"Czarna kula" to film wart zapamiętania. Będzie o nim głośno
Jakub Izdebski: Z kilkunastu filmów, które udało mi się zobaczyć w pierwszej połowie 26. edycji MFF TAURON Nowe Horyzonty, najlepsza jest bez wątpienia "Czarna kula" Javiera Calvo i Javiera Ambrossiego. Podstawą jej fabuły jest zaledwie czterostronicowy, nieukończony tekst Federica Garcii Lorci, hiszpańskiego poety i dramaturga, czołowego przedstawiciela Pokolenia 27. Krótki tekst zostaje rozwinięty przez reżyserski duet do epickiej historii, rozgrywającej się w trzech przestrzeniach czasowych i dotyczą trzech pozornie niepowiązanych ze sobą homoseksualnych mężczyzn. Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak łączą i przeplatają je ze sobą.
W 1932 roku Carols zamierza dołączyć do prestiżowego towarzystwa i tym samym stać się częścią miejscowej elity. W 1937 roku Sebastián staje się przymusowym uczestnikiem wojny domowej w Hiszpanii i szybko odkrywa, z jak trudnymi wyborami będzie się ona dla niego wiązała. Z kolei Albert, historyk z 2017 roku, zaczyna odkrywać tajemnice swego niedawne zmarłego dziadka, z którym nie utrzymywał kontaktu.
Pozornie niepowiązane ze sobą wątki są opowiadane brawurowo. "Czarna kula" to wspaniały przykład angażującej narracji, niby proponującej natłok wrażeń, a także gatunkowych volt, ale pozostawiającej widza bez poczucia przytłoczenia. Calvo i Ambrossi wiedzą, jak dawkować informacje, by trzymać oglądających na samym skraju siedzenia. To kino arthouse'owe, które z racji swej energii może sprawdzić się wspaniale także dla niefestiwalowych odbiorców, pragnących zobaczyć dobrą historię. Podczas tegorocznego MFF w Cannes film nagrodzono za reżyserię i wydaje się, że na tym nagrody się nie skończą. Już teraz mówi się o szansach oscarowych "Czarnej kuli". Zresztą jak najbardziej słusznie.
Terapeutyczny seans, który wycisza i otula widza
Jako drugi najlepszy tytuł wskażę "Powiedz mi, co czujesz" Łukasza Rondudy. Kameralny film, oparty na twórczości Patryka Różyckiego, opowiada o związku dwójki młodych ludzi. Łączy ich artystyczna dusza, dzieli pochodzenie i status materialny. Pomostem ma okazać się otwartość i rozmowy o swoich uczuciach.
Film czerpie z poprzednich dokonań Rondudy, zarówno bardziej eksperymentalnych, jak "Performer" i "Serce miłości", ale też nagrodzonych Złotymi Lwami w Gdyni "Wszystkich naszych strachów". Bohaterowie są wspaniale wykreowani przez Jana Sałasińskiego i Izabellę Dudziak. Bywają pretensjonalni i irytujący, a jednocześnie idealnie oddają młodzieńczą niepewność, zagubienie i entuzjazm. Największym zaskoczeniem okazała się dla mnie jednak relacja głównego bohatera z rodzicami (w tych rolach wybitni Anita Poddębniak i Adam Szyszkowski) - pełna trudnych emocji i ran. Jednocześnie jest ona tak ważną częścią protagonisty, że podejmuje on kolejne próby kontaktu i naprawy, często nieudane i jeszcze bardziej zaogniające sytuację. Mimo wszystko terapeutyczny seans pozostawia widza w poczuciu pewnego spokoju. Potrzeba nam więcej empatycznego kina Rondudy.

Kuriozum, które niezamierzenie bawi
Oczywiście wśród 283 filmów muszą znaleźć się też filmowe niewypały i kurioza. Jednym z nich jest "Ktoś we mnie" Arthura Harariego, który miał swą światową premierę w Konkursie Głównym tegorocznego festiwalu w Cannes. Rzecz opowiada o nieśmiałym fotografie Davidzie (Niels Schneider), którego znajomi wyciągają na imprezę. Trafia na tajemniczą Eve (Léa Seydoux), z którą daje się ponieść chwili. Następnego dnia David budzi się w ciele dziewczyny. Stara się odzyskać swoje życie i pogodzić się z nowym ciałem. W trakcie swojego śledztwa odkrywa, że nie nie jest pierwszą osobą, która stała się ofiarą tajemniczej zamiany.
Brzmi intrygująco, ale Harari nie wie za bardzo, gdzie poprowadzić historię. Ta, podobnie jak David, błądzi i nie potrafi obrać jasnego i, przede wszystkim, interesującego kierunku. Reżyser mnoży wątki i metafory, ale sam gubi się szybko w fałszywych tropach. Oderwana od rzeczywistości Seydoux miota się po ekranie bez celu. Całość jest w dodatku podana bez jakiegokolwiek dystansu, co miejscami ma wręcz komiczny efekt. Dziwne, że tak rozlazły i niespójny tekst wyszedł spod ręki jednego ze współautorów genialnej fabuły "Anatomii upadku". Wisienką osładzającą nieco ten tort beznadziei jest mała rola rumuńskiego reżysera Radu Jude, który okazuje się całkiem kompetentnym aktorem.
"Everytime" wbija w fotel. To wizualna i duchowa uczta
Mary Kosiarz: Nowe Horyzonty już po raz 26. przywiozły na Dolny Śląsk wyborną selekcję niezależnych produkcji, stojącą w kontrze do typowego spojrzenia na formę i język filmowy. W sekcji Pokazy Galowe zachwyciła nas choćby "Czarna kula" i "Gentle Monster", które triumfowały na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Cannes. Doceniwszy europejski sznyt kina Marie Kreutzer i queerową autentyczność Javiera Calvo i Javiera Ambrossiego, to nie im podczas wrocławskiego święta kina oddałam serce. Po powrocie z Nowych Horyzontów moich myśli ani na chwilę nie opuścił bowiem "Everytime" Sandry Wollner - awangardowy zwycięzca canneńskiego konkursu Un Certain Regard, wprost idealnie wpasowujący się w oczekiwania nowohoryzontowego widza.
Historia ta wymyka się wszelkim fizycznym i racjonalnym objaśnieniom. W jaki sposób możemy w końcu znaleźć usprawiedliwienie dla odejścia najbliższej osoby, przed którą stało jeszcze całe życie? Żałoba bo śmierci 17-letniej Jessie wybija rytm dzieła Wollner, jest wpisana w jego każdy kadr, grę światłem i nieoczywiste zabiegi scenariusza. Austriacka reżyserka snuje swoją transową opowieść, wykorzystując nieoczywistą grę symboli i kulturowych odniesień - od zapierających dech w piersiach zdjęć, których intensywność dosłownie przenosi nas w ponadnaturalny wymiar interpretacji, po przywołanie motywów z Minecrafta jako metafory samotności i zagubienia w powtarzalnym pikselowym świecie.
"Everytime" to powolna, zmysłowa, dogłębnie przejmująca i multiperspektywiczna elegia matki i siostry, których życie nigdy nie będzie już takie samo, nieważne jak daleko posunęłyby się w swoim własnym fikcyjnym świecie wyparcia. To seans, do którego z pewnością będę wracać niejednokrotnie i za każdym razem mam nadzieję znaleźć w nim coś własnego, bo do tego właśnie, bez odgórnie narzuconych schematów, zachęca nas reżyserka.
Udane polskie akcenty na Nowych Horyzontach
Sporym pozytywnym zaskoczeniem okazał się dla mnie także nowy film Łukasza Rondudy "Powiedz mi, co czujesz". Polski twórca po raz kolejny sięgnął po motywy, w których czuje się ekspertem, takie jak świat sztuki, zagubienie artysty we współczesności i złożoność relacji międzyludzkich. W przeciwieństwie do "Wszystkich naszych strachów" czy "Serca miłości", tym razem na tapet bierze najmłodsze pokolenie, za sprawą dwójki głównych bohaterów - Patryka (Jan Sałasiński) i Marii (Izabella Dudziak).
Z czułością, choć nie bezkrytycznie spogląda na transformację w języku młodych dorosłych, którzy naprawiając błędy poprzednich pokoleń, "przeterapeutyzują" swoje codzienne nawyki i słowa, szukając w tym wszystkim własnego miejsca w świecie, w rodzinie, w związku. "Powiedz mi, co czujesz" to najbardziej przystępny i mainstreamowy film laureata Złotych Lwów, co bynajmniej nie oddziałuje negatywnie na jego piękną, uniwersalną wymowę. To kino oddane, inkluzywne, pełne trafnych spostrzeżeń, a pozbawione nadmiernego osądu. Po takie polskie kino na Nowe Horyzonty przyjeżdżam.
Produkcje z wielkimi aktorami nie dorównują niezależnym perełkom
Tegoroczny festiwal odbył się w moim przypadku bez większych rozczarowań z prostej przyczyny - na mojej liście filmów znalazły się przede wszystkim produkcje, które po poleceniach najbliższych mi osób czułam, że będą dla mnie pozytywnym odkryciem. Wyjątek stanowił jednak "Ostatni konsjerż" z obłędnym Willemem Dafoe w roli głównej, dla którego zdecydowałam się zostać w kinie do końca. W tej komedii absurdu mamy do czynienia z podupadającym wiedeńskim hotelem i jego nietuzinkowym personelem, który sprawia wrażenie, jakby zatrzymał się w czasie kilka dekad wstecz i stojąc przy tradycji, wzbraniał się przed oddaniem go w splamione ręce biurokracji. Rozrzutność wątków, brak fabularnych konsekwencji i płytkość postaci, zmanierowanych do granic możliwości, tak jak wyznaczyła pierwszej połowie pewien osobliwy rytm, tak z czasem zaczęła przytłaczać do niebotycznych rozmiarów. Dafoe jako aktorski kameleon nie ma sobie równych. Tym razem nie zdołał jednak unieść na swoich barkach całego, z całą stanowczością zmarnowanego, filmu.
















