"Mortal Kombat II". Nowi główni bohaterowie
Otwarcie produkcji z 2021 roku sugerowało, że skupimy się na ikonicznym pojedynku Hanzo Hasashiego (Hiroyuki Sanada) z Bi-Hanem (Joe Taslim), zabójcą jego rodziny. Albo, jak kto woli, wojnie dwóch najbardziej ikonicznych postaci związanych z "Mortal Kombat", czyli Scorpiona z Sub-Zero. Zamiast tego śledziliśmy losy Cole'a Younga (Lewis Tan), pozbawionego charyzmy i niewystępującego w grach potomka Hasashiego. Pomysł poznawania świata filmu i rządzących nim praw z perspektywy nijakiego i zielonego protagonisty nikomu nie przypadł do gustu. W kontynuacji Cole schodzi więc na dalszy plan, a jego miejsce zajmują księżniczka Kitana (Adeline Rudolph) z wymiaru Edenia oraz Johnny Cage (Karl Urban), przebrzmiały aktor kina akcji lat 90.
Każda z tych postaci jest świetnym wyborem na głównego bohatera i dziw bierze, że nikt nie wpadł na ten pomysł przy okazji realizacji pierwszej części. Kitanę poznajmy, gdy zły imperator Shao Kahn (Martyn Ford) zabija jej ojca i tym samym wygrywa dziesiąty z rzędu turniej Mortal Kombat toczony między Edenią i Pozaświatem. Zgodnie z prawem Starych Bogów zwycięzca otrzymuje władzę nad pokonanym wymiarem. Cage zostaje zrekrutowany lata później przez Raidena (Tadanobu Asano), boga piorunów, do reprezentowania Ziemi w kolejnym turnieju. Pozaświat ma już na koncie dziewięć zwycięstw - jeszcze jedno i nasza planeta wpadnie w łapy imperatora. A wśród reprezentantów Shao Khan znajduje się między innymi pałająca żądzą zemsty Kitana.

"Mortal Kombat II". Scenariuszowy bałagan
Jak widać po poprzednich akapitach, w filmie McQuioda jest sporo postaci - a nie wymieniłem nawet połowy. Na szczęście wszystkie są na tyle charakterystyczne, czy to za sprawą wyglądu, czy używanych gadżetów, że łatwo je od siebie odróżnić i nigdy nie zlewają się w jedną masę. Nie oznacza to jednak, że historia sprawnie przeskakuje między kolejnymi bohaterami. Już na początku widzimy bolączki wynikające z posiadania dwójki protagonistów. Najpierw Kitana przedstawia nam w narracji z offu zasady turnieju oraz wyjaśnia, dlaczego jest on taki ważny. Tyle że chwilę później trzeba to wszystko powtórzyć, by wprowadzić Johnny'ego Cage'a w tajniki Mortal Kombat. Podwójna ekspozycja na "dzień dobry" nie wróży nic dobrego. Jest ona jednak zwiastunem narracyjnego bałaganu, którego jesteśmy świadkami w czasie niespełna dwóch godzin projekcji.
Fabuła skacze z miejsca na miejsce, bohaterowie są porzucani na długi czas i pojawiają się w różnych lokacjach/światach jakby potrafili się teleportować. Dwójka protagonistów przechodzi jakąś drogą, ale jest ona bardzo umowna. Zaznaczam, że zdaję sobie sprawę, iż mówimy o "Mortal Kombat". Nie spodziewam się skomplikowanej psychologii i pogłębionych portretów wszystkich postaci. Sporo relacji prosi się jednak o rozwiniecie - na przykład między Kitaną i imperatorem, który zdaje się traktować księżniczkę jak córkę. Niektóre musimy przyjąć na wiarę, jak przyjaźń spadkobierczyni tronu Edenii z ochraniającą ją Jade. A jeszcze inne są zupełnie zignorowane - tutaj szczególnie rzuca się w oczy pozbawiona emocji więź Kitany i jej matki.

"Mortal Kombat II". Potyczkom brakuje energii
Scenariusz wydaje się często niechlujny i życzeniowy. Tutaj koronnym przykładem jest wskrzeszenie Kano (Josh Lawson), który kradł w pierwszej części wszystkie swoje sceny. Nawet bohaterowie filmu wskazują chwilę po fakcie, że nie miało to większego sensu. Boli także odarcie turnieju z wszelkich znamion epickości. Początkowy pojedynek, który ma zadecydować o losach całego wymiaru, jest toczony na rynku wioski przy zamku. Przypomina raczej bitkę przed tawerną, a nie starcie dwóch władców. Miło, że tym razem pojawia się kilka lokacji wziętych z gier - między innymi loch z kanałami wypełnionymi kwasem. Szkoda jednak, że ich potencjał nie zostaje często wykorzystany.
Nie pomaga także fakt, że świat przedstawiony w "Mortal Kombat 2" jest wyjątkowo brzydki. Królestwo Edenii kłuje w oczy komputerem, podobnie jak świątynia Raidena i Świat Umarłych. Z kolei wzniesione dzięki scenografii sala tronowa Shao Khana i plac, na którym odbywają się walki, zioną pustką. Także kolejne potyczki nie są przyjemne w odbiorze. Choreografia zawodzi, mimo wplecenia w nią kolejnych ciosów znanych z gier. Fizyka także nie działa. I ponownie - wiem, że oglądam film na podstawie "Mortal Kombat", więc nie spodziewam się stuprocentowego realizmu. Jednak fakt, że ciała wojowników zdają się nic nie ważyć, a kolejnym ciosom brakuje siły, sprawia, że całość jest w najlepszym wypadku "letnia".

"Mortal Kombat II". Przyjemny seans, mimo wszystko
Co zaskakujące, mimo tych wszystkich wad seans "Mortal Kombat II" okazuje się nader przyjemny. W przeciwieństwie do pierwszej części film nie traktuje się tym razem zbyt serio. Świetne jest zresztą wprowadzenie Johnny'ego Cage'a, stylizowane na finał jednego z taśmowo realizowanych sensacyjniaków z lat 90. Wcielający się w gwiazdora Urban nie ma zbyt wiele do grania, ale na szczęście naznacza swojego bohatera wystarczającą mieszanką arogancji, życiowej porażki i chęci zmiany na lepsze, byśmy kibicowali mu do ostatnich minut. Lawson jako Kano znów kradnie swoje sceny. Co poradzę, jego wulgarne docinki bawią mojego wewnętrznego gimnazjalistę. Miło, że tym razem pozostali bohaterowie mają nieco chemii. Szczególnie widać to w czasie wycieczki do wioski Tarkatan i pojedynku Cage'a z Baraką (w przeciwieństwie do koszmarnego "Unicestwienia" z 1997 roku tym razem da się na niego patrzeć bez groźby wybuchnięcia śmiechem).
Cieszy także fakt, że twórcy garściami czerpali z materiału źródłowego. Wspomniałem o przeniesionych na duży ekran arenach, ale to samo spotkało także kostiumy i inne elementy bogatej ikonografii smoczej serii. Nie potrafię ocenić, czy fabuła będzie czytelna dla osób niezaznajomionych z mitologią "Mortal Kombat". Część postaci pojawia się dosyć nagle, a ich historia jest dosyć zawiła (pozdrowienia dla wspomnianego na początku Bi-Hana).
"Mortal Kombat II". W oczekiwaniu na trzecią rundę
"Mortal Kombat II" to niezobowiązująca rzecz, działająca mimo swoich bolączek. Nie jest ich na tyle samoświadoma, by działać jako guilty pleasure, ale efekt jest w sumie podobny. Twórcy już myślą o realizacji trzeciej części. To ja poproszę w takim razie, by na planie zjawił się ktoś, kto rozplanuje ładnie wszystkie walki. I może jeszcze, żeby scenarzysta poprowadził całą historię w czytelny i angażujący sposób. Aktorzy zdają się pasować do swoich ról, dajmy im coś do zagrania w trzeciej rundzie.
5/10
"Mortal Kombat II", reż. Simon McQuiod, USA 2026, dystrybucja: Warner Bros. Entertainment Polska, premiera kinowa: 8 maja 2026 roku










