- Pewnego dnia Harvey Keitel co chwilę uciszał ekipę, mówiąc, że ja koncentruję się przed trudną sceną. Nie wymagałam tego, ale jego troska i uważność na mnie były naprawdę wzruszające i rozczulające - mówi w rozmowie z Interią nominowana w tym roku do BAFTA Scotland Awards Anna Próchniak, której rola w "Tatuażyście z Auschwitz" została doceniona przez zachodnich krytyków.
Anna Próchniak konsekwentnie buduje karierę w kinie polskim (m.in. "Najlepszy" Łukasza Palkowskiego czy serial "Behawiorysta") oraz na rynku zachodnim. W tym roku zagrała u boku Daugraya Scotta ("Gotowe na wszystko", "Mission Impossible 2") w serialu "Summerwater", natomiast w 2026 roku premierę ma nowy film twórcy "Straconych złudzeń" Xaviera Gianolli’ego ze zdobywcą Oscara Jeanem Dujardinem w głównej roli. Jednocześnie aktorka nie zamierza być celebrytką: unika ścianek, czerwonych dywanów, plotkarskich portali i social mediów. - Zdecydowanie wolę być na planie i przed kamerą - mówi.O pracy z Harveyem Keitelem, nominacji do BAFTY, nadchodzących projektach, ale też sławie z Anną Próchniak rozmawiał Łukasz Adamski.
Łukasz Adamski: Otrzymałaś w tym roku nominację do BAFTA Scotland Award w kategorii "Najlepsza aktorka filmowa lub telewizyjna" za rolę Gity w serialu "Tatuażysta z Auschwitz". Znalazłaś się w imponującym gronie.
Anna Próchniak: - To naprawdę niezwykłe uczucie, onieśmielające i uskrzydlające zarazem. Znalezienie się w tak międzynarodowym gronie, samo w sobie jest ogromnym wyróżnieniem. Daje poczucie, że moja praca została zauważona i doceniona. Mam dzięki temu poczucie, że idę we właściwym kierunku - nawet jeśli ta droga bywa czasem wyboista i często muszę dokonywać trudnych wyborów.
Gala wręczenia nagród odbyła się 16 listopada. Przegrać z Saoirse Ronan to naprawdę żaden wstyd.
- Jej rola w "The Outrun" jest brawurowa i bardzo poruszająca! Podczas gali Peter Mullan żartował, że "stół przegranych" z roku na rok robi się coraz dłuższy - i to wcale nie byle jakie towarzystwo (śmiech). W tym roku tak jak ja nagród nie otrzymali chociażby Tilda Swinton czy James McAvoy. Moim zdaniem być w takim gronie przegranych to już jest wygrana.
Szczególnie dla kinomanki. Ty nie tylko w filmach grasz, ale je namiętnie oglądasz.
- Od dziecka byłam karmiona filmami - moi rodzice pokazywali mi kino, które kształtowało moją wyobraźnię. Moim największym idolem był i wciąż jest Gary Oldman. Uważam go za absolutnego geniusza. Jako około dziesięcioletnia dziewczynka byłam zahipnotyzowana jego kreacjami w "Leonie zawodowcu", "Piątym elemencie", ale też kocham jego epizod w "Prawdziwym romansie". Dorastałam na tych rolach.
Ja też go uwielbiam za "Prawdziwy romans". Wspaniały epizod napisany przecież przez Quentina Tarantino!
- Właśnie to uwielbiam w tym filmie - połączenie scenariusza Quentina Tarantino i reżyserii Tony'ego Scotta. Tarantino sprzedał ten scenariusz, żeby sfinansować swój debiut, "Wściekłe psy". Gdyby sam go wyreżyserował, powstałby zupełnie inny film - łatwo to sobie wyobrazić, bo to twórca o bardzo charakterystycznym stylu. Poza tym pierwotnie film miał się też inaczej skończyć... możemy się domyślić, w jakim kierunku to miało iść.
- W zeszłym roku dostałam nominację do C21 Drama Awards 2024 w kategorii Individual Performance in a Drama Series - obok właśnie między innymi Gary'ego Oldmana, Harvey'a Keitela i Kristin Scott Thomas. To było dla mnie ogromnie poruszające. To niewielka branżowa gala. Choć nagrodę otrzymała ostatecznie Jessica Gunning za świetną rolę w "Reniferku". Sama świadomość, że znalazłam się w tak niezwykłym towarzystwie, była czymś wspaniałym. Takie momenty działają jak wiatr w żagle - więc płynę dalej!
Harvey Keitel to legenda kina. Skoro jesteśmy przy Tarantino, to warto pamiętać, że Keitel bardzo pomógł mu w karierze, angażując się w
jego debiut. Dla mnie to jednak zawsze aktor Martina Scorsesego. Jak się z nim pracowało w "Tatuażyście z Auschwitz"?
- Myślałam, że takie rzeczy nie robią na mnie większego wrażenia... a jednak przeżyłam solidne "starstruck", kiedy pierwszy raz spotkałam Harvey'a. Serce zaczęło mi bić szybciej, bo nagle dotarło do mnie, że stoję naprzeciw legendy - aktora, który pracował z nie tylko z Quentinem Tarantino i Martinem Scorsese, o których mówisz, ale też Paolo Sorrentino, którego kino szczególnie mocno cenię. Co ciekawe, spotkaliśmy się na hali zdjęciowej, w scenografii mieszkania Lali'ego Sokolov'a w Melbourne i dopiero po chwili zorientowałam się, że Harvey jest... bardzo mocno stremowany.
Pan Biały ze "Wściekłych psów" stremowany? To jednak zaskakujące.
- Może dlatego, że to był jego pierwszy dzień zdjęciowy na tym planie. Wtedy uderzyło mnie to, że nieważne, ile masz na koncie ról, nagród czy lat doświadczenia - każdy aktor jest człowiekiem i za każdym razem zaczyna od zera. Zwłaszcza w projekcie, który wymaga ogromnej wrażliwości i trudnych emocji. Pewnego dnia Harvey co chwilę uciszał ekipę - choć i tak była cicha - mówiąc, że ja koncentruję się przed trudną sceną. Nie wymagałam tego, potrafię pracować w szumie planu, ale ta jego troska i uważność na mnie były naprawdę wzruszające i rozczulające.

Co było najtrudniejsze w tworzeniu tak specyficznej roli?
- Najważniejsze było dla mnie to, że opowiadam historię prawdziwej kobiety - Gity Furman, która jako 18-latka trafiła do Auschwitz. Udało jej się przeżyć i opowiedzieć swoją historię. To właśnie na tej indywidualnej perspektywie chciałam się skupić. Reżyserka Tali wielokrotnie powtarzała nam, żebyśmy nie próbowali "opowiedzieć historii holokaustu", bo nikt z nas nie ma o tym pojęcia - tylko historię konkretnego człowieka, z największą możliwą szczerością, szacunkiem i miłością.
- Miałam dostęp do ogromnej ilości materiałów, zdjęć i nagrań. Pamiętam moment, kiedy obejrzałam świadectwo Gity nagrane dla USC Shoah Foundation - organizacji założonej przez Stevena Spielberga w 1994 roku, która zgromadziła ponad 50 tysięcy relacji Ocalałych. Aby dostać się do materiałów, pojechałam do małej słowackiej miejscowości. To była dla mnie symboliczna podróż - jak wizyta u Gity. Ta rola była ogromnym wyzwaniem. Zagrać realną osobę, która przeszła coś absolutnie niewyobrażalnego, to gigantyczna odpowiedzialność. Bardzo chciałam zrobić to z pełnym szacunkiem, tym bardziej że jej bliscy żyją.
Poznałaś rodzinę Gity?
- Podczas premiery w Londynie poznałam syna Gity i Lali’ego, Gary'ego Sokolova. Był głęboko poruszony - cały seans pierwszego odcinka na wielkim ekranie przepłakał. Dla niego to było pierwsze tak pełne doświadczenie historii swoich rodziców, bo oni sami nie dzielili się z nim wspomnieniami za życia. To spotkanie zostanie ze mną na zawsze. Wydawało się być potwierdzeniem, że potraktowaliśmy historię jego rodziców z szacunkiem i czułością. Myślę, że do każdej takiej historii trzeba podchodzić z ogromnym taktem i świadomością, że opowiadamy o ludziach z traumą, często z PTSD. W "Tatuażyście z Auschwitz" ogromną rolę odgrywa pamięć. Lali próbuje przypomnieć sobie wydarzenia, które wracają do niego czasem w kilku różnych wersjach - to naturalny mechanizm obronny, sposób, w jaki psychika chroni człowieka przed ogromnym bólem przeszłości.
Odbija się to w kreacji Harvey'a Keitela, który wciela się w sędziwego Sokolova, opowiadającego dziennikarce o swojej historii. Wtedy widzimy ten mechanizm obronny, o którym mówisz.
- Sami Ocalali mówią, że po doświadczeniach granicznych, doświadczeniach "poza zrozumieniem", jakaś część ciebie obumiera i zostaje odcięta. Dopiero kiedy człowiek odważy się ponownie z tą częścią połączyć, możliwe jest zdrowienie. Dlatego samo opowiedzenie traumatycznej historii jest aktem ogromnej odwagi - i trzeba mieć do tego bezwzględny szacunek.
- Warto też pamiętać, jak wiele historii nigdy nie zostanie opowiedzianych, bo nie przetrwał po nich żaden ślad. Myślę, że to była moja największa lekcja z tego projektu: obejrzałam kilkadziesiąt świadectw ocalałych i nie mogłam przestać oglądać kolejnych. To była potężna lekcja humanizmu, pokory, czułości i uważności na drugiego człowieka - bo naprawdę nie wiemy, z czym osoba na przeciwko nas może się mierzyć. Te dokumentalne nagrania stały się dla mnie najważniejszym fundamentem roli.
Jest jakiś film i książka, która pomogła ci przygotować się do projektu, który wymaga tak wielkiej wrażliwości?
- Ogromne znaczenie miała też książka "Przerwane życie Etty Hillesum" - dziennik holenderskiej pisarki żydowskiej, która zginęła w Auschwitz. Jej zapisy powstały jeszcze przed deportacją i opisują jej duchowe przebudzenie; Etty bywa nazywana "mistyczką holokaustu". Oczywiście wracałam również do kina obozowego i wojennego, ale jest jeden film szczególnie dla mnie ważny - "Idź i patrz" Elema Klimowa. Janek Komasa pokazał mi go ponad dekadę temu, kiedy pracowaliśmy nad "Miastem 44" i wróciłam do niego przygotowując się do roli Gity. To najbardziej wstrząsający obraz wojny i ludzkiego okrucieństwa, jaki widziałam. Lekcja obowiązkowa - nie tylko dla miłośników kina, ale dla każdego.

Twoja rola była chwalona przez prestiżowe media, jak "The Hollywood Reporter". Pojawiasz się od jakiegoś czas na czerwonych dywanach ważnych festiwali. Mam jednak wrażenie, że starasz się pozostać na uboczu celebryckiego zgiełku. Dziś, w epoce social mediów, jest to raczej nietypowe. Dlaczego? Introwertyzm czy znalazłaś inny sposób na swoją obecność w świecie kina?
- Mój introwertyczny rys i duża wrażliwość mają na pewno znaczenie. Zawsze byłam nieśmiała - i to znika tylko wtedy, gdy wchodzę w kontakt z rolą. Poza tym ja po prostu nie rozumiem idei "bywania". Nie mam takiej potrzeby. Oczywiście uczestniczę w wydarzeniach związanych z moimi projektami i czasem pojawiam się na ważnych imprezach branżowych, ale nie jest to przestrzeń, w której czuję się jak ryba w wodzie.
Anna Próchniak - daleka od bycia celebrytką. Mamy już tytuł wywiadu!
- Naprawdę kocham moją pracę, ale zdecydowanie wolę być na planie i przed kamerą, niż na czerwonym dywanie. Ten drugi aspekt bywa dla mnie trudny i drenujący, bo jest tam głośno, intensywnie, chaotycznie. W takich sytuacjach nie da się być do końca sobą. Wszyscy ukrywamy się pod maskami ochronnymi, a ja do tego bardzo szybko odczuwam zbyt dużą ilość bodźców. Przy promocji "Tatuażysty z Auschwitz", podczas junketu prasowego, zrobiliśmy z Jonah Hauer-Kingiem ponad 50 wywiadów. W dwa dni! Do tego kilka pokazów premierowych, Q&A, spotkania - to wszystko pochłania ogromne ilości energii. Po takich wydarzeniach muszę się zregenerować: pobyć w ciszy, pomedytować, naładować baterie, na nowo złapać kontakt z prawdziwą ja. Odespać.
Podejrzewam, że wiele innych aktorek zalałaby social media sefliakami z gwiazdami, z którymi pracujesz na Zachodzie.
- Na gali BAFTA Scotland spotkałam na przykład Ewana McGregora, ale zamiast zrobić sobie wspólne selfie, wolałam z nim przez chwilę porozmawiać. Dla mnie ważne są prawdziwe momenty. Choć może nie ma to często wiele wspólnego z dobrym PR-em. (śmiech)
- Dodatkowo plan filmowy i wszystko dookoła niego wymaga ode mnie ogromnej dawki ekstrawertyzmu. Kiedy projekt się kończy, moja introwertyczna część wreszcie może przejąć stery. Muszę dbać o balans, o swoją energię, świat wewnętrzny i wrażliwość - bo to właśnie dzięki nim mogę tworzyć. A mam jeszcze przed sobą wiele historii do opowiedzenia. Ta pozorna "nuda" wiele mi daję. Wolę poczytać książkę, obejrzeć film na projektorze w domu, porozmawiać z bliskimi, zwyczajnie "żyć". Ta nudna codzienność jest dla mnie ważna, bo dzięki niej mogę obserwować świat, szukać inspiracji i być - czasem nieudolnie - tu i teraz.

Teraz pracujesz ze zdobywcą Oscara za "Artystę", Jeanem Dujardinem. Możesz powiedzieć coś o tym projekcie? Mówimy o nowym filmie Xaviera Gianolli'ego "Les Rayons et Les Ombres". Bardzo lubię jego "Stracone złudzenia", ale też mam słabość do tragikomedii "Niesamowita Marquerite".
- To znakomity reżyser. "Stracone złudzenia" zdobyły przecież aż 7 Cezarów. Natomiast praca z Jean'em była jednym z najciekawszych doświadczeń w mojej karierze. Gdyby ktoś mi powiedział w 2011 roku, gdy oglądałam w kinie "Artystę", że będę pracowała z Jeanem, nie uwierzyłabym. A jednak! Jean jest niezwykle kulturalny, ciepły i profesjonalny. Czułam się przy nim bardzo bezpiecznie, mimo że grałam po francusku, którego nie znam biegle. Na planie wspierał mnie coach językowy, natomiast długi proces zdjęciowy sprawił, że pod koniec potrafiłam już improwizować w tym języku. Fascynuje mnie to, jak Jean potrafi całkowicie przeobrazić się, kiedy wchodzi w rolę. A jednocześnie nie ma w nim ani grama gwiazdorskiej wyniosłości - jest zabawny, bezpośredni i bardzo ludzki. Opowiadał mi o swoich doświadczeniach z pracy w obcych językach, choćby przy "Wilku z Wall Street" czy w "Obrońcach skarbów". Dla niego także były to momenty pełne wyzwań i lekcji pokory, więc świetnie się w tym rozumieliśmy.
Nominacja do BAFTA Scotland Awards koresponduje z twoją rolą w serialu "Summerwater". Akcja powieści Sary Moss rozgrywa się nad jeziorem w Szkocji.
- Powieść nie przez przypadek stała się bestsellerem w czasie lockdownu. Akcja rozgrywa się w ciągu 24 godzin, a każdy odcinek pokazuje wydarzenia z perspektywy innej postaci - wraz z jej strumieniem świadomości i przeszłością. To kryminał, ale bardzo nietypowy: mało tu dialogów, postaci są niejednoznaczne, a całość jest mroczna, gęsta i wyjątkowo filmowa. Ze świetną muzyką Gazelle Twin. Dużo przyjemności mi dała praca z reżyserem Robbie'em McKillopem. Mamy podobną wrażliwość, pasję i miłość do kina. Widać tu inspiracje Lynne Ramsay, Romanem Polańskim czy Krzysztofem Kieślowskim, co nadaje serialowi zupełnie inną jakość niż klasyczne brytyjskie crime dramas. Grający główną rolę Dougray Scott mówi nawet, że to jedna z najlepszych rzeczy w jego karierze. Ten projekt dawał aktorom niezwykłą przestrzeń na niuans, poszukiwania i eksplorowanie wewnętrznych napięć.
Czekam zatem na polską premierę serialu oraz nowy film Łukasza Palkowskiego "Pojedynek", gdzie grasz u boku m.in Jakuba Gierszała, Bogusława Lindy i znanego z "Gry o tron" Aidana Gillena.
- Tak, to już kolejne moje spotkanie z Łukaszem Palkowskim, nigdy mu się odmawiam! Ogromnie cenię Łukasza jako twórcę, ale też jako człowieka i bardzo mu kibicuje, żeby zrobił film, który zobaczą ludzie na całym świecie! Wydaje mi się że "Pojedynek" to dobry krok w tę stronę: koprodukcja polsko-irlandzka, międzynarodowa obsada, trochę inne spojrzenie na fragment historii, który dobrze znamy. Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić wszystkich do kin w lutym 2026!











