Zofia Marcinkowska wierzyła, że Zbigniew Wójcik jest miłością jej życia. On był od niej starszy, miał już pozycję w krakowskim Starym Teatrze i uchodził za aktora obdarzonego żywiołowością, wdziękiem i temperamentem.
Ich relacja szybko okazała się bardzo trudna. Znajomi wiedzieli, że między parą regularnie dochodziło do poważnych nieporozumień, jednak Marcinkowska długo wierzyła, że sytuacja może się zmienić.
Znajomi wiedzieli, że Wójcik pije, wszczyna awantury i podnosi rękę na partnerkę. Wiedzieli również, że Zofia nie potrafi od niego odejść. W latach 60. przemoc w związku znacznie częściej niż dziś traktowano jako prywatną sprawę dwojga ludzi. Nikt nie zdążył Marcinkowskiej pomóc.
Jej pierwszym ukochanym był Bohdan Łazuka
Zofia Marcinkowska urodziła się 22 października 1940 roku w Wieliczce. Według oficjalnych źródeł jej biologiczny ojciec, prawnik i działacz ruchu oporu Tadeusz Pietsch, zginął w powstaniu warszawskim, a matka Zofii ponownie wyszła za mąż. Jej drugim mężem został lekarz Włodzimierz Marcinkowski, który adoptował dziewczynkę i dał jej swoje nazwisko.
Istnieje jednak również inna, niepotwierdzona wersja jej pochodzenia. Według niej Zosia miała być dzieckiem Niemców, zagubionym podczas ucieczki pod koniec wojny, które doktor Marcinkowski przygarnął i adoptował.
Zofia wychowywała się w Krakowie. Po maturze rozpoczęła naukę w tamtejszej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Właśnie wtedy poznała Bohdana Łazukę.
- W szkole teatralnej, choć wokół roiło się od pięknych dziewczyn, miałem jedną wielką miłość. To była krakowianka Zofia Marcinkowska, jedna z najpiękniejszych kobiet w polskim kinie - wspominał aktor po latach.
Łazuka zachował w pamięci nie tylko jej urodę, ale także wdzięk i kulturę osobistą.
- Jej uroda była zjawiskowa: oczy jak chabry, nosek delikatny, kilka piegów, wielka kultura osobista, a do tego wszystkiego kształtny i obfity biust - opowiadał.
Ich uczucie nie przetrwało jednak rozłąki. Marcinkowska związała swoją przyszłość z Krakowem, Łazuka budował karierę w Warszawie. Choć obiecali sobie, że odległość ich nie rozdzieli, z czasem każde poszło własną drogą.
Rola w filmie kosztowała ją miejsce w szkole
Marcinkowska od początku była gotowa wiele zaryzykować dla aktorstwa. Już na pierwszym roku studiów przyjęła rolę w filmie Bohdana Poręby "Lunatycy". Złamała w ten sposób regulamin uczelni, który zabraniał studentom występowania bez zgody władz szkoły. Została usunięta z krakowskiej PWST, ale nie zrezygnowała z marzeń. Przeniosła się do Warszawy i tam w 1962 roku zdobyła dyplom.
Jeszcze podczas nauki otrzymała rolę, która zapewniła jej miejsce w historii polskiego kina. Kazimierz Kutz powierzył jej postać Lucyny w filmie "Nikt nie woła". Młodziutka aktorka zwróciła uwagę krytyków.
- Była naturalnie piękna, ale na potrzeby filmu dodatkowo wymyśliliśmy ją, wyciągnęliśmy z niej wszystko, co było potrzebne. Wykreowaliśmy ją. Widziałem, że z nią jest coś nie tak: jakby przeżywała na planie prawdziwą miłość. Ale byłem zadowolony. Promieniowała jakąś niezwykłą energią; to mi było potrzebne - wspominał Kutz.
Reżyser po latach przyznał, że praca z młodą i wyjątkowo wrażliwą aktorką pozostawiła w nim poczucie winy.
- Wszedłem w osobowość Zosi zbyt daleko, poza dopuszczalną granicę, i zrozumiałem - też zbyt późno - że mogłem ją nawet okaleczyć. Przeraziłem się władzy reżysera, jego możliwości manipulowania drugim człowiekiem. Do dziś dręczy mnie sumienie, czy nie przyczyniłem się do tej tragedii - wyznał w jednym z wywiadów.
Po ukończeniu studiów Marcinkowska wróciła do Krakowa i otrzymała angaż w Starym Teatrze. Zagrała jeszcze w noweli "Autobusy jak żółwie" z filmu "Weekendy". Miała wszystko, by zostać jedną z najważniejszych aktorek swojego pokolenia.
Wtedy poznała Zbigniewa Wójcika.
Zakochała się w gwiazdorze. Wiedziała, że ma problem
Wójcik był od Zofii starszy o osiem lat. Ukończył szkołę aktorską w Łodzi, występował w Rzeszowie i Wrocławiu, a od 1958 roku należał do zespołu Starego Teatru. Grywał role komediowe, kabaretowe i dramatyczne. Henryk Vogler pisał o nim jako o wcieleniu "przyrodzonego, naturalnego, żywiołowego aktorstwa".
Talentowi towarzyszył jednak poważny problem z alkoholem. Wójcik spóźniał się na próby i przedstawienia, wdawał się w bójki i lekceważył zawodowe obowiązki. Miał też wyrok w zawieszeniu za ciężkie pobicie. Mimo to reżyserzy wciąż dostrzegali jego możliwości. Wojciech Jerzy Has zamierzał podobno powierzyć mu główną rolę Alfonsa van Wordena w "Rękopisie znalezionym w Saragossie".
Marcinkowska zakochała się w nim bez pamięci. Wiedziała, jaką miał opinię, ale wierzyła, że uczucie zdoła go odmienić. W chwilach trzeźwości Wójcik potrafił być czuły i troskliwy. Wtedy Zofia odzyskiwała nadzieję, że ich wspólne życie może wyglądać inaczej.
Szybko jednak pojawiły się awantury, poniżanie i przemoc. Dziś ich relację opisywalibyśmy przede wszystkim jako przemocowy związek. W latach 60. podobne sytuacje często zamiatano pod dywan, a agresję partnera tłumaczono alkoholem, temperamentem czy "trudną miłością".
Nie pojawił się na przedstawieniu. Koledzy pojechali do jego mieszkania
Tragedia rozegrała się w nocy z 7 na 8 lipca 1963 roku. Wójcik miał wystąpić w Jamie Michalika, jednak nie pojawił się na przedstawieniu. Ponieważ zerwanie spektaklu uchodziło za jedno z najpoważniejszych przewinień w zawodzie, koledzy zaczęli go szukać.
W końcu pojechali do jego mieszkania. Drzwi były zamknięte, więc Marian Cebulski dostał się do środka przez okno, korzystając z drabiny.
W kuchni znaleziono ciała Zofii Marcinkowskiej i Zbigniewa Wójcika. W mieszkaniu czuć było gaz.
Początkowo przyjęto wersję o samobójstwie. Taką informację podała również krakowska prasa. W krótkiej notatce napisano:
"Kraków: popełnił samobójstwo aktor Starego Teatru Zbigniew Wójcik (ur. 20 czerwca 1932)".
W pośmiertnym wspomnieniu opublikowanym w "Dzienniku Polskim" także stwierdzono, że Wójcik "popełnił samobójstwo". Prokuratura umorzyła śledztwo, uznając, że w śmierć pary nie była zamieszana osoba trzecia.
Z czasem zaczęły jednak krążyć inne wersje tego, co wydarzyło się w mieszkaniu.
Co wydarzyło się tamtej nocy?
Według jednej z najbardziej rozpowszechnionych relacji Wójcik wrócił do domu pijany i wszczął kolejną awanturę. Miał zaatakować partnerkę, a ta, broniąc się, odepchnęła go lub uderzyła przypadkowym przedmiotem. Aktor upadł i uderzył się w głowę.
Zofia miała uznać, że go zabiła, wpaść w panikę i napisać krótki list pożegnalny:
"Nie potrafię bez niego żyć".
Następnie miała odkręcić gaz.
Po latach Henryk Boukołowski, który partnerował Marcinkowskiej w filmie "Nikt nie woła", przedstawiał podobną wersję:
"Zosia i Zbyszek byli bardzo kochającą się parą. Zbyszek pijany wrócił do domu i z wielką wściekłością rzucił się na nią. Ona, zdaje się, chwyciła coś ciężkiego i uderzyła weń tym przedmiotem. Potem, myśląc, że go zabiła, odkręciła gaz i popełniła samobójstwo. Historia rzeczywiście bardzo mroczna".
To jednak relacja przedstawiona wiele lat po wydarzeniach, a nie bezpośredni zapis tego, co stało się w mieszkaniu.
Według późniejszych przekazów sekcja zwłok miała wykazać, że Wójcik przeżył uderzenie i jeszcze oddychał, gdy w mieszkaniu ulatniał się gaz. Nie ma jednak pewności, w jakiej kolejności zmarli. Pojawiały się również relacje, według których Wójcik zmarł około siódmej rano, a Marcinkowska kilka godzin później.
Ostatnich godzin pary nie da się więc dziś zrekonstruować z całkowitą pewnością. Wiadomo natomiast, że ich śmierć poprzedzały przemoc i burzliwa relacja.
Ojciec aktorki nie wierzył w legendę o tragicznej miłości
Pogrzeb Marcinkowskiej zgromadził tłumy. Jej ojczym, Włodzimierz Marcinkowski, nie chciał słyszeć o wspólnym samobójstwie kochanków ani o tragicznej miłości, która miała ich połączyć także w śmierci.
Kiedy trumnę opuszczano do grobu, miał krzyczeć:
- Moją córkę, ofiarę miłości, zamordował Zbigniew Wójcik, alkoholik!
Zofia miała przed sobą całe życie. Była młoda, utalentowana i dopiero zaczynała zawodową karierę. Zdążyła wystąpić zaledwie w kilku produkcjach, ale jej Lucyna z "Nikt nie woła" wystarczyła, by zapisała się w historii polskiego kina.
Przez lata historię Marcinkowskiej i Wójcika przedstawiano jako opowieść o wielkim uczuciu zakończonym wspólną śmiercią. Dziś ten romantyczny obraz budzi znacznie więcej pytań.
Zofia wierzyła, że miłość może uratować Wójcika. Tragicznej nocy okazało się, że to ona potrzebowała ratunku. Co dokładnie wydarzyło się w krakowskim mieszkaniu, pozostało tajemnicą na kolejne dziesięciolecia.










!["Godzilla Minus Zero" [trailer]](https://i.iplsc.com/000NE9HACHI2SUX3-C401.webp)


