Przez wieś Solniki idzie kura. Niby żaden to nadzwyczajny widok. Wieś, to i kura jest. Tylko że ten okaz ma około dwóch metrów wzrostu. Wielki kuper, zadziorny pazur. Porusza się powoli, majestatycznie, aczkolwiek kroki stawia troszkę niegramotnie, nie przykładając, jak kaczor. Po co ona tak maszeruje? Gdzie kroczy? I kim w ogóle jest?
"Co do… kury?" Joanny Dei stopniowo odpowiada na te i wiele innych pytań. Przede wszystkim o to, kto kurze widowisko i machinę napędza. Nie jest to oczywiście żywe stworzenie, kurza Godzilla, tylko wielka marionetka-kostium, zbudowana przez artystę Łukasza Puczko. Lalkarz w ten sposób angażuje się w sąsiedzki protest przeciwko budowie kurzej fermy przemysłowej w okolicy, w której mieszka. Może dzięki temu media zwrócą uwagę na niezgodę mieszkańców?

Nie dla kurzej fermy?
Reżyserka Joanna Deja nie opowiada jednak o społeczności, która buntuje się przeciwko nowej inwestycji. "Co do… kury?" nie jest też filmem interwencyjnym, ekologicznie świadomym, z tezą i misją, chociaż na początku pojawia się kilka ujęć, które mogą zniechęcić do kolejnego obiadu z kurczakiem na talerzu i uświadamiają realia przemysłowego chowu.
Czy dokument może pomóc w zablokowaniu budowy - wątpliwe, decyzje leżą w gestii polityków i lokalnych władz, poza tym podejmowane są na bieżąco, a praca nad produkcją filmową trwa latami. "Co do… kury?" pozwala jednak zajrzeć dyskretnie do świata pewnego marzyciela.
Film jest nieco rozedrgany
Główna siła "Co do… kury?" wyłania się stopniowo. Film jest nieco rozedrgany, wędruje w kilku kierunkach jednocześnie - od opisanego protestu mieszkańców, przez wspomnienia pandemiczne po pomoc Ukraińcom uciekającym przed wojną. Wszystkie te nici w końcu łączy postać Łukasza Puczko - PuppetMana jak sam nazywa się na Facebooku.
Władca Marionetek staje się władcą serc kinomanów. Jest wrażliwy, szczery, z dystansem do siebie, zatroskany światem i jego stanem. Dla postronnych wydawać się może ekscentrykiem - dłubie w tych marionetkach, godzinami rozprawia o mechanice ruchu, konstrukcji. Mógłby już skończyć, on jednak ciągle coś jeszcze poprawia. Tygodniami w Marysi (takie imię nadaje swojej kreacji Puczko) nic się z pozoru nie zmienia, a jednak kurza lalka staje się coraz bardziej precyzyjna, możliwa do obsługi, nieobciążająca kręgosłupa. Coraz doskonalsza też w detalu - kolorze, zgięciach pazura, tysiącach piór. W końcu dochodzi do premiery - Marysia oszałamia i zaczyna wędrować po powracających do życia festiwalach.

"Co do… kury?": portret artysty
"Co do… kury?" okazuje się finalnie portretem artysty w procesie tworzenia - dla obserwujących niezrozumiałego, niemożliwie się ciągnącego, a jednak dokładnie takiego, jakim powinien być, żeby został osiągnięty efekt.
Nikt nie mógł tego przewidzieć, ale premiera "Co do… kury?" wpisuje się w toczącą się w ostatnich tygodniach debatę o tym, czy artystom należy się jakiekolwiek wsparcie. "Uważaj, bo zostaniesz lalkarzem. Z tego się tak łatwo nie wychodzi. Szczególnie z długów" - mówi Puczko w jednej ze scen swojej uczennicy, dziewczynie, która uciekła przed wojną w Ukrainie do Polski i pokochała lalki.
Puczko opowiada też - nie żaląc się, tylko stwierdzając fakt, czasem nawet żartując (jego dystans do siebie w filmie doskonale podkreśla muzyka Stefana Wesołowskiego) - o tym, jak wraz z lockdownami i zamknięciami wydarzeń kulturalnych stracił źródła dochodu. Bez jakiejkolwiek rekompensaty - zaczął więc przyjmować jakiekolwiek zlecenia, np. przygotowanie trumny.
Puszko jest artystą drobiazgowym, misteryjnym, z wizją i z lalkarstwem wpisanym w swoje DNA. Dowodem fakt, że jego dzieła przynoszą radość, ciekawość, ukojenie. Mówi mu o tym jego znajoma, zaangażowana w pomoc dla uciekających przed wojną. Mówią o tym przede wszystkim twarze i gesty zwiedzających festiwale lalkarstwa, gdy te w końcu powracają. I myślę, że mówić o tym może reakcja widzów na film - zwłaszcza jego finał. To magia. Magia lalek.
Premiera "Co do… kury?" odbyła się 24 czerwca w warszawskim kinie Atlantic. W lipcu dokument rusza w Polskę, będzie można go obejrzeć w wybranych kinach studyjnych. Listę kin można znaleźć na social mediach Zespołu Filmowego Raban, producenta filmu.












