Urzędujący w Rzymie amerykański dyplomata Robert Thorn (Gregory Peck) dowiaduje się, że dziecko, którego długo wyczekiwał wraz ze swoją żoną Katherine (Lee Remick), zmarło chwilę po porodzie. Kierujący szpitalem duchowny proponuje mu, by przygarnął chłopca, którego matka odeszła po wydaniu go na świat. Thorn zgadza się, a o zamianie nie informuje żony, obawiając się o jej stan psychiczny. Chłopiec otrzymuje imię Damian.
Pięć lat później Robert jest ambasadorem w Londynie. Wokół Damiana zaczyna dochodzić do niepokojących i tajemniczych wydarzeń. Zwierzęta boją się go, a chłopiec brutalnie broni się przed wejściem do kościoła. Niania chłopca odbiera sobie życie w czasie jego przyjęcia urodzinowego. Z Thornem kontaktuje się ojciec Brennan (Patrick Troughton). Duchowny twierdzi, że Damian jest dzieckiem sił nieczystych, które w przyszłości doprowadzi do zagłady ludzkości. Gdy Brennan ginie w makabrycznych okolicznościach, dyplomata zaczyna podejrzewać, że mówił on prawdę.

Filmowy Damian został wybrany w niecodzienny sposób
Pomysł na fabułę filmu "Omen" pojawił się w czasie rozmowy producenta Harveya Bernharda z jego przyjacielem o Piśmie Świętym. Zainspirowany wcześniejszymi sukcesami "Dziecka Rosemary" oraz "Egzorcysty", zaraz skontaktował się ze scenarzystą Davidem Seltzerem i zlecił mu opracowanie fabuły. Ten poświęcił na pracę nad historią aż rok. Jak sam później przyznał, nigdy w życiu nie czytał Biblii, a zlecenie przyjął, ponieważ pilnie potrzebował pieniędzy. Reżyserię powierzono Richardowi Donnerowi, przyszłemu twórcy "Supermana", "Goonies" i serii "Zabójcza broń", z którym Bernhard będzie jeszcze wielokrotnie pracował.
O rolę Damiana starało się ponad 500 chłopców. Donner obrał niecodzienną taktykę. Poprosił każdego z kandydatów, by go zaatakował. Niektórzy czuli onieśmieleni tą prośbą, ale nie czteroletni Harvey Spencer Stephens - blondynek o twarzy aniołka. Chłopiec wskoczył na reżysera, podrapał go po twarzy, a następnie kopnął go w krocze. Donner poprosił, by zdjąć z niego Stephensa, przefarbować mu włosy na czarny kolor i przygotować umowę. Właśnie znalazł piekielne dziecko.
Gregory Peck stracił syna kilka miesięcy przed angażem
Reżyser i producenci od początku widzieli w roli ambasadora Thorna Gregory'ego Pecka. Bernhard przyjaźnił się zresztą z agentem aktora. Ten dochodził właśnie do siebie po osobistej tragedii - w czerwcu 1975 roku jego najstarszy syn Jonathan został znaleziony martwy w swoim domu. Policja podejrzewała, że odebrał sobie życie.
Peck był pod wrażeniem scenariusza, który był bardziej thrillerem psychologicznym niż horrorem. Wiedząc, że "Omen" nie jest filmem wysokobudżetowym, zgodził się na obcięcie swej gaży do zaledwie 250 tysięcy dolarów. W zamian zażądał 10 procent z zysków. Później okazało się, że był to najbardziej dochodowy film w jego karierze.
Angaż Pecka sprawił, że "Omen" stał się dziełem wyższej rangi. Twórcom było dzięki temu łatwiej zainteresować nim kolejnych aktorów i członków ekipy. Niektórzy dziwili się, że Peck, od lat sporadycznie pojawiający się na ekranie, przyjął rolę Thorna. Pojawiły się głosy, że w postaci targanego wyrzutami sumienia ojca zobaczył siebie, obwiniającego się za tragiczną śmierć Jonathana.

Jak Damian otrzymał piekielną nianię
Gdy David Seltzer rozpoczął prace nad scenariuszem, Donner miał do niego jedną prośbę - nie chciał, by w historii pojawiały się elementy stricte nadprzyrodzone. Wszystkie tragedie, które dotykały rodzinę Thornów, miały wydawać się przyziemne, by widzowie przez cały seans zastanawiali się, czy Damian rzeczywiście jest złem wcielonym, czy też jego przybrany ojciec przechodzi załamanie nerwowe.
Reżyser zrezygnował z gry pozorów, gdy na castingu do roli pani Baylock, nowej niani Damiana, pojawiła się Billie Whitelaw. W scenariuszu postać ta była uprzejma i ciepła, chociaż w finale okazywała się służyć siłom zła. Podejście Whitelaw było jednak inne. Aktorka zmieniła swoje kwestie, a Baylock w jej interpretacji była zimną, skrajnie odpychającą kobietą, którą od początku otacza mroczna aura. Producenci obawiali się, że wraz z jej pojawieniem się znikną wszelkie wątpliwości dotyczące natury chłopca. Jego niania była przecież z piekła rodem. Donner był jednak zachwycony Whitelaw i nie wyobrażał sobie rezygnacji z niej.

Na twórców "Omena" została rzucona klątwa?
Po premierze "Egzorcysty" Williama Friedkina pojawiły się sensacyjne wiadomości o klątwie, która ciążyła na filmie i jego twórcach. Wskazywano na kolejne śmierci osób z obsady i ekipy. Podobne rewelacje pojawiły się przy okazji premiery dzieła Donnera. Peck i Seltzer mieli brać udział w lotach, które zostały rażone piorunami. Także Bernhard podczas pracy w Rzymie miał cudem uniknąć trafienia przez błyskawicę. Psy, które wystąpiły w jednej ze scen, zaatakowały swojego opiekuna. Kilku członków ekipy wzięło udział w groźnym wypadku samochodowym. Z kolei Donner został potrącony przez samochód. Natomiast hotel, w którym zatrzymywał się w Londynie, stał się celem IRA.
Nie wiadomo, ile z tych rewelacji nie jest wytworem osób odpowiedzialnych za marketing. Jednak reżyser obawiał się rzeczywiście, że plotki o klątwie są prawdziwe. Jednak dalsze losy jego kariery nie pozwalają wierzyć, by był on przeklęty. Stał za kamerą cenionych produkcji, między innymi "Supermana", "Goonies" i czterech części "Zabójczej broni". Filmowiec odszedł w 2021 roku w wieku 91 lat.

Kasowy sukces i liczne kontynuacje "Omena"
Kosztujący zaledwie 2,8 miliona dolarów "Omen" zarobił na całym świecie aż 78,7 miliona dolarów, stając się tym samym jednym z najbardziej dochodowych filmów 1976 roku. Krytycy stwierdzili, że chociaż dzieło Donnera traktuje się bardzo poważnie, jest w istocie boleśnie głupie. Jednak dzięki sprawnej reżyserii, wciągającej narracji i zaangażowanych występach aktorskich widz przez większość czasu nie zwraca na to uwagi. Według nich "Omen" wypadał jednak słabiej od często porównywanego do niego "Egzorcysty". Wszyscy chwalili jednak ścieżkę dźwiękową autorstwa Jerry'ego Goldsmitha. Kompozytor otrzymał za nią Oscara.
"Omen" okazał się początkiem serii. Sequel ukazał się już w 1978 roku. Kolejne weszły do kin w 1981 i 1991 roku. Żaden z nich nie powtórzy sukcesu filmu Donnera. W 2006 roku zrealizowano remake Johna Moore'a. Jego scenariusz był tak podobny do oryginału, że Seltzer znalazł się w napisach końcowych, chociaż w ogóle nie pracował nad tą produkcją. Także ten film spotkał się z oporem krytyków. Bardzo dobre przyjęto za to "Omen: Początek", prequel z 2024 roku w reżyserii Arkashy Stevenson.










