"Michael": kino kręcone na kolanach
Nie muszę złośliwie pisać, że kończący film utwór "Bad" symbolizuje ten obraz. Nie jest tak źle, jak piszą niektórzy zachodni krytycy, choć widać wyraźnie, że w produkcję jest zaangażowana rodzina Michaela, która bardzo zadbała, by pomnik artysty nie został uszkodzony.
Film produkuje Graham King, który wcześniej zrobił "Bohemian Rhapsody". Można te dwa filmy do siebie porównać. Biografia Queen jest bezpiecznym "kartkowaniem" kariery genialnych brytyjskich muzyków, bez zaglądania w hedonistyczne życie Freddiego Mercury'ego, który był przecież jedną z pierwszych znanych ofiar AIDS. Biografia Queen kończy się w momencie, gdy grupa jest przed swoimi wielkimi triumfami, przerwanymi śmiertelną chorobą jej frontmana.
W "Michaelu" mamy podobny schemat. Wszystko kończy się po wydaniu płyty "Bad", gdy Michael Jackson jest na samym szczycie. Finał jest w zasadzie kopią ostatniego aktu biografii Queen. Oba filmy kończą się legendarnymi i przełomowymi występami na londyńskim stadionie Wembley.

Jak wyglądały rozterki Michaela Jacksona? Tego się nie dowiemy
Nie widzimy więc, jak wyglądały rozterki Michaela, gdy "Dangerous" i kolejne albumy nie mogły się równać z płytami wyprodukowanymi przez Quincy'ego Jonesa. Na ile tego wiecznego chłopca w ciele dorosłego mężczyzny zmieniły burzliwe małżeństwa i czym były dla niego oskarżenia o molestowanie? Nie wiadomo. Twórcy przekonują, że wątek oskarżeń o molestowanie pojawił się w filmie, ale przez zawiłości prawne musiał zniknąć. Wydano nawet dodatkowe 15 milionów dolarów na dokręcenie innego finału.
Oryginalna wersja miała też zaczynać się w 1993 roku od sceny, w której do Neverland przyjeżdża policja. To wtedy pojawiły się zarzuty o molestowania 13-letniego Jordana Chandlera. Jackson miał zapłacić rodzicom chłopca 23 mln dolarów i na mocy ugody pojawił się zakaz wspominania Jordana w jakimkolwiek filmie. Tyle, że reżyser "Michaela" Antoine Fuqua powiedział w jednym z wywiadów, że nie wierzy do końca w oskarżenia wobec Jacksona. Wygląda więc na to, że laurka, jaka wyszła spod jego rąk, nie jest tylko wynikiem problemów prawnych z domniemanymi ofiarami Jacksona.
Nie twierdzę, że należy na Jacksona patrzeć tylko przez pryzmat licznych oskarżeń o molestowanie i jego różne ekstrawagancje w życiu osobistym. Od dziecka jestem fanem jego muzyki i uważam go za geniusza. Ciężko natomiast jest oglądać biografię artysty, słusznie nazwanego "Królem Popu", bez choćby zerknięcia na przyczyny pęknięcia jego legendy.
"Michael": bardzo dobra rola Jaafara Jacksona
Nie zmienia to faktu, że podoba mi się rola Jaafara Jacksona, który nie jest przecież zawodowym aktorem, a jednak udało mu się dobrze oddać sceniczną osobowość swojego wujka. Jaafar jest synem Jermaine'a Jacksona, który był również częścią Jackson 5. W scenach muzycznych Jaafar jest "zdartą skórą" z Michaela. Rusza się, jak on. Ma taką samą mimikę i opanował jego dziecinny sposób mówienia. Jest Michaelem, jakiego znamy z mediów. Czy to jednak prawdziwy Michael? W roli 10-letniego Michaela widzimy również debiutanta Juliano Valdiego - oddaje on "słodkość" małego "Jacko", który szybko stał się gwiazdą legendarnej wytwórni Motown.
Scenarzysta John Logan sprawnie rozpisał konflikt Michaela z opresyjnym ojcem Josephem (świetny Colman Domingo). Joe jest postacią upiorną, ale udało się ją nieco zniuansować. Jest brutalnym patriarchą, który dręczy małego Michaela na oczach milczącej i wyraźnie cierpiącej matki (Nia Long), ale chce też wyrwać całą rodzinę z biednej robotniczej dzielnicy. Wie, że jako czarnoskóry może to zrobić tylko ciężką pracą. Michael przez całą karierę toczy z cieniem brutalnego ojca walkę. W jednej scenie Joe przestrzega, że bez rodziny Michael upadnie. Czyż nie miał racji? Ten wątek ginie jednak szybko.
"Michael": propagandowa biografia Króla Popu
"Michael" prędko zamienia się w lśniącą pocztówkę. Jest irytująco powierzchownym spojrzeniem na istotę sukcesu Michaela Jacksona, jaki osiągnął płytą "Thriller". W dzisiejszej erze globalnego sukcesu rapu może być zaskoczeniem, że MTV nie chciało pokazywać klipów czarnoskórych artystów. Jackson w latach 80. rzeczywiście przełamał barierę rasową. Był pierwszym Afroamerykaninem, którego pokochali dosłownie wszyscy. Bez względu na kolor skóry. Ta ważna społeczna kwestia jest zamknięta w jednej scenie.
Twórcy trzymają się powszechnych i już znanych prawd o Jacksonie. Wiemy przecież, że otaczając się zabawkami i upodabniając się z pomocą chirurga do Piotrusia Pana z ukochanej książki, rekompensował sobie ukradzione dzieciństwo. Wiemy, że był samotny i jedynym jego przyjacielem był ochroniarz Bill (KeiLyn Durrel Jones) oraz od pewnego momentu, dzieci. Na ekranie pomaga im na każdym kroku. Jest ich opiekunem w sklepie zabawkowym i w szpitalu. Nigdy w Neverland, które miało swoje drugie oblicze, co pokazał wstrząsający dokument HBO z 2019 roku.
Znamienne, że w scenach rodzinnych nigdy nie widzimy Janet Jackson, która nie zaangażowała się w produkcje filmu. Jedyne dziecko Jacksonów, które poza Michaelem odniosło solowy sukces na scenie, nie jest w żadnym wymiarze twarzą tej produkcji. Może dlatego, że Janet czuła, iż tak naprawdę zwycięstwo odnosi tutaj Joe Jackson? Jemu najbardziej zależało, by Michael został zapamiętany jako geniusz nie mający żadnych rys na swoim pomniku.
5,5/10
"Michael", reż. Antoine Fuqua, USA 2026, dystrybutor: UIP, polska premiera kinowa: 22 kwietnia 2026 roku.











