Samuel L. Jackson przyjął rolę z powodu tego tytułu
"Węże w samolocie" opowiadały o locie pasażerskim, którym podróżuje świadek brutalnej zbrodni. Chroni go doświadczony agent FBI, w którego wcielił się Samuel L. Jackson. Gangsterzy decydują się ich pozbyć. W tym celu na pokładzie samolotu znajduje się skrzynia wypełniona jadowitymi wężami.
"Węże w samolocie" stały się internetowym fenomenem za sprawą swego tytułu, zapowiadającego rozrywkę rodem z kina klasy B. Wytwórnia New Line Cinema chciała go zmienić na nijaki "Pacific Air Flight 121". Protestował między innymi Jackson. "Pierwszy tytuł musi wrócić. Tylko z tego powodu wziąłem tę robotę. Przeczytałem napis na pierwszej stronie scenariusza" - mówił aktor. Co ciekawe, mimo ogromnego szumu w internecie, "Węże w samolocie" zarobiły na całym świecie zaledwie 62 miliony dolarów, co przy budżecie wynoszącym 33 miliony trudno uznać za sukces. Niemniej, scena, w której Jackson krzyczy, że ma "dość tych [tutaj pada wulgaryzm] węży w tym [kolejny wulgaryzm] samolocie", stała się memem. "Chcieli, żeby ten film miał kategorię PG-13, a ona pozwala tylko na jeden wulgaryzm" - wspominał Jackson w rozmowie z "GQ" w 2024 roku. "Powiedziałem im: 'słuchajcie, muszę powiedzieć [jeszcze jeden wulgaryzm] w tym filmie. [I kolejny wulgaryzm] węże rozpełzy się po całym samolocie".

Ten tytuł mówił wszystko. Tak głupi, że nie sposób brać go poważnie
Inną serią, o której zrobiło się głośno z racji absurdalnego tytułu, było "Rekinado". Fabuła sześcioczęściowego cyklu była prosta: świat nawiedzają tornada, miotające na lewo i prawo żądnymi krwi rekinami. Seria powstała dla wytwórni The Asylum, słynącej z taniej realizacji i przebrzmiałych gwiazd w obsadzie. Budżet pierwszej części z 2013 roku wyniósł zaledwie dwa miliony dolarów.
Znany z roli Steve'a w "Beverly Hills 90210" Ian Ziering przyznał, że wystąpił w "Rekinado" tylko po to, by mieć możliwość ubiegania się w Gildii Aktorów Filmowych o ubezpieczenie zdrowotne dla swej rodziny. "To głupiutkie, ale świadomie przekracza granice absurdu. Do tego filmu nie da się podchodzić zbyt poważnie. Mamy przecież do czynienia z rekinami spadającymi z nieba. Pomysł jest tak oderwany, że wypadł naprawdę zabawnie" - dodała Tara Reid, znana z serii komedii "American Pie".

Skąd wzięły się niesławne polskie tłumaczenia tytułów?
Warto wspomnieć o polskich tłumaczeniach filmów, które przez pewien czas funkcjonowały w polskiej dystrybucji. Miały one na celu szybkie zainteresowanie i objaśnienie fabuły potencjalnym widzom, w latach 80. i 90. często nieznającym języka angielskiego. Dlatego otrzymaliśmy takie klasyki jak "Elektroniczny morderca" ("Terminator"), "Super glina" ("RoboCop") i "Wirujący seks" ("Dirty dancing").
O kulisach nadawania polskich tytułów pisał Konrad J. Zarębski w 209. numerze "Gazety Telewizyjnej", cotygodniowego dodatku do "Gazety Wyborczej", z 2001 roku. Krytyk przyznał w nim, że to on był autorem niesławnego "Elektronicznego mordercy". Zwrócił on uwagę, że w czasach PRL-u każdy film zagraniczny musiał zostać pokazany cenzurze, komisji wieku i plastykowi zatrudnionemu do zaprojektowania plakatu. Na seanse dostawali się także przedstawiciele "Filmowego Serwisu Prasowego", pisma skierowanego do kierowników kin i dziennikarzy. Po tych seansach ustalano także tytuły. A te, jak pisał Zarębski, "musiały spełniać kilka warunków: przede wszystkim miał mieć polskie brzmienie". Zaznaczył jednak, że zdarzały się wyjątki, między innymi "Love Story".
Jak wspominał krytyk, szybko porzucono myśl o pozostaniu przy oryginalnym tytule "Terminatora". Ktoś zaproponował "Eksterminatora", ale film o takim tytule funkcjonował już na pirackim rynku VHS. Ostatecznie Zarębski zaproponował "Elektronicznego mordercę". Do autorstwa tytułu przyznał się po latach wysłuchiwania narzekań na swoje tłumaczenie.










