Justyna Miś: udane debiuty, mocne tematy tabu
Podczas tegorocznego MFF TAURON Nowe Horyzonty obejrzałam 14 filmów. Największym zaskoczeniem okazała się dla mnie wyjątkowo bogata selekcja kina queer. Od głośnego i dzielącego publiczność "Tchórza", przez nagrodzoną w Cannes "Czarną kulę", aż po kameralne, ale niezwykle emocjonalne "Flesh and Fuel". To właśnie ten ostatni tytuł skradł moje serce i okazał się największą perełką festiwalu.
Akcja "Flesh and Fuel" została osadzona w świecie tirowców. Mężczyzn, którzy chcąc nie chcąc, prowadzą życie w trasie. Bez szans na zakorzenienie się w jednym miejscu. Taka codzienność utrudnia im budowanie bliskich relacji, zwłaszcza tych romantycznych. Główny bohater, Étienne (Alexis Manenti), pewnej nocy natrafia na polskiego kierowcę Bartosza (Julian Świeżewski), który wywraca jego samotną rutynę i serce do góry nogami. Mimo że ich drogi wydają się nie do pogodzenia, Étienne jest gotów zrobić wszystko, by dać im szansę.
Reżyserem filmu jest Pierre Le Gall, który wraz z Camille Perton i Martinem Drouot jest także współautorem scenariusza. Francuskim producentem jest Ex Nihilo. Producentami filmu po stronie polskiej są Patryk Sielecki i Adrianna Rędzia z Fundacji Filmowej Lumisenta.
"Flesh and Fuel" ujął mnie wspaniałą chemią między głównymi bohaterami. Strzałem w dziesiątkę było osadzenie akcji w świecie tirowców. Dzięki temu pozornie prosta historia miłosna nabiera niebanalnego znaczenia. To opowieść o samotności, potrzebie bliskości i próbie odnalezienia własnego miejsca. Film będzie w polskich kinach, dlatego polecam wyczekiwać!
26. edycja MFF TAURON Nowe Horyzonty to przede wszystkim udane debiuty reżyserskie. Obok "Flesh and Fuel", będącego pierwszym pełnometrażowym filmem Pierre'a Le Galla, znalazł się "Exotic" Sonji Orlewicz-Zakrzewskiej, który miał swoją światową premierę właśnie we Wrocławiu. Nowohoryzontowa publiczność doceniła ten odważny obraz - i trudno się temu dziwić. To opowieść o kobiecych lękach, niepewnościach i uprzedzeniach, ale także o sile siostrzeństwa oraz relacjach, w których często zostajemy bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Z niekrytym zachwytem wracam myślami do świetnych kreacji aktorskich w wykonaniu Jaśminy Polak, Magdaleny Koleśnik i Moniki Frajczyk.

W programie tegorocznych Nowych Horyzontów nie zabrakło też filmów poruszających trudne tematy, ale bez uciekania się do taniej prowokacji. Jednym z nich był "Gentle Monster", najnowszy film Marie Kreutzer. Bohaterka grana przez Leę Seydoux przeprowadza się na wieś, by pomóc mężowi zmagającemu się z atakami paniki i wypaleniem zawodowym. Płaci za to wysoką cenę, odkładając na bok świetnie rozwijającą się karierę pianistki. Z czasem na jaw wychodzi także mroczna tajemnica jej partnera. Kreutzer umiejętnie wodzi widza za nos i skłania do dyskusji na temat decyzji głównej bohaterki. Jednocześnie nie zamyka się wyłącznie w jej perspektywie, pokazując problem znacznie szerzej.
Moim ostatnim seansem na festiwalu była "Josephine", która okazała się jednym z największych pozytywnych zaskoczeń. W filmie Beth de Araújo ośmioletnia Josephine jest świadkiem brutalnego przestępstwa. Jej rodzice muszą zdecydować, czy dziewczynka powinna zeznawać w procesie sprawcy. W tych rolach oglądamy Gemmę Chan i Channinga Tatuma. W przeciwieństwie do "Gentle Monster", "Josephine" nie pozostawia miejsca na domysły dotyczące samej zbrodni. Pokazuje ją wprost. Najważniejsze staje się jednak wszystko to, co dzieje się później: reakcja ośmiolatki, jej rodziców i przygotowania do procesu. To momentami niezwykle frustrujący seans, który został ze mną na długo.

Jakub Izdebski: trudne relacja rodzinne
To były moje dwunaste Nowe Horyzonty. Tym razem udało mi się obejrzeć 25 filmów - 10 mniej od mojego rekordu sprzed paru lat. Nie oznacza to jednak, że tegoroczna edycja była mniej intensywna. Jak zawsze dostarczyła wielu, w większości pozytywnych, wrażeń.
Najlepszym filmem, który widziałem na 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty, pozostaje "Czarna kula" Javiera Calvo i Javiera Ambrossiego. Napisałem o niej więcej TUTAJ przy okazji półmetka festiwalu, więc tutaj zaznaczę tylko, że jest to mistrzowsko opowiedziana historia, idealnie dawkująca informacje przekazywane widzowi i zawsze trzymająca go na skraju fotela. Wierzę, że ten film otrzyma w przyszłości wiele prestiżowych nagród.
Duże wrażenia zrobiła na mnie także "Natura miłości" Rodrigo Sorogoyena, która debiutowała podczas tegorocznego festiwalu w Cannes. Opowiada ona o nagradzanym reżyserze (świetny Javier Bardem), który decyduje się zaangażować do swego najnowszego filmu dawno niewidzianą córkę (Victoria Luengo). Skojarzenia z "Wartością sentymentalną" Joachima Triera nasuwają się same.
"Natura miłości" jest jednak zupełnie innym filmem - głośniejszym, bardziej energicznym, a przy tym gorzkim. Widać to już w pierwszej scenie, zrealizowanej na samych zbliżeniach konfrontacji ojca i córki. On kiepsko wywiązywał się ze swoich obowiązków, a swego czasu bardziej od najbliższych cenił sobie kino i hulaszczy tryb życia. Widać, że pracował nad sobą i stara się naprawić dawne błędy z drugą rodziną. Wciąż jest jednak tykającą bombą, która na brak kontroli - na planie lub w życiu - zareaguje wybuchem gniewu.
Na drugim biegunie znajduje się córka reżysera, która nie zamierza po prostu się z nim pogodzić. Nie ma najmniejszej ochoty, by dawno niewidziany rodzic nagle zaczął ją wychowywać. Głośno protestuje także, gdy nie podobają jej się jego metody na planie. Oboje są mieszanką wybuchową, a pogodzenie obojga okazuje się niemal niemożliwą sztuką.
Sorogoyen świetnie buduje napięcie między bohaterami, a to eksploduje w najlepszej scenie "Natury miłości": pracy na planie filmowym, którą przerywa śmiech aktorów. W pierwszej chwili bawi ona, jednak wraz z pojawieniem się terroryzującego wszystkich Bardema zaczyna wręcz przerażać.

Wstrząsającym seansem okazało się także "Daleko od brzegu" Lance'a Hammera. Film debiutował na tegorocznym festiwalu w Berlinie, gdzie otrzymał Srebrnego Niedźwiedzia (Nagrodę Jury) oraz wyróżnienie dla grających w nim Anny Calder-Marshall i Toma Courtenaya. Fabuła skupia się na cierpiącej na demencję starszej kobiecie (Calder-Marshall). Jej córka (Juliette Binoche) uważa, że straciła ona zdolność do podejmowania decyzji. Innego zdania jest jej ojczym (Courtenay).
W pierwszej chwili widzowie są całym sercem po stronie córki. Jednak Hammer szybko daje znać, że sytuacja nie prosta, a łatwe rozwiązania nie wchodzą w grę. Zaskakujące, jak zmienia się postrzeganie postaci zagranej rewelacyjnie przez Courtenaya. W pierwszej chwili wydaje się on wykorzystującym żonę potworem. Wraz z rozwojem fabuły okazuje się upartym, ale też zagubionym w sytuacji mężczyzną, który stara się podjąć najlepszą decyzję dla ukochanej osoby.
Seans trzyma za gardło niemal do samego końca. Niestety, w finale reżyser decyduje się niepotrzebnie dokręcić śrubę. Zamiast przejąć widza losem bohaterów, odrealnia całą sytuację, w dodatku niepotrzebnie zestawiając ich los z poczynaniami ich wnuczki. Szkoda, ponieważ mogło być to wielkie kino. Niemniej, Calder-Marshall i Courtenay są fenomenalni. Oboje zasłużyli na wszystkie nagrody świata.












