Stanisława Celińska: "Tyle po nas zostaje"
Stanisławę Celińską poznałem wiele lat temu, na początku poprzedniej dekady. Najpierw był wielki wywiad do miesięcznika "Teatr", a potem jeszcze dłuższa rozmowa do pierwszego tomu moich trzytomowych "Aktorek".
Od razu skracała dystans. Spotykaliśmy się w domu Stanisławy Celińskiej. Była serdeczna, otwarta, przyjazna.
W dedykacji "Aktorek", Stanisława Celińska napisała mi: "Kochany Łukaszu, dziękuję za zapisanie mojego życia. Tyle po nas zostaje". Dzisiaj ta dedykacja brzmi złowieszczo. Wzruszająco i złowieszczo.
Z czytelnikami serwisu Interia Film chciałbym podzielić się kilkoma opowieściami Stanisławy Celińskiej.
Stanisława Celińska: "Nie wiedziałam, że można tak kochać"
"Pozory mylą. Niektórym wydaje się że jestem groźna, nieprzystępna, a chodzi przecież o wrażliwość, prawdopodobnie nadwrażliwość. Bardzo przeżywam każde złe słowo, nielojalność, plotki. Lata powinny nauczyć mnie odporności na tego typu sprawy. Nie nauczyły".
"Każda z moich piosenek to inna opowieść. Kiedy dostałam od Andrzeja Strzeleckiego "Uśmiechnij się", wiedziałam że musi to być song brechtowski. To się śpiewa całym ciałem".
"Parę razy, w trudnych momentach życia, gdy byłam smutna albo rozczarowana, ktoś podchodził do mnie, chwytał za rękę, i patrząc prosto w oczy, mówił: "uśmiechnij się, jutro będzie lepiej". Uśmiechałam się. A nazajutrz rzeczywiście było dużo lepiej.
"Natomiast "Sprzątaczka" narodziła się w przełomowym momencie mojego życia. Po zapomnieniu alkoholowym, zaczęłam wychodzić z dołka. Powiedziałam Jurkowi Satanowskiemu, że chciałabym wystąpić na festiwalu we Wrocławiu. Zaśpiewałam dwie piosenki do tekstów Jonasza Kofty. "Song sprzątaczki" i "Stop-klatkę". Od pełnej charakterystyczności do maksymalnego dramatyzmu".
"Niejeden raz słyszałam: "skoro Celińska się przyznała do chlania i tego że wyszła z nałogu, to i ja sobie przecież poradzę".
Przecież ja nie zrobiłam alkoholowego coming-outu z potrzeby ekshibicjonizmu. Więcej na tym straciłam, niż zyskałam. Alkoholizm kobiet jest ohydny. Ludzie ze wstrętem odwracają wzrok. Trudno, zrobiłam to dla innych. Żeby uwierzyli, że tak jak ja - w końcu znana gęba - mogą sobie poradzić z tym problemem. To jest możliwe".
Mam w sobie wiele pokory. Nie boję się ludzi, którzy upadli albo pobłądzili. Ja również kiedyś upadłam i zabłądziłam. Ale udało mi się odnaleźć. Może im również się uda?".

"Nie byłam wyczekiwanym z radością dzieckiem. Miałam być chłopcem. Stasiem. Może dlatego długo nie znosiłam swojego imienia. Prosiłam, żeby rodzice mówili na mnie Magda, to było moje drugie imię.
Mieszkaliśmy na ulicy Stalowej, w zaniedbanej części warszawskiej Pragi. Dokuczała nam bieda. Rodzice nie radzili sobie z tym problemami. Mama, eteryczna i nieprzystosowana, wywodziła się ze szlacheckiego rodu Łysakowskich, typowano jej karierę skrzypaczki, miała wyjechać do konserwatorium do Paryża. Wojna zniszczyła wszystko.
Czułam się niekochana. Łaknęłam miłości, a dookoła była nędza, szpetota, milczenie.
Byłam chyba pupilką ojca - pianisty i pedagoga, ale niewiele pamiętam, ponieważ umarł kiedy miałam zaledwie trzy lata, matka zarabiała grając na skrzypcach na ulicy. Byłyśmy bardzo biedne. Pamiętam skórki chleba maczane w oleju. To już cały obiad.
Myślę że przedwczesne odejście taty w dużym stopniu zaważyło na całym moim życiu. Moje nieudane związki z mężczyznami wynikały z tego samego, paraliżującego strachu, że za chwilą - miesiąc albo za dziesięć lat - zostanę opuszczona. Jak kiedyś, przez ojca. I dlatego w miłości byłam zaborcza, apodyktyczna i zazdrosna. Nie do wytrzymania".
"Rodzice nie wylewali za kołnierz. W centralnym punkcie izby stał wielki gąsior z winem. Tę rurkę naprowadzało się do butelek. To było moje zadanie. Czasami pociągałam z gąsiora.
Zły, paskudny czas. I ja również byłam wtedy chyba zła, paskudna i dzika. A przede wszystkim niekochana. Ale tylko do momentu, kiedy opiekę nade mną przejęła babcia Janina.
Dzielna, wspaniała kobieta. Urodziła się w zaborze rosyjskim, była jednym z dwanaściorga dzieci. Szlacheckiego rodu, marzyła o tym, żeby zostać lekarzem, ale jej rodzina była zbyt uboga. W efekcie skończyła zaledwie kilka klas szkoły powszechnej, robiła błędy gramatyczne, ale dla mnie i tak pozostanie najmądrzejszą osobą na świecie.
Jej mąż, dziadek Antoni Łysakowki, herbu Leliwa, którego nie zdążyłam poznać, powtarzał podobno, że w życiu najważniejszy jest Bóg, potem Ojczyzna i Dom. Tych zasad przestrzegała babcia, ja również jestem im wierna.
Babcia Janina miała za sobą traumatyczne doświadczenia wojenne - z obozem w Ravensbruck na czele, co wyzwoliło w niej ogromną energię życiową. Nigdy nie miała wątpliwości, co jest dobre, a co złe. Nie ma jej już tyle lat, a ja wciąż zastanawiam się, jak by zareagowała na moje decyzje. Pochwaliłaby mnie czy skrytykowała?
Wiedziała o mnie wszystko, znała mnie najlepiej, na wylot. W szkole sprawdzała moje zadania domowe, chodziła na wywiadówki.
Po latach powtarzała moim partnerom: "Pamiętaj że ze Stasią trzeba delikatnie, dobrocią". Kiedy występowałam już w Teatrze Współczesnym, dzwoniła do mojego dyrektora, Erwina Axera, z pytaniami: "Jak sobie radzi Stasiulka?".
Zaszczepiła we mnie perfekcjonizm, rozbudziła szalone ambicje. Dla babci zawsze byłam najważniejsza, najzdolniejsza i najpiękniejsza, chociaż pilnowała także żeby nie przewróciło mi się w głowie. Byłam naprawdę urodziwą panienką, ale babcia powtarzała mi: "Stasiulka, ładna to ty może nie jesteś, masz za to sporo wdzięku".
"Kiedy miałam trzy, albo cztery lata, babcia po raz pierwszy zabrała mnie do kościoła. Byłam porażona. Msza i ceremoniały kościelne wydawały mi się czymś niezwykle pięknym, unikatowym. Chciałam trwać jak najdłużej w tym magicznym świecie, znaczonym złotem ołtarza i zapachem kadzidła. Był inny od zniszczonej po wojnie Warszawy, szarego świata, który powoli wyłaniał się z popiołów. Chyba właśnie wtedy zostałam aktorką. To była intuicja dziecka. Najważniejsza.
I ta myśl nigdy mnie już nie opuściła. W średniej szkole bałam się że jestem zbyt biedna, żeby zostać aktorką, pracowałam nad głosem, który wydawał mi się zbyt niski.
Odkąd pamiętam, należałam do kółek dramatycznych, recytatorskich. Występowałam w zespołach młodzieżowych. W ósmej klasie szkoły podstawowej, zanotowałam w pamiętniku: "Będę aktorką". Dodając: "O ile podołam".
Przez moment poważnie rozważałam wstąpienie do zakonu, ale to oczywiście były mrzonki. Rozniosłabym zakon w jedną godzinę. Wahałam się także nad fizyką. Babcia oczami wyobraźni widziała mnie jako lekarkę, a ja chciałam być chyba kimś w rodzaju Marii Curie-Skłodowskiej, aktorstwo jednak zwyciężyło. Na egzaminy do Szkoły Teatralnej szłam jak uskrzydlona. Wydawało mi się że zdałam fenomenalnie. Potem okazało się, że od góry do dołu miałam same trójki, ale jakoś mnie przyjęto.
Babcia skomentowała to w swoim stylu: "Skoro już musisz być tą aktorką, to będziesz wielką aktorką".
"Na studiach byłam podopieczną wielkiej Ryszardy Hanin. Na zawsze zapamiętałam również słowa Stanisławy Perzanowskiej, która powtarzała nam: "Każdą rolę musicie przepuścić przez własny organizm, osobowość, inaczej niczego nie osiągnięcie". Do dzisiaj jestem wierna tej dewizie. U Perzanowskiej grałam Pannę Młodą w scenach z "Wesela" Wyspiańskiego.
Lata studiów były czasem euforii i buntów. Po pierwszym półroczu nauki miałam dwie dwóje. Od profesora Ryszarda Barycza dowiedziałam się, że za mało się angażuję. Bardzo to przeżyłam. Wkrótce potem zasłużyłam jednak na stypendium naukowe.
Bardzo wcześnie, bo chyba na pierwszym roku studiów, z Piotrem Loretzem założyliśmy kabaret "Coś". Przedstawienia odbywały się w dziekance, a nasz kabaret przetrwał do końca studiów. Jeden z programów, w którym śpiewaliśmy starofrancuskie ballady, pokazała nawet telewizja".
"Krysia Janda, przygotowując się do debiutu, przychodziła do mnie, i pytała, jak ma przekonać Wajdę do swoich pomysłów. Mówiłam, że Wajdę trzeba zdobywać. Przekonać go, że mamy rację.
Nina w "Krajobrazie po bitwie" była zwierzątkiem spragnionym miłości. Taką wizję roli narzuciłam Wajdzie od początku. Została zaakceptowana. Mam jednak wrażenie, że wcale nie byłam pierwsza w takim myśleniu o ekspresji aktorskiej w kinie. Wcześniej była przecież histeryczno-tragiczna Elżbieta Czyżewska we "Wszystko na sprzedaż" Wajdy z 1968 roku. Poza tym, w ogóle nie myślałam o tej roli w jakiś szczególny sposób. Zwyczajnie czerpałam z siebie, z własnych doświadczeń. Doskonale wczułam się w dzikość tej dziewczyny, ponieważ moje dzieciństwo było również trudne. Czułam się niepotrzebna, urodziłam się w złym czasie, na gruzach zakończonej wojny."
"Często wspominam spotkanie z Jerzym Antczakiem. "Noce i dnie", które kręciliśmy przez kilka lat, to było jedno z najpiękniejszych spotkań z kamerą. Takich przeżyć się nie zapomina. Poza tym zagrałam Agnieszkę Niechcic, postać w której Marią Dąbrowska podarowała najwięcej własnych cech charakteru. Agnisia była wyzwolona: pełna życia, stanowcza, z przekonaniem broniła swojej wolności."
"Kiedy spotkałam Krzysztofa Warlikowskiego miałam 51 lat. Byłam w ciężkiej sytuacji. Musiałam zarabiać na życie. Dawałam recitale, brałam udział w przedstawieniach impresaryjnych, występowałam w kinie i w telewizji. Wydawało się, że tyle wystarczy, więcej nie trzeba. I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, pojawił się nieśmiały chłopiec, który przywrócił mi młodość, sprowokował do głębokich prowokacji.
Dzięki Krzysztofowi zrozumiałam czym jest ciało w teatrze. Nagie ciało. Jaką pełni funkcję - stając się integralną częścią opowieści. Jest piękne nawet jeżeli już nie młode. Mądrze użyte, nie powinno szokować, zawstydzać, bulwersować.
W spektaklu Warlikowskiego, "Koniec" gram z Jackiem Poniedziałkiem mocną, nagą scenę. Nie jestem tam jednak Stanisławą Celińską, która się rozbiera, tylko matką tego chłopca, bohatera sztuki. A on przygotowuje mnie do snu. Nikt mnie nie widzi, czuję się bezpiecznie. Chronią nas cztery ściany pokoju. Tam nie ma nagości, jest prawda."
To znamienne, że w zasadzie dopiero dzięki spotkaniu z Warlikowskim zaakceptowałam własną cielesność. Wcześniej było z tym różnie. Bardzo długo, aż do urodzenia drugiego dziecka, miałam dziewczęcą sylwetkę. W wieku 26 lat wciąż grywałam dziewczynki. Byłam komplementowana i adorowana, ale wstydziłam się własnego ciała. Nie było mowy, żebym poszła na plażę. Teraz to się zmieniło. Utyłam. Trochę się zaniedbałam, ale - o paradoksie - dużo mniej się wstydzę".
"Kiedyś, pytana co jest w życiu najważniejsze, powtarzałam: walnąć porządne rólsko, grzmotnąć słowem, osobowością, siłą i problemem. Dzisiaj, to takie banalne, chcę być dobrą matką, babcią, teściową, oraz - oczywiście - dobrym, uczciwym artystą. Do momentu urodzin dzieci, całe moje życie było nastawione na zawód. Byłam zachłanna na aktorstwo. Nie było niczego ważniejszego. Kiedy się urodziły, oszalałam na ich punkcie. Nie sądziłam że można tak kochać. Najpierw dzieci, potem wnuki.
Lubię mieć wolny czas, kiedy mogę spokojnie zrobić obiad, wyjść z pieskiem na spacer, podłubać w ogrodzie, pośpiewać. Wszyscy mieszkamy razem w jednym domu. A ja, z całą radością, czuję się jak kwoka doglądająca swojego stada. Uwielbiam to!".











