"Ktoś całkiem obcy": każdy imigrant i uchodźca ma swoją historię
Debiutujący jako reżyser aktywista walczący od lat o prawa imigrantów Brandt Andersen, skupia się nie na wielkiej polityce, ale losach zwykłych ludzi. Nielegalna imigracja jest dziś jednym z najbardziej gorących i drażliwych tematów w Europie i USA. Temat jest pożywką dla mediów i polityków, którzy w pełen demagogii i populizmu sposób robią z niego oręż do walki partyjnej. Zapominają przy tym o jego humanitarnym aspekcie.
"Ktoś całkiem obcy" przypomina, że każdy imigrant i uchodźca ma swoją historię. Nie jest statystyką. Jest człowiekiem.
Nie zaskakuje, że taki film wyprodukowało Angel Studios, które specjalizuje się w produkcjach trafiających do widzów, również religijnych. Jest to opowieść, którą z powodzeniem mógłby polecić papież Leon XIV i jego poprzednik Franciszek. Brandt stara się naświetlić proceder imigracji z kilku stron.
Oglądamy historię dr. Amiry (Yasmine Al Massri), uciekającej wraz z córką z Aleppo do Chicago oraz ojca rodziny Fathiego (Ziad Bakri), próbującego za wszelką cenę uratować swoich bliskich przed wojną. Jest też opowieść o żołnierzu Mustafah (Yahya Mahayni), który będąc częścią wojskowego reżimu, zamienia się w kogoś, kto pomaga imigrantom. Jest w końcu przemytnik ludzi Marwan (Omar Sy, będący największą gwiazdą w obsadzie), który bierze udział w koszmarnym procederze, ale robi to wszystko, by samemu wywieźć do USA chorego synka. Widzimy też greckiego kapitana statku Stavrosa (Constantine Markoulakis), zmagającego się każdego dnia z wizją topiących się nieszczęśników, którzy na łodziach próbują dostać się do Europy.
Ta mozaika postaci ma nam uświadomić, co kryje się za losem ludzi, którzy stają się dla nas tylko statystyką w kolejnych doniesieniach o "inwazji" imigrantów na europejskie plaże.
Brak drapieżnych publicystycznych tonów, ale ta opowieść porusza
"Ktoś całkiem obcy" jest kontynuacją krótkiego metrażu Andersena "Refugee" z 2020 roku. Tamten film opowiada o matce heroicznie walczącej o życie swoje i swojej córki. Teraz reżyser rozwija opowieść na kolejne aspekty imigracji, robiąc to trochę w stylu zapomnianego dziś oscarowego "Miasta gniewu" Paula Haggisa. Podobnie jak film, który w 2006 roku pokonał niespodziewanie w głównej kategorii "Tajemnicę Brokeback Mountain" Anga Lee, "Ktoś całkiem obcy" miesza ze sobą płaszczyzny czasowe i wątki, tworząc kolaż ludzkich dramatów.
Czy składają się one na spójną opowieść? Nie do końca. Nie wszystkie historie mają równe tempo i emocjonalny ładunek. Każda z nich jest na tyle krótka (film ma zaledwie 100 minut), że trudno się widzom utożsamić z którąkolwiek z postaci. Nie ma tutaj też drapieżnych publicystycznych tonów filmu Holland, ale też humanitarne wątki z nominowanego do Oscara filmu Garrone nie do końca wybrzmiewają, choć mnie najbardziej poruszyła historia żołnierza odkupującego swoje winy oraz przemytnika w wykonaniu charyzmatycznego Omara Sy.
Reżyser jako aktywista pomagał uciekinierom z Bliskiego Wschodu
Andersen pracował nad scenariuszem wiele lat i wykorzystał wiedzę zebraną jako aktywista pomagający uciekinierom z Bliskiego Wschodu. Jest szczery w ich obronie, nawet jeżeli nie do końca każda z opowiedzianych historii filmowo się sprawdza.
Reżyser otwiera film cytatem z Williama Szekspira, pochodzącym z elżbietańskiego dramatu "Tomasz Morus", którego współtwórcą miał być autor "Hamleta". "Idą do portów i błagają o przeprawę, a wy siedzicie syci, jak królowie. Zakrzyczeć chcecie prawo, co ich chroni. A gdyby was tak traktowano?".
Ten szlachetny i pełen humanitaryzmu film jest ekranizacją tych słów. Nawet jeżeli jest to kino nie do końca spełnione, to porusza swoim ewangelicznym, ale też szekspirowskim wymiarem.
6/10
"Ktoś całkiem obcy" (I Was a Stranger), reż. Brandt Andersen, USA, Turcja, Palestyna, Jordania 2024, dystrybucja: Galapagos Films, polska premiera kinowa: 4 września 2026 roku.











