Film jak puste kalorie. Nie ma zbyt wielu wartości... odżywczych
Ten film jest po prostu tym samym, co przemysłowo produkowane lody. Nie rzemieślnicze, ale właśnie lody od wielkich korporacji, które można znaleźć w każdej zamrażarce w supermarkecie. Są słodkie, naładowane chemią i nie mają zbyt wielu wartości odżywczych.
Eli Roth nakręcił dokładnie taki film. Do pewnego momentu miałem nawet ochotę skwitować go parafrazą refrenu finałowej piosenki: "I scream, you scream, we all scream for better movie about ice cream". Jednak z ducha carpenterowski trzeci akt zniechęcił mnie do całkowitego glanowania produkcji. A może po prostu przyzwyczaiłem się do tego przemysłowego smaku lodów?
Podobno Eli Roth planował ten film od 20 lat. Nie wiem, nad czym tak długo myślał, bo akcja jest prosta jak skład lodów śmietankowych. Do wyjętego jak z kart powieści Stephena Kinga małego amerykańskiego miasteczka przyjeżdża furgonetka z lodami, kierowana przez uśmiechniętego lodziarza z wąsikiem (Ari Millen). Sympatyczna muzyczka gra, jeszcze bardziej sympatyczny i zarazem upiorny lodziarz wabi dzieci i rozdaje im lody o wymyślnych nazwach i kształtach. To po prostu znany z baśni braci Grimm szczurołap, który używa lodów zamiast czarodziejskiego fletu, by hipnotyzować dzieciaki. Te po spożyciu łakoci zamieniają się w zombie i mordują wszystkich napotkanych dorosłych. Dlaczego? Jak znacie niemiecką legendę o fleciście, to odgadniecie finał.
"Ice Cream Man: rozrywka wyłącznie dla amatorów gatunku
Lodową rzeź oglądamy oczami Jareda (Charlie Zeltzer), który nie może spożywać laktozy, więc lodziarz z wąsikiem go nie dopada. Jest z nim jego szkolna miłość Mia (Kiori Mirza), starsza siostra Lizzie (Sarah Abbott), jej arogancki chłopak Chris (Dylan Hawco) i kumpel Tommy (Shiloh O' Reilly). Każda z tych postaci z różnych powodów nie spróbowała opętanych lodów. Cała piątka, niczym dzieciaki w "Stranger Things", ucieka przed zombie rówieśnikami i lodziarzem. I tyle. To cała akcja. Schemat goni schemat, a lodziarz goni dzieci. Roth zaś goni chyba swoje marzenia z okresu, jak miał 12 lat. Ten film wygląda, jakby pisał go uczeń 1 klasy liceum.
Roth nie udaje, że nakręcił slasher, który ma zmienić gatunek. Jego film nie ma żadnego ukrytego przesłania. Pakuje widzów momentalnie w sam środek akcji i pozwala się im obżerać pustymi kaloriami. Jest to rozrywka wyłącznie dla amatorów gatunku, którzy też jednak mogą mieć powody do narzekań.
Brakuje Rothowi umiejętności zabawy krindżem w stylu Sama Raimiego z czasów jego wersji "Martwego zła" i nie potrafi pisać błyskotliwych dialogów, jak twórcy "Zombieland" czy "Wysypu żywych trupów". "Ice Cream Man" opiera się wyłącznie na jednej koncepcji. Urocze dzieciaki oblepione lodami i słodkimi posypkami zamieniają się w maszyny do zabijania, a my przez 86 minut oglądamy ich dzieło. Wszystko w pastelowych kolorach z kina Johna Watersa i z suburbii filmów Spielberga.
Gdyby Roth był stylistą i prześmiewcą, to mógłby z tego zrobić kultową w przyszłości krwawą komedię. Zamiast tego dał nam przeciętny letni slasher, który fani gatunku obejrzą bez bólu. Najlepiej trzymając zimny shake w dłoni.
5/10
"Ice Cream Man", reż. Eli Roth, USA 2026, dystrybucja: Kino Świat, polska premiera kinowa: 7 sierpnia 2026 roku.






!["Ópi" [teaser]](https://i.iplsc.com/000NAPID2KNN9D4H-C401.webp)


!["Primetime" [trailer]](https://i.iplsc.com/000NAP4A0DU6C83T-C401.webp)


