W 1972 roku, podczas promocji filmu "Kandydat", Robert Redford natrafił na serię artykułów autorstwa Boba Woodwarda i Carla Bernsteina z "The Washington Post", dotyczących włamania do sztabu Partii Demokratycznej mieszczącego się w kompleksie Watergate w stolicy Stanów Zjednoczonych. Aktor dostrzegł w nich dobry materiał na społecznie zaangażowany film. Już w listopadzie 1972 roku skontaktował się z dziennikarzami. Ku ich zaskoczeniu, Redford nie chciał się skupić na samym skandalu i administracji Richarda Nixona (z którego komitetem reelekcyjnym powiązano włamywaczy). Interesowała go codzienność dziennikarzy, metody prowadzenia śledztwa oraz jak oddziaływało ono na ich życie prywatne. Obaj przyznali później, że sugestie Redforda znacząco wpłynęły na kierunek ich artykułów.

"Wszyscy ludzie prezydenta". Rekordowa suma za prawa do adaptacji
Woodward i Bernstein, w międzyczasie nagrodzeni za swą pracę Pulitzerem, wydali "Wszystkich ludzi prezydenta" dwa lata później - zaledwie dwa miesiące przed rezygnacją Nixona z funkcji prezydenta. Redford zakupił prawa do adaptacji jeszcze przed premierą książki, w dodatku za astronomiczną wówczas kwotę 450 tysięcy dolarów. Do napisania scenariusza aktor zaangażował Williama Goldmana, laureata Oscara za "Butcha Cassidy'ego i Sundance'a Kida". To on podjął decyzję, by ograniczyć film jedynie do pierwszej połowy książki i zakończyć go w momencie inauguracji drugiej kadencji Nixona.
Pierwszy draft scenariusza był gotowy już w sierpniu 1974 roku i zadowolił on szefów wytwórni Warner Bros. na tyle, by dać projektowi zielone światło. Redford nie był jednak zachwycony. O sugestię poprosił autorów "Wszystkich ludzi prezydenta" i ze zdumieniem odkrył, że Bernstein i Nora Ephron - ówczesna dziewczyna dziennikarza, a w przyszłości autorka m.in. tekstów do "Kiedy Harry poznał Sally" i "Bezsenności w Seattle" - napisali własny draft. Ten przypadł mu do gustu jeszcze mniej. W ostatecznej wersji filmu wykorzystano z niego zaledwie jedną scenę.

"Wszyscy ludzie prezydenta". Tarcia między aktorami dały zaskakujący efekt na ekranie
Redford nie ukrywał także rozczarowania decyzją Warnera o powierzeniu mu roli Woodwarda. Aktor obawiał się, że jego obecność odwróci uwagę od historii. Z kolei dziennikarz był zdziwiony tą decyzją - uważał się za osobę skrajnie nieciekawą, a tymczasem miał się w niego wcielić symbol męskości i najpopularniejszy amerykański aktor. Redford doszedł do wniosku, że jego angaż wymuszał obsadzenie roli Bernsteina równie znanym i popularnym aktorem. Początkowo myślał o Alu Pacino, jednak ostatecznie zatrudniono Dustina Hoffmana.
Wymuszony casting okazał się decyzją najlepszą z możliwych. Obaj aktorzy różnili się zarówno fizycznie, jak i swoim podejściem do aktorstwa. Chociaż obaj spędzili długie godziny ze swoimi bohaterami, Redford nie miał zamiaru imitować zachowania Woodwarda. Hoffman tymczasem uparł się, by jak najbardziej upodobnić się do Bernsteina, do tego stopnia, że na planie pojawiał się z jego zegarkiem na ręce. Między aktorami iskrzyło. Obaj nauczyli się także tekstu swojego partnera i podczas zdjęć przerywali sobie, tym samym tworząc napiętą atmosferę i nieraz wyprowadzając z równowagi innych członków obsady. Dzięki temu trudna współpraca Woodwarda i Bernsteina wydawała się tak wiarygodna.
"Wszyscy ludzie prezydenta". "Nie zrób ze mnie buca"
Trzecią najważniejszą postacią do obsadzenia był Ben Bradlee, redaktor naczelny "The Washington Post". Producenci brali pod uwagę angaż Burta Lancastera, Gene'a Hackmana, Telly'ego Savalasa lub Lesliego Nielsena. Sam zainteresowany widział w roli samego siebie George'a C. Scotta, który w historii kina zapisał się jako odtwórca tytułowej roli w "Pattonie". Redford tymczasem od początku forsował Jasona Robardsa. Bradlee nie był zachwycony, ale zdawał sobie sprawę, że jego aprobata jest w tej sytuacji nikomu niepotrzebna do szczęścia. Poprosił więc Robardsa, by ten "nie zrobił z niego buca".
Aktor czuł, że naczelny jest patronem młodych dziennikarzy, zawsze patrzącym im przez ramię, dlatego w czasie kręcenia scen w redakcji pojawiał się na planie każdego dnia, nawet jeśli nie miał żadnych dialogów. Siadał wtedy za swoim biurkiem i czytał książkę. Wspierany przez świetne dialogi autorstwa Goldmana Robards niespodziewanie przyćmił swoich młodszych i o wiele bardziej znanych kolegów. Za swoją rolę otrzymał Oscara dla aktora drugoplanowego. Rok później zwyciężył ponownie w tej samej kategorii, tym razem za film "Julia" Freda Zinnemanna, w którym zagrał pisarza Dashiella Hammetta.
"Wszyscy ludzie prezydenta". Nominacja do Oscara za osiem minut na ekranie
W "Głębokie gardło", tajnego informatora dziennikarzy, wcielił się Hal Halbrook. Aktor początkowo nie był zainteresowany występem, ponieważ uznał postać za epizodyczną i mało ważną. Zmienił zdanie po rozmowie z Redfordem. Z kolei Jane Alexander otrzymała niewielką rolę księgowej kampanii reelekcyjnej Nixona, która zostaje ważnym źródłem informacyjnym Woodwarda i Bernsteina. Chociaż aktorka pojawiła się na ekranie na zaledwie osiem minut, wystarczyły one, by dać jej nominację do Oscara za rolę drugoplanową. Ostatecznie przegrała z Beatrice Straight za jej jeszcze krótszy (zaledwie pięć minut i dwie sekundy) występ w "Sieci" Sydneya Lumeta. Reżyserii "Wszystkich ludzi prezydenta" podjął się Alan J. Pakula, uznany producent (m.in. "Zabić drozda"), który pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku postanowił stanąć także za kamerą.
Film okazał się ogromnym sukcesem artystycznym i frekwencyjnym. Zarobił ponad siedemdziesiąt milionów dolarów, a w sezonie nagród otrzymał aż osiem nominacji do Oscara, w tym za najlepszą produkcję roku, reżyserię, scenariusz i role drugoplanowe. Ostatecznie skończyło się na czterech statuetkach - dla Williama Goldmana, Jasona Robardsa oraz za scenografię i dźwięk. Konkurencja w głównej kategorii była bardzo mocna, znalazły się tam "Sieć" Sydneya Lumeta i "Taksówkarz" Martina Scorsese. Triumfował wtedy "Rocky" Johna G. Avildsena, pierwsza odsłona serii o bokserze z Filadelfii z Sylvestrem Stallone'em w roli głównej.

"Wszyscy ludzie prezydenta". Film jest wciąż aktualny
"Wszyscy ludzie prezydenta" uchodzą dziś za jeden z najważniejszych filmów ukazujących pracę dziennikarzy. Za jego duchowego spadkobiercę uznaje się "Spotlight" Toma McCarthy'ego z 2015 roku. Nagrodzony dwoma Oscarami film skupiał się na śledztwie redakcji "The Boston Globe" w sprawie tuszowania molestowania seksualnego w kościele katolickim. Jednym z jego bohaterów był grany przez Johna Slattery'ego Ben Bradlee Jr., syn postaci, w którą niemal czterdzieści lat wcześniej wcielił się Jason Robards.
Redford zmarł 16 września 2025 roku w wieku 89 lat. Wśród upamiętniających go osób znalazł się także Woodward. 82-letni wówczas dziennikarz napisał w mediach społecznościowych, że podziwiał aktora "za jego przyjaźń, niezależność i fakt, iż wykorzystywał każdą okazję, by uczynić świat lepszym, sprawiedliwszym i bardziej oświeconym". Przywołał także rozmowę, którą odbył z Redfordem w 2021 roku, gdy obaj wrócili do filmu. Gwiazdor był zaskoczony, jak bardzo aktualne wydawało się dzieło z 1976 roku. "Nie mamy już Nixona, mamy Trumpa" - miał stwierdzić.










