Julian Świeżewski to absolwent Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej w Warszawie. Na ekranie dał się poznać szerokiej publiczności rolami w "Wołyniu", serialach "1983", "Rojst", "Ludzie i bogowie", "Infamia" i "Absolutni debiutanci". Przełomem była główna rola w filmie "Zgoda" (2017). W ostatnich latach zagrał w serialu "Krucjata", wcielając się w komisarza Jana "Mandżaro" Górę, a także w głośnej "Białej odwadze". Kreacja Maćka przyniosła mu Nagrodę Cybulskiego, Orła oraz nagrodę za rolę drugoplanową na FPFF w Gdyni.
W filmie "Królestwo" w reżyserii Michała Ciechomskiego Julian Świeżewski wciela się w postać Jakuba. "Królestwo" opowiada historię Dawida (Bartosz Mikulak), który traci pracę w jednej z ostatnich działających w kraju korporacji. Przygotowuje się z rodziną do ucieczki, podczas gdy jego młodszy brat wstępuje w szeregi organizacji. Kiedy brat ulega wypadkowi, Dawid musi go zastąpić, a jego przewodnikiem staje się Jakub (Świeżewski).
"Królestwo" miało swoją światową premierę 23 lipca 2025 roku podczas MFF BNP Paribas Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Z tej okazji porozmawialiśmy z Julianem Świeżewskim o jego roli, a także o działalności muzycznej.
Julian Świeżewski dla Interii. "Ten film może być bardzo niewygodny i triggerujący"
Justyna Miś, Interia: Na MFF BNP Paribas Nowe Horyzonty grałeś set DJ-ski, na którym miałam przyjemność być. Jak zaczęła się twoja przygoda z muzyką?
Julian Świeżewski: - To taka zajawka bardziej niż kariera muzyczna, tak naprawdę od dłuższego czasu uczestniczyłem w przestrzeni muzyki klubowej. W zeszłym roku byłem po raz pierwszy na festiwalu Dekmantel w Amsterdamie i totalnie zakochałem się w tym, co można robić za deckami. Tak mi się to spodobało, że stwierdziłem, że sam chcę zobaczyć, jak to jest, jak można się tym bawić. Chyba to mi najbardziej przyświecało - widziałem ludzi, którzy się faktycznie tym bawią i czerpią z tego fun. Zapisałem się do Instytutu Dźwięku, który pozdrawiam. Tam właśnie u Avtomata miałem zajęcia przez pierwszy semestr i sporo się nauczyłem. Tak się zaraziłem, że stwierdziłem, że chciałbym to robić po godzinach.
Jak to się łączy z aktorstwem? Czy to jest coś, co się uzupełnia, czy zupełnie oddzielasz muzykę i aktorstwo?
- Myślę, że to jakiś rodzaj zderzenia się z emocjami i materią – w jednej jest tekst, a w drugiej muzyka - którą dzielisz z innymi osobami, czy to w teatrze, czy w filmie. Może te płaszczyzny są podobne. Aktorstwo kiedyś było dla mnie czymś takim, jak teraz muzyka. Aktorstwo stało się już bardziej pracą, więc szukałem czegoś, co nie będzie miało tego bagażu odpowiedzialności "dorosłego życia" – i gdzie będę mógł się trochę bardziej pobawić i dać upust swoim potrzebom tworzenia. A jednocześnie nie mieć tego obciążenia odpowiedzialnością czy ambicją.
Oglądając filmy, zwracasz uwagę na soundtrack? Masz jakieś ulubione?
- Rozmawialiśmy przed rozpoczęciem nagrania o "Sirat" Olivera Laxe’a i tam jest świetna muzyka Kangdinga Raya. Ta ścieżka dźwiękowa jest naprawdę fenomenalna. Warto to obejrzeć w kinie, na dobrym nagłośnieniu, żeby poczuć ten dźwięk – bo nie tylko się go słyszy, ale też czuje. Jest tam sporo basowych brzmień. [...] Odkąd zacząłem się tym jarać i zajmować, zdecydowanie bardziej zwracam na to uwagę. Czasem w trakcie seansu wyjmuję telefon ukradkiem i włączam Shazam, żeby sobie "ukraść" jakiś kawałek i móc potem go posłuchać.
Tak, zgadzam się. "Sirat" bardzo polecamy. Film jest pokazywany tutaj, na Nowych Horyzontach, a we wrześniu trafi do kin. Przechodząc do aktorstwa, na festiwalu odbyła się światowa premiera "Królestwa", w którym grasz jedną z głównych ról. Mocny film i niejednoznaczny bohater. Czy możesz opowiedzieć o procesie kreowania tej postaci?

- Generalnie to był proces kreowania całego świata. To było dość istotne, bo Michał [Ciechomski - przyp. red.] przyszedł z bardzo oryginalną, ale też nieoczywistą wizją - jakiejś dystopii w przyszłości. Osadzenie się w tym świecie wymagało przede wszystkim zrozumienia tkanki tej rzeczywistości, w której się obracamy. Na to poświęciliśmy najwięcej czasu. Na początku było też przygotowanie wizerunkowe. Wszyscy mamy ogolone głowy na zero, tatuaże, kolczyki... Samo przebywanie w takim towarzystwie, facetów, gdzie wszyscy są łysi, było już jakimś rodzajem wejścia w postać, ale też w taką postać zbiorową.
A jak się czułeś, oglądając efekt finalny na ekranie? Sporo tam było "przedłużonych" scen, długich ujęć, i jestem ciekawa, jak wyglądało to od kulis. Podejrzewam, że to, co widzimy na ekranie, to tylko część waszej pracy, bo sam reżyser wspominał podczas premiery, że film miał pierwotnie trwać trzy godziny, a ostatecznie trwa godzinę pięćdziesiąt. Mógłbyś opowiedzieć o tym procesie, jak to wyglądało z twojej perspektywy?
- Tak, tego materiału faktycznie nakręciliśmy dużo więcej, niż finalnie można zobaczyć w kinach. Film na pewno stanowi bardzo wyrazistą i autonomiczną wypowiedź, zarówno w kontekście języka filmowego, który dla mnie był czymś zupełnie nowym, jak i w kontekście samego świata, o którym opowiada. I to mnie cieszy. Myślę, że każda próba wyjścia i poszukiwania czegoś nowego jest warta zachodu. Jest też kilka scen, z których jestem bardzo zadowolony. Byłem wręcz w szoku, jak dobrze one się skleiły w montażu. W filmie pojawia się na przykład split screen, czyli dwa obrazy naraz, jak w niektórych filmach Gaspara Noé. Tylko że tutaj one dotyczą dwóch alternatywnych rzeczywistości. To ze sobą koresponduje, nie przeszkadza, tylko coś dodaje. Byłem naprawdę zaskoczony, jak spójnie to wyszło. Oczywiście, są też sceny, które dla mnie są trudniejsze w odbiorze albo wydają się za długie, tak jak mówisz. Ale to bardzo subiektywne zdanie. Dla każdego inna scena będzie tą bardziej przystępną, a inna trudniejsza w odbiorze . Jednego jednak nie można temu filmowi odmówić: każda scena jest w jakimś sensie oryginalna i świadczy o nowym języku, który proponuje reżyser.
Jedną z takich dłuższych scen jest ta w samochodzie i oglądając ją, zastanawiałam się, ile tam jest waszej improwizacji, a ile materiału było faktycznie w scenariuszu.
- To ciekawe, bo to samo pytanie padło podczas jednego ze spotkań z publicznością. O dziwo, ta scena, która z zewnątrz wygląda na żywą, improwizowaną, była w rzeczywistości najbardziej przećwiczoną sceną w całym filmie. Mieliśmy najwięcej prób właśnie tej sceny, zarówno próby generalne, jak i kamerowe. Przed pojawieniem się kamery w zespole dokładnie widzieliśmy, jak będzie to kręcone i co mniej więcej gdzie ma się znajdować. Oczywiście podczas prób wiedzieliśmy, gdzie są takie momenty, by trochę poimprowizować, ale jak się obejrzy tę scenę, widać, że jest bardzo dobrze wyliczona, w którym momencie co jest w kadrze, mimo że kamera cały czas obraca się wokół 360 stopni. Jestem zadowolony z tej sceny i myślę, że jest jednym z mocniejszych punktów tego filmu. Co ciekawe, byłem też trochę zaniepokojony, jak ta scena wyjdzie. Była kręcona na stojącym aucie, a nie jadącym, więc zawsze jest pewna niepewność co do tego, jak potem w postprodukcji zostanie dopasowany ruch auta do tego, co widzimy za oknami. Ja się nabrałem, mimo że brałem w tym udział.
To też film, który komentuje mocny męski świat, gdzie panuje dominacja. Ta dominacja zawiera się też w tytule, gdzie "Królestwo" łączy się z hierarchią. Jeden dominuje nad innym. Jak twoim odczuciu ten film komentuje współczesny męski świat? Według mnie zaprzecza stereotypom i to może być też dla wielu widzów trochę niezrozumiałe w niektórych momentach.
- Ja mam trochę problem z tym, żeby mówić o tym filmie jako o komentarzu. Mi się wydaje, że on raczej obserwuje pewne rzeczy i nie daje zbyt dużo odpowiedzi, koniec końców. Trzeba zaznaczyć, że ten film ma taką otwartą konstrukcję. Nie tylko w kontekście tego, jak się kończy, tylko na przestrzeni całego filmu. Widz w jakimś sensie współtworzy tę historię, może sobie wybrać wiele alternatywnych możliwości. To też jest zawarte w samym tekście tego filmu, trochę ten split screen, który pokazuje dwie różne opcje tej samej rzeczywistości. Tutaj jedne rzeczy się pojawiają, w drugim się cofają [...]. Z jednej strony to może być duży plus, ponieważ możemy się sami angażować, ale z drugiej strony, jeżeli idziemy do kina, co jest dosyć powszechne obecnie, żeby dostać tę historię, żeby coś tam opowiedzieć, to do końca tego nie dostaniemy i on wymaga od widza zaangażowania, nawet dość dużego.
- W tym filmie znajdują się takie obrazy i sceny, które z pozoru mogłyby sobie zaprzeczać. Czyli właśnie taka bardzo męska grupa, bardzo zwarta, a jednocześnie jest tam przestrzeń dla osoby transpłciowej, dla osoby z innym kolorem skóry, dla seksualności niebinarnej i jednocześnie to się nie wyklucza. Nie wyklucza to tego, że oni nadal mogą być nacjonalistami, że oni nadal mogą chcieć walczyć o swoje państwo. Nadal mogą mieć w sobie jakąś potrzebę przemocy i być bardzo brutalni, jednocześnie okazując sobie czułość i mając wyczulenie na przyrodę, ale też prowadząc jakieś takie terapeutyczne rzeczy. Mi się to bardzo podobało, bo ja myślę podobnie o świecie, że w jakimś sensie jest ambiwalentny i te sprzeczności się nie wykluczają. Ale jednocześnie ten film nie jest łatwy, bo nie daje odpowiedzi, dlaczego tak jest. To raczej każdy z nas może zauważyć, że w tym świecie tak to wygląda i może też znaleźć odwzorowanie tego w rzeczywistości. Dla osób, które na przykład mają jasno zarysowane poglądy, to ten film może być bardzo niewygodny i triggerujący.
Jesteśmy na 25. edycji MFF BNP Paribas Nowe Horyzonty. Hasłem przewodnim festiwalu jest "kino, które zmienia". Jak w twoim odczuciu kino zmienia się w ostatnich latach? Jakie zauważasz trendy?
- W tym roku wyczuwam bardzo silny trend kina terapeutycznego - nie zawsze w dobrym sensie, ale czasem i w takim. To taki powrót do przeszłości, analiza tego, co nas spotkało w dzieciństwie. Jest to obecne w bardzo wielu filmach i mam wrażenie, że w niektórych jest to bardziej udane, w innych mniej. Myślę, że to faktycznie jakiś współczesny trend, zwłaszcza w tym roku, bo takie filmy jak "Alpha", "Romeria" czy nawet "Tajny Agent" pokazują zderzenie z przeszłością. W jednych to główna oś filmu, w innych nie. Tam, gdzie obraz powrotu do przeszłości jest pokazany, ale nie stanowi naczelnej osi, działa to na mnie bardziej i jest moim zdaniem bardziej udane. Może to jest potrzebne w kinie i dla nas, by pokazywać, jak to, co się wydarzyło, wpływa na nas, a jednocześnie jak może na nas wpłynąć powrót do tego, żeby iść dalej.
A ty, prywatnie, jakie kino lubisz najbardziej?
- Lubię z jednej strony rzeczy, które mnie zaskakują w kinie i pokazują coś nowego, a z drugiej strony lubię też historie proste, w które wierzę i dostaję prawdę ekranową, trochę dokumentalną. To, co najbardziej lubię w kinie, to wejść w nową rzeczywistość i mieć dostęp do czegoś, czego wcześniej nie znałem albo do czego nie miałem dostępu. Dla mnie jest piękne to, że właśnie kino nam coś takiego umożliwia.
Czy możesz się podzielić planami na najbliższą przyszłość? Czy będzie to bardziej film, serial, czy muzyka?
- Muzycznie na pewno będę się w to dalej bawił i gdzieś dużo czasu na to poświęcał, aczkolwiek to raczej taka prywatna zajawka. Filmowo - właśnie skończyłem jeden film, który dla mnie był czymś nowym. Pod kątem przygotowania fizycznego, ale też mówienia w języku, którego nie znam, więc jestem ciekawy efektów, ale to raczej nie wcześniej niż za rok. Teraz będzie miał premierę w Gdyni film "Brat" Maćka Sobieszczańskiego. Myślę, że to będzie bardzo ważny głos w polskim filmie w tym roku. Coś tam się rysuje nowego, ale jak zwykle, zanim nie stanie się to na planie, nigdy nie wiadomo, czy faktycznie do tego dojdzie.
Czytaj więcej: Jest przyszłością polskiego kina. "Zawsze chciałem zagrać romantyka szachistę"












