"Requiem dla snu": kultowy film po 26 latach wraca na ekrany polskich kin
Bałem się ponownego seansu "Requiem dla snu" (2000), który wraca po 26 latach od premiery na wielkie ekrany. Filmy, które były w swoim czasie tak wielkim szokiem wizualnym, często źle się starzeją. Na dodatek od czasu swojej premiery film Darrena Aronofsky'ego (który był wówczas znany tylko z czarno białego i niskobudżetowego "Pi") stał się obrazem absolutnie kultowym. Widnieje na wszystkich listach najbardziej obrazowych filmów, dotykających problemu uzależnienia i jest w jakimś stopniu punktem odniesienia dla kolejnych opowieści o szponach nałogu.
Dla jednych jest to kino wizualnie olśniewające, zaś dla innych na zawsze pozostanie filmem, który wstrząsająco i realistycznie ukazuje degenerację ludzkiego ciała. Dla mnie jest to jeden z dwóch filmów (drugi to "Trainspotting" Danny Boyle'a), który "zaszczepił" mnie przeciwko pociągowi do twardych używek. Zawsze więc będę wdzięczny jego twórcom, nie tylko za walory artystyczne.
Już pierwsze pokazy, opartego na książce Huberta Selby'ego Jr. z 1978 roku filmu, wywoływały skrajne emocje. Po nocnym pokazie w Cannes w maju 2000 roku, tak uznani krytycy jak Peter Bradshaw z "Guardiana" porównywali debiut Aronofsky'ego do debiutu Orsona Wellesa. Jednak chwilę później na festiwalu w Toronto część widowni miała na pokazie mdleć, a nawet wymiotować. Oczywiście dystrybutorzy filmowi i producenci uwielbiają cynicznie tworzyć takie legendy, ale w przypadku tego filmu rzeczywiście można mówić o polaryzujących reakcjach widowni.
Wstrząsający film Aronofsky'ego pozostaje dzisiaj wciąż aktualny
Byłem zszokowany, oglądając ten film pierwszy raz jako 17-latek. Psująca się od gangreny ręka bohatera granego przez Jareda Leto i oszalały wzrok uzależnionej od tabletek na odchudzanie kobiety o twarzy nominowanej do Oscara za tę rolę Ellen Burstyn, do dziś we mnie rezonują. Zresztą w dzisiejszych czasach epidemii uzależnienia od różnych tabletek przeciwbólowych film Aronofsky'ego jest jeszcze bardziej aktualny. A może dopiero dziś nabrał swojego pełnego wymiaru?
Na początku XXI wieku trzeba było wyjątkowej odwagi, by w Hollywood nakręcić tak obrazowy film o uzależnieniu. Scenariusz "Requiem dla snu" odrzucili tacy aktorzy, jak Tobey Maguire, Adrien Brody, Joaquin Phoenix, Giovanni Ribisi, Dave Chappelle i Faye Dunaway.
Czterokrotnie nominowana do Oscara i nagrodzona za kreację w filmie "Alicja już tu nie mieszka" Ellen Burstyn początkowo też przestraszyła się roli i przyjęła ją dopiero po namowach agenta. Film Aronofsky'ego był też wyjątkowy pod kątem szerszego spojrzenia na problem uzależnień. Wcześniej powstawały przecież tak mocne filmy, jak "Narkomani" z Alem Pacino, "Przetrwać w Nowym Jorku" z Leonardo di Caprio, "Zastrzyk energii" z Jamesem Woodsem i Sean Young czy przywołany już "Trainspotting".
"Requiem dla snu" zestawia ze sobą różnego rodzaju uzależnienia. Każde zaczyna się niewinnie i każde kończy się w kolejnych kręgach piekła. Piekła upodlenia i utraty człowieczeństwa. Tutaj wszyscy je tracą.
Ponad dwa tysiące cięć. Teledyskowa forma jest atrakcyjna jak nigdy wcześniej
Sara (Ellen Burstyn) jest uzależniona od teleturniejów telewizyjnych. Najpierw je namiętnie ogląda, a potem chce zostać ich uczestniczką, więc pakuje w siebie kolejne tabletki na odchudzanie. Jej syn Harry (Jared Leto) i jego przyjaciel Tyrone (Marlon Wayans) najpierw handlują używkami, a potem się od nich uzależniają. Są tak bardzo nimi upodleni, że dziewczyna Harry'ego, Marion (Jennifer Connelly) zaczyna za działkę sprzedawać swoje ciało. Do obłąkanego wzroku Sary i zakażonej gangreną ręki Harry'ego dochodzi wyraz twarzy wykorzystywanej Marion, który również na zawsze zapadł mi w pamięć.
Można w tej historii wiele tropów, które Aronofsky eksplorował potem w swoich najlepszych filmach. Kwestia dewastacji ciała i walki o zachowanie człowieczeństwa to przecież temat zarówno "Czarnego łabędzia", jak i "Zapaśnika" oraz "Wieloryba".
"Requiem…" jest też filmem, który nadal sprawdza się wizualnie. W erze dyktatury szortów na TikToku bardzo szybki montaż (w filmie jest ponad dwa tysiące cięć) i teledyskowa forma jest atrakcyjna jak nigdy wcześniej. Aronofsky używał też techniki znanej z wczesnych filmów Spike'a Lee, przymocowując kamerę do ciała aktorów, co daje niezwykle realistyczny efekt. Idealny w czasie, gdy internet jest zalewany filmami kręconymi smartfonami, nieprawdaż?
Nasza rzeczywistość pogrąża się w chaosie
Żyjemy też w czasach, gdy spada spożycie alkoholu, ale za to pojawiają się coraz to wymyślniejsze syntetyczne używki, brane dla zabawy i z nudów. "Requiem dla snu" pokazuje przecież ludzi, którzy wpadają w szpony uzależnienia nie z biedy czy przez traumatyczne przeżycia.
Bohaterowie filmu nie odrzucają też społecznego porządku jak szkoccy wyrzutkowie z "Trainspotting". Oni sięgają po strzykawkę i tabletki z powodów hedonistycznych. Szybkie pieniądze, pragnienie sławy i dobre samopoczucie - to napędza czwórkę postaci z filmu Aronofsky'ego. Oni chcą sięgnąć po "amerykański sen", ale robią to na skróty.
Czy więc "Reqiuem…" to też krytyka amerykańskiego kapitalizmu? Może tak być odczytany w czasie, gdy światowy stary porządek się wali, nasza rzeczywistość pogrąża się w chaosie, a rolę dilerów z ulicy przejęły wielkie korporacje handlujące… kolejnymi preparatami na odchudzanie.














