Władysław Pasikowski żyje w zupełnie innym świecie
Od razu odpowiem na to pytanie. Nie. Nie jest to autoparodia, choć pewnie część widzów tak to odbierze. Jest to natomiast film z innej epoki, bo Władysław Pasikowski żyje w zupełnie innym świecie. Widać to było w jego wersji "Pitbulla" o podtytule "Ostatni pies". Choć warsztatowo jest ona o wiele lepsza niż filmy Patryka Vegi, to okazała się być kompletnie oderwana od realiów warszawskiego półświatka roku 2018, które akurat ojciec chrzestny serii "Pitbull" czuje doskonale. Znamienne, że wówczas Bogusław Linda wybrał rolę u Vegi w "Kobietach mafii", a nie u swojego przyjaciela Pasikowskiego, z którym budował kino sensacyjne lat 90. XX wieku.
Teraz panowie wracają, a film "Zamach na papieża" ma wieńczyć ich przygodę, rozpoczętą w 1991 roku "Krollem". Ósma wspólna produkcja Pasikowskiego i Lindy jest swoistym "the best of" opowieści o romantycznym łajdaku, który robi świństwa "w imię zasad". Jest to melodia, która wpadnie w ucho tym, którzy wychowali się na Franzu Maurerze. Widzowie o wrażliwości sfeminizowanego i poprawnego politycznie kina akcji będą pewnie oburzeni. Witajcie w Pasikowskiego i Lindy bajce. To ich odrębne i archaiczne dziś uniwersum. Tym razem bez muzyki Michała Lorenca i bez zdjęć Pawła Edelmana, ale z godnym zastępstwem Daniela Blooma i Macieja Lisieckiego.
Ja się na tej bajce wychowałem, ale po srogim rozczarowaniu, jakim były dla mnie "Psy 3. W imię zasad" (2020) obawiałem się seansu "Zamachu na papieża". Tym razem Pasikowski na starcie ubezpieczył się i rozbroił porównania do swojego najważniejszego dzieła. Film otwiera scena przesłuchania przed komisją weryfikacyjną. Na miejscu przesłuchiwanego nie siedzi jednak arogancki twardziel z papierosem w ustach. Tamten twardziel tym razem przesłuchuje. Nie nazywa się Franz, ale Bruno (Bogusław Linda). Kogo przesłuchuje? Ano... wędkarza, który stara się o kartę wędkarską. Cóż, czasy się zmieniają i jednak nie "ci sami ludzie siedzą w komisjach". Od mrugnięcia okiem się rozpoczyna, ale potem jest już na poważnie. Jak to u Pasikowskiego, który wychował się na kinie sensacyjnym sprzed postmodernistycznej rewolucji.
Bogusław Linda i kolejne wcielenie Franza Maurera
Bruno jest byłym agentem komunistycznych służb, który dowiaduje się, że jest chory na raka płuc. Zostają mu dwa miesiące życia, które chciałby wykorzystać na to, co kocha najbardziej. Chce łowić ryby i przeżyć ostatnie chwile z Bianką (Karolina Gruszka), prostytutką i kompanką z dawnych lat. Jest jednak rok 1981 i Sowieci szykują zamach na Jana Pawła II. Bruno to wyborowy strzelec komunistycznych służb. Jeden z najlepszych na świecie - jak słyszymy w prologu, czytanym głosem Mirosława Baki. W emeryckim świecie Bruna pojawia się jego dawny przyjaciel Szymurek (Ireneusz Czop) i daje mu propozycję nie do odrzucenia. Ma zastrzelić Ali Agce, który wcześniej zabije polskiego papieża. Jeśli tego nie zrobi, to komuniści zajmą się jego żyjącą w Hamburgu córką (Matylda Giegżno).
Bruno jest kolejnym wcieleniem Franza Maurera, który przecież w trzecich "Psach" również powoli konał otruty przez Rosjan. Franz rozliczał się z życiem, pijąc na balkonie ze swoim jedynym przyjacielem Nowym. Bruno przyjaciół nie ma. Nie wiemy, czy zabił ich jak Ola Żwirskiego i postrzelił jak Radosława Wolfa. Jest sam z prostytutką o gołębim sercu. Rozliczenia jednak też potrzebuje. "Będę się za ciebie modlić" - mówi zatroskana Bianka. "Na tych kolanach, na których pracujesz?" - odpowiada jej Bruno. "Bo to zła kobieta była?". Bianka zła nie jest, ale wpisuje się w obraz kobiet we wczesnym kinie Pasikowskiego, które jak nie są złe, to są "głupie", jak mawiał grany przez Cezarego Pazurę Nowy. Bianka nawet uprawia seks z dwoma nieznoszącymi się samcami alfa. Jeden z nich przysłuchuje się stosunkowi za ścianą, co jest jawnym nawiązaniem do "Psów 2" i seksualnego trójkąta Maurer/Nadia/Wolf.
"Poszczuje psami!" - krzyczy Bruno. "Nie masz psów" - odpowiada mu kolega z SB. Mrugnięć okiem do wychowanych na kinie Pasikowskiego i Lindy jest tutaj cała masa. Granie na sentymentach nie jest niczym nietypowym dla filmowców, którzy mają status legendy. Przecież Juliusz Machulski utkał cały film "Vinci 2" z sentymentu. Pasikowski sprawnie bawi się alternatywną historią zamachu na papieża, co pewnie oburzy tych, którzy do dziś nie mogą wybaczyć mu uczynienie ubeka archetypicznym romantycznym łajdakiem polskiego kina. Pasikowski popełnia niestety przy tym błąd z "Psów 3" i rozwija zbyt mocno poboczne wątki, które zamulają główną oś narracyjną. Morderca dzieci na prowincji i sceny na Kremlu wyjęte żywcem z "Jacka Stronga" są uzasadnionymi elementami scenariusza (żałośni aparatczycy-kanalie o twarzach Adama Woronowicza i Zbigniewa Zamachowskiego vs demoniczni Sowieci pokazują też dwie strony komunizmu), ale odciągają od tego, co jest tutaj najważniejsze.
"Zamach na papieża": zabija nie w imię zasad, ale osobistej zemsty
Zapytałem w jednym z wywiadów Bogusława Lindę, dlaczego jako aktor kojarzony z filmowymi "półkownikami" okresu PRL, chwilę po jego upadku zagrał esbeka. Odpowiedział, że chcieli z Pasikowskim pokazać, że esbecy to też byli ludzie. O tym jest właśnie "Zamach na papieża". O człowieku, który zabija dla totalitarnego reżimu nie w imię zasad, ale osobistej zemsty. Dlatego tak istotnym elementem filmu jest sumienie i zaskakująco poważnie potraktowany motyw duchowy. Czy Pasikowski i Linda chcą nam coś powiedzieć o własnej duchowości? Bruno brał udział w prześladowaniu Żydów (twórca "Pokłosia" przypomina systemowy antysemityzm komunistów w roku '68) i teraz prześladuje go za to Dybuk. Nie tylko w przenośni. Demony trawią Bruna każdego dnia. Nie tylko jego, ale również tych, których on jako człowiek komunistycznych służb inwigiluje.
Zobacz również:
Pasikowski dotyka tematu pedofilii w Kościele i nawet dedykuje film Sinead O’Connor, która jako pierwsza publicznie oskarżyła Jana Pawła II o zaniechania w rozliczaniu winnych. Krzywda dzieci jest ważną częścią vendetty Bruna, której nie można też oderwać od spojrzenia metafizycznego. To oczywiście metafizyka umowna i powierzchowna, ale stanowi jakąś nowość w kinie reżysera "Demonów wojny wg Goi". Pasikowski posługuje się w finale wyrazistą symboliką stricte religijną. Jest płonący krzyż, ale też stwierdzenie, że "zawsze na końcu zostaje sumienie, przed którym nawet ojciec święty nie sp...". Dawny pazur Pasikowskiego ma jeszcze swoją ostrość. Momentami, ale dobre i to. Kilka cytatów, wypowiadanych w tak często parodiowanym w polskiej popkulturze tonie przez Lindę, zapadnie mi w pamięć. Żaden jednak nie ma mocy tego, co słyszeliśmy w latach 90. A może po prostu ten zakazany owoc już nie smakuje? Rodzice przecież nie pozwalali nam w podstawówce oglądać "Psów", ale i tak to Linda z Pasikowskim mnie nauczyli przeklinać.
"Boże, k..., bądź!" - zdaje się krzyczeć w swoim stylu reżyser "Psów". Ja to kupuję, jako dzieciak ery VHS wychowany z jednej strony na ociekających testosteronem mięśniach Stallone'a, ale też pochłaniający od najmłodszych lat kino Jean-Pierre'a Melville'a, który miał romantycznego łajdaka o twarzy Belmondo lub Delona. Pasikowski ma Lindę, którego ostatni taniec oglądamy na Placu Świętego Piotra. A więc jednak Franz ostatecznie strzelał do papieża? Kto zatem niósł kulę?
6,5/10
"Zamach na papieża", reż. Władysław Pasikowski, Polska 2025, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 26 września 2025 roku.














