziliśmy na plan i nie wiedzieliśmy nawet, jaką scenę będziemy kręcić. Mieliśmy jakieś ogólne pojęcie, ale wszystko mogło się zmienić, na przykład przez pogodę albo przez nastrój. Hlynur jest elastyczny i bardzo mi się to podobało.
Czy improwizowaliście na planie?
- Tak. Od wielu lat zajmuję się improwizacją i to jest jedna z rzeczy, które bardzo kocham. Dlatego uważam, że to była wspaniała przygoda móc pracować w takim swobodnym i naturalnym rytmie.
Myślę, że jednym z najważniejszych tematów w tym filmie są związki. Jak twoim zdaniem film pokazuje współczesne relacje?
- Podoba mi się w tym filmie to, że nie dostajemy żadnego wyjaśnienia, dlaczego się rozstają. Nie skupiamy się na tym, kto zrobił coś drugiej osobie albo kto jest winny. Chodzi bardziej o to, co mówi tytuł - o miłość, która zostaje i wciąż jest przed tobą. Myślę, że to właśnie lubię w tym filmie, ponieważ w związku, gdy coś idzie nie tak, w większości przypadków nie jest to czyjaś wina. To po prostu naturalny rozwój sytuacji. Uważam też, że film bardzo dobrze pokazuje, że kiedy masz dzieci, które są tak dużą częścią ciebie, to miłość nigdy się nie kończy - zostaje jej bardzo dużo.
Czy podczas tworzenia tej postaci, oglądania filmu, rozmów z widzami, nauczyłaś się czegoś nowego o sobie? Jak ważna jest ta rola dla twojej kariery i czy dowiedziałaś się czegoś nowego o sobie jako aktorce, jako komiczce?
- To prawdopodobnie największa rola w mojej karierze i jestem za nią bardzo wdzięczna. Pracując wcześniej przy wielu programach telewizyjnych i kilku filmach w Islandii, zauważyłam, że często panuje stres i presja, a wszyscy skupiają się na osiągnięciu konkretnego efektu. Wszyscy chcą być zrelaksowani i żyć chwilą, ale to bardzo trudne, ponieważ za produkcją stoi ogromny budżet, którego nie można zmarnować, co generuje napięcie. Myślałam, że tak po prostu wygląda branża filmowa. Jednak pracując przy tym filmie i z Hlynurem, zdałam sobie sprawę, że można to zrobić inaczej. Nie powiem, że zabawnie, ale bardziej płynnie, naturalnie. To właśnie tego zawsze pragniemy – skupić się na samej podróży, a nie tylko na końcowym efekcie. Tutaj ta podróż była naprawdę wspaniała. Czasem miałam wrażenie, że wcale nie pracujemy ani nie kręcimy filmu. Wędrowaliśmy po górach albo bawiliśmy się z dziećmi. Myślałam, że nie mamy żadnej sceny, a potem zobaczyłam efekt końcowy i okazało się, że właśnie ta podróż jest tym efektem. Było to bardzo przyjemne, niezwykłe i zabawne doświadczenie.
Czytaj więcej: Histerycznie roześmiana perfekcjonistka. Norweżka podbija filmowy świat











