Codzienność oddziału pediatrycznego to nie uśmiechnięte buzie małych pacjentów, którzy wśród zabawek i książeczek wracają do zdrowia, ale ich cierpienie fizyczne i emocjonalne. To również emocje rodziców, często zagubionych, bezradnych i pozostawionych samym sobie.
Belgijskiej reżyserce Laurze Wandel udało się zajrzeć za zamknięte szpitalne drzwi, gdzie na co dzień trwa pełna napięcia i stresu walka o życie i zdrowie. Film, który nakręciła, nie pozostawia wątpliwości: w niewydolnym systemie tylko pojedynczy ludzie mogą nieść zmianę - kosztem własnego zdrowia, emocji, a być może nawet kariery lub reprymend od przełożonych.
Seans "Dla dobra Adama" potrafi mocno wstrząsnąć
To nie kolejny odcinek "Szpitala New Amsterdam" czy innego kolorowego amerykańskiego produkcyjniaka szpitalnego, w którym doktor Goodwin w mgnieniu oka, kilkoma decyzjami w zarządzaniu, odmienia los chorych i lekarzy.
Wandel w ogóle nie interesują idealistyczne bajki. Zderza widza z rzeczywistością i łapie go za gardło razem ze swoimi bohaterami: starszą pielęgniarką pediatryczną Lucy (Léa Drucker), samotną młodą matką Rebeccą (Anamaria Vartolomei) i czteroletnim Adamem (Jules Delsart). Ten film ma w sobie dokumentalną żyłkę.
Opowieść inspirowana prawdziwymi historiami
Pracę nad scenariuszem, który Wandel sama napisała, poprzedził rzetelny research. Historia, którą oglądamy, ma swoje inspiracje w prawdziwych zdarzeniach. "Po wielu odmowach z innych placówek, na współpracę zgodził się szpital Saint-Pierre" - pisze Wandel w eksplikacji reżyserskiej. "Odwiedzałam go przez kilka tygodni. Zajrzałam wszędzie. Byłam na każdym oddziale pediatrycznym: na izbie przyjęć, na konsultacjach i spotkaniach. Uczestniczyłem również w rozprawach i rozmawiałam z sędzią Sądu Rodzinnego, który później zapoznał się ze scenariuszem i udzielił mi kluczowych informacji zwrotnych" - tłumaczy.
"Opieka nad dzieckiem oznacza również opiekę nad rodzicem"
"W ten sposób lepiej zrozumiałam, jak głęboko splecione są ze sobą kwestie medyczne, społeczne i prawne, a dobro dziecka jest nierozerwalnie związane z relacją z rodzicem. Opieka nad dzieckiem oznacza również opiekę nad rodzicem" - podkreśla Wandel. Wokół tych założeń zbudowała wydarzenia, które obserwujemy na ekranie. Lepiej byłoby napisać: w których uczestniczymy. Kamera prowadzona przez doświadczonego operatora Frédérica Noirhomme jest tak blisko bohaterów i miejsc, że wydaje się, że jesteśmy razem z nimi w tych klaustrofobicznych korytarzach i pokojach bez okien, oświetlonych jarzeniówkami.
Jesteśmy w autentycznych wnętrzach - Wandel uzyskała na to zgodę. To nie dekoracja, nie studio jak w tylu innych medycznych produkcjach. Dookoła piszczą urządzenia, czuć niemal ten specyficzny szpitalny zapach, w którym przeplatają się wonie leków, środków do dezynfekcji, łatwych do mycia tworzyw na podłodze, na ścianach, pościeli, chorób, łez, lęku. Słychać szpitalny zgiełk - nie przykrywa go żadna muzyka, żadna melodia nie kieruje emocjami widza, nie podpowiada, kiedy się wzruszyć, kiedy zirytować, kiedy złapać oddech. To niezwykle surowy film. Po prostu jesteśmy w środku dyżuru - jednego z wielu w życiu Lucy.
Matka winna zaniedbaniu syna
Bohaterkę poznajemy, gdy Rebecca, samotna, młoda matka, dowiaduje się, że swojego syna będzie mogła widywać tylko dwa razy dziennie, w porze karmienia. Kurator sądowa najchętniej w ogóle by jej do Adama nie dopuszczała, ale Lucy uważa, że to jedyna szansa na to, żeby dziecko mogło zacząć samodzielnie jeść, a nie być karmione za pomocą sondy.
Problem polega na tym, że to Rebecca, ze swoimi dziwnymi przekonaniami na temat żywienia, doprowadziła malucha do skrajnego niedożywienia, powodującego m.in. patologiczne złamania i skutkującego spowolnionym wzrostem. Nie z braku miłości, raczej z jego nadmiaru. Kobieta jest przekonana, że tylko ona może pomóc chłopcu i że szpitalne jedzenie, zaordynowane przez lekarzy, powoduje u chłopca ból.
Większość personelu oddziału w Rebece widzi niewspółpracującą, upartą i szkodzącą dziecku matkę. Lucy dostrzega jej silne uczucie i chce je wykorzystać dla dobra dziecka, wbrew procedurom, wbrew nakazom i decyzjom kuratorki i bezpośrednich przełożonych. Adam bez matki nic nie chce jeść, nie chce pić. Jest w dramatycznym stanie psychicznym. Lucy widzi też samotność dziewczyny, która nie ma nikogo poza swoim synkiem i nikogo, kto by ją wsparł, podpowiedział i pokierował.
Szybkie osądzanie - znak czasów
"Mamy skłonność do szybkiego osądzania innych, ale myślę, że często wynika to z braku czasu" - mówi Wandel w rozmowie z serwisem film-fest-report. "To znak naszej ery i coś, co bardzo mnie dotyka i martwi" - dodaje.
Reżyserka sama stara się Rebekki nie oceniać. "Moim zdaniem, to przerażona kobieta, podświadomie wołająca o pomoc" - kontynuuje. "Nie jesteśmy przyzwyczajeni do obecności takich postaci i ważne dla mnie było, aby widzowie przede wszystkim poczuli jej kruchość" - podkreśla. Anamaria Vartolomei, która gra matkę, doskonale ten stan oddaje. Jest rozedrgana. Całe jej ciało błaga o pomoc - nie tylko dla syna, ale też i dla siebie.
Léa Drucker godna wszelkich trofeów
Wspomniałam o zdjęciach, wspieranych zresztą przez szalenie dynamiczny i precyzyjny montaż Nicolasa Rumpla. Nie ma tu zbędnych ujęć, długich jazd. Jest napięcie. Dzięki temu tempu jeszcze bardziej jesteśmy "w dniu Lucy". Pisałam o Vartolomei. Jednak siłą, która niesie "Dla dobra Adama" jest Léa Drucker, francuska aktorka znana m.in. ze "Sprawy osobistej", "Ostatniego lata" i "Jeszcze nie koniec". Nie wiedzieć czemu Lucy przyniosła jej na razie tylko jedną nagrodę - na festiwalu El Gouana, a godna jest wszelkich trofeów.
W każdym geście Drucker, w jej grymasie, postawie ciała, krokach, zwykłych czynnościach medycznych - widać napięcie bohaterki, która na każdym dyżurze musi mierzyć się z setkami decyzji o naturze moralnej, etycznej, medycznej i prawnej. Decyzji, wpływających na pacjentów i ich opiekunów, a także na nią samą. Jak się w tym chaosie nie zatracić, nie wypalić, nie pozbyć człowieczeństwa? Adam jest przecież tylko jednym z pacjentów - przez oddział przewijają się nastolatki po aborcji, dzieci w stanie krytycznym, wymagającym natychmiastowych dalszych badań. Zjawiają się tu też podenerwowani rodzice, którzy nie ufają lekarzom, albo nie ufają dzieciom, albo… Tymczasem brakuje ludzi, miejsca, czasu. Nawet technik, który odpowiada za aktualizację uprawnień kart wstępu, ma wolne i przejścia między oddziałami ciągle się blokują.
Wszystko wymaga interwencji już. "Sytuacja, w której jest Lucy, jest symptomem stanu wyjątkowego w świecie medycznym" - mówi reżyserka. "Świata, w którym brakuje nie tylko zasobów finansowych i ludzkich, ale także przestrzeni i czasu". Wśród tak szaleńczego biegu - procedury zdają się jedyną ochroną i kierunkowskazem dla personelu i pacjentów, ale jednocześnie niszczą empatię i budzą wrogość. A czy bez empatii pomoc jest możliwa?
Bez prostych odpowiedzi
"Dla dobra Adama" otworzyło Tydzień Krytyki na ostatnim festiwalu w Cannes. To prestiżowa sekcja, skupiona na artystycznym, odważnym kinie. W Polsce film ma dość ograniczoną dystrybucję, ale warto go szukać. Chociaż po projekcji trudno będzie zebrać myśli i słowa, to jednocześnie dramat Wandel pozwala lepiej zrozumieć świat, z którym każdy w mniejszym czy większym stopniu ma do czynienia i który tak łatwo oskarżać. Trudniej o znalezienie rozwiązań. Nie ma tu prostych odpowiedzi, ale to nie znaczy, że całkowicie nie ma nadziei. Mocne, wyraziste kino.
"Dla dobra Adama" (L'intérêt d'Adam), reż. Laura Wandel, Francja, Belgia 2025, dystrybutor: Mayfly, premiera kinowa: 6 lutego 2026 roku.











