Film o rapujących ministrantach i jednocześnie samozwańczych superbohaterach, robiących porządek w grzesznym miasteczku zaczyna się jak lekka przypowiastka przyprawiona spojrzeniem Kena Loacha, który zawsze był bliski reżyserowi "Jak najdalej stąd". Tym razem Piotr Domalewski jednak wychodzi od socjalnego tragikomicznego kina wprost do opowieści religijnej.
To nowość w jego twórczości, choć Piotr Domalewski krążył wokół polskiego katolicyzmu już w debiutanckiej "Cichej nocy", ale też w "Jak najdalej stąd". Nagrodzony Złotymi Lwami w Gdyni film opowiadał o rodzinnym konflikcie, ale był przede wszystkim historią wielopokoleniowej emigracji wpisanej w nasze DNA, którego nie można też zrozumieć bez katolicyzmu. W "Cichej nocy" skłócona rodzina, która przy wigilijnym stole egzorcyzmuje wszystkie swoje krzywdy, i tak kończy na pasterce. Tyle że w tamtym filmie duchowego oczyszczenia w pojęciu religijnym nie ma. Katolicyzm jest spoiwem kulturowym, a nie religijnym. W "Ministrantach" jest na odwrót.
Domalewski znów zabiera nas do mniejszego ośrodka, gdzie życie młodych ludzi krąży między blokowiskami i zakrystią. Filipa (Tobiasz Wajda), Gucciego (Bruno Błach-Baar), Kurczaka (Mikołaj Juszczyk) i Małego kurczaka (Filip Juszczyk) poznajemy podczas zawodów, które wygrywa grupa lepiej znająca Pismo Święte i szybciej wykonująca różne zadania przypisane posłudze ministranta. Nie wiedziałem nawet, że takie cudackie imprezy się odbywają, ale Domalewski sam był przez wiele lat ministrantem. Wierzę mu więc na słowo. Chłopaki dają z siebie wszystko, by wygrać z konkurentami z innej parafii. Przegrywają. Nie dlatego, że są słabsi. Przegrywają przez ustawiony konkurs. Nie staje za nimi proboszcz (Sławomir Orzechowski), który zamiast wesprzeć oszukanych podopiecznych, każe im za karę posprzątać kościół. Czyszcząc konfesjonał, wysłuchują przez przypadek spowiedzi parafianki, dotkniętej mocno przez los. Ten moment sprowadza chłopaków na drogę, z której powrotu już nie będzie.
Chłopcy pochodzą z różnych środowisk. Jeden jest wychowywany przez samotną matkę (takiej Kamili Urzędowskiej jeszcze na ekranie nie widzieliśmy), mającą głębokie psychiczne rany i traumy. Inny jest "bananowym" dzieciakiem z zamożnego domu, który mógłby zarymować kultowy wers Sokoła "rodziców styl życia to wciąż za hajsem pościg". Łączy ich ulica i rap, który nagrywają na dachach i na placach zabaw. Łączy ich też niezgoda na niesprawiedliwość świata zbudowanego przez dorosłych. Dorosłych, którzy na każdym kroku ich zawodzą i zdradzają. Łączy ich w końcu też głęboka wiara, o której rapują. Jezus i wulgarne rymy. Pismo Święte i tłuste beaty z ulicy. Mieszanka wyjątkowa i bardzo odrębna. Jest to klucz do zrozumienia filmu Domalewskiego, który opowiada o wierze na "nędznych ulicach" polskiej prowincji. "Odkupienie możesz uzyskać tylko na ulicy, a nie w konfesjonale"- mówi bohater "Ulic nędzy" Martina Scorsese. Domalewski o mafii jednak nie opowiada. Domalewski opowiada o zwykłych dzieciakach w zwykłym polskim miasteczku, którzy chcą zrobić (nie)zwykłą rzecz. Chcą pomagać bliźnim. Płacą za to wysoką cenę.
Od pierwszych scen filmu chłopcy są zdradzani przez dorosłych. Wizytujący parafię ksiądz (Tomasz Schuchardt) przestaje być dla nich bohaterem, gdy okazuje się biurokratą dbającym tylko o pełną sakwę. Zblazowanemu proboszczowi jest wszystko jedno i chce tylko odklepać swoje formułki. Rodzice są albo zapatrzeni w mamonę, albo we własne problemy psychiczne. Chłopcy są sami i widzą świat, który fair nie jest. Wtedy zakładają wełniane maski i niczym Robin Hood rozdają pieniądze z tacy potrzebującym, którzy w konfesjonale (zakładają w nim podsłuch) opowiadają o swoich krzywdach. Są jednak też tacy, którzy zdradzają tam swoje mroczniejsze grzechy. Na nich chłopcy postanawiają się zemścić. Jak? Tak jak vendettę rozumie wierzący chłopak zapatrzony z jednej strony w Jezusa, a z drugiej w brutalny kodeks honorowy z polskiego rapu.
"Ministranci" to film mocno sceptyczny wobec biurokratycznej struktury kościelnej, ale jednocześnie jest to dzieło dotykające jednego z fundamentów wiary, czyli pomocy ubogim. Domalewski nie zatrzymuje się na prostym schemacie bogaty kler kontra potrzebujący lud. To byłoby publicystyczne i zupełnie nie pasuje do wrażliwej percepcji świata reżysera "Cichej nocy", zawsze patrzącego z sympatią na swoich bohaterów. Nie patrzy na nich z wyższością, typową dla wielu filmowców opowiadających o prowincji z pozycji zamkniętego na strzeżonym warszawskim osiedlu "libka". Domalewski nadal czuje puls ulicy i swoich bohaterów chce zrozumieć, co szczególnie wyraźnie wybrzmiewa w najbardziej przejmującym wątku Dominiki (Daria Kalinchuk), która mieszka z przemocowym ojcem (przerażający epizod Artura Paczesnego).
Domalewski zrobił kolejny krok w opowieści o polskiej prowincji, której nie da się zrozumieć bez judeochrześcijańskich norm etycznych i moralnych. W finale reżyser pokazuje nawet ofiarowanie w imię dobra bliźniego. Tym razem w loachowskim świecie pojawia się krzyż, wypełniony cierpieniem i poświęceniem. Jest to ofiarowanie poza strukturami Kościoła katolickiego. Braterstwo, honor, lojalność i odkupienie obywają się poza jego murami. A więc protestanckie spojrzenie? Tyle że Domalewski nie odwraca się od katolickiej wspólnoty. To raczej krzyk "My jesteśmy Kościołem!", zainicjowany przez laikat kontestujący hierarchiczność Kościoła w latach 90. XX wieku.
Dlatego młodzi bohaterowie nawołują do wspólnotowej spowiedzi "z początku chrześcijaństwa", co akurat jest wątkiem wymagającym głębszej refleksji nad istotą spowiedzi prywatnej. Odsyłam tutaj do filmu...Alfreda Hitchcocka "Wyznaję!" (1953), który dotknął istoty tajemnicy spowiedzi. Zresztą nagrywanie i zdrada tajemnicy spowiedzi jest jednym z najcięższych przestępstw w prawie kanonicznym, za który zaciąga się automatycznie ekskomunikę. Tyle że w "Ministrantach" przestępstwo popełniają nieletni, co też zmienia postać rzeczy. Jest jednak ten wątek mocno dyskusyjny.
Niemniej jednak stawia Domalewski w "Ministrantach" pytania naprawdę głębokie. Są to pytania teologiczne, ale płyną z serca nie teologa. One płyną z serca katolika, który po prostu chce zrozumieć, jak powinien reagować na niesprawiedliwość, gdy jego pasterze są zaślepieni i ogłuszeni. Czy epatowanie miłosierdziem nie staje się rodzajem pychy? Czy nawet, gdy jesteśmy przeświadczeni, że bezinteresownie pomagamy bliźniemu, to czy zbyt często narcystycznie nie egzorcyzmujemy własnych lęków i nie budujemy własnego ego?
"Pomaganie jest zajebiste!"- krzyczy jeden z nastoletnich ministrantów-Robin Hoodów. Czy jednak wolno kraść w imię miłosierdzia? Czy vendetta może być Chrystusowa? Czy na miłość nawet rodzica trzeba sobie zapracować czy zawsze powinna być bezwarunkowa? Te pytania przesądzają o sile "Ministrantów", którzy będąc filmem z silnym antyklerykalnym wątkiem, są jednocześnie filmem głęboko chrześcijańskim.
8,5/10
"Ministranci", reż. Piotr Domalewski, Polska 2025, dystrybutor: Next Film, premiera kinowa: 21 listopada 2025 roku.