Tomasz Włosok to jeden z tych młodych aktorów, który niemal z każdą kolejną rolą podejmuje się coraz większych wyzwań. Wystąpił w kilkudziesięciu znanych polskich produkcjach, takich jak "Kulej. Dwie strony medalu", "Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa", "Zielona granica" czy najnowszy "Król dopalaczy". Jak sam przyznaje, rola w filmie Pata Howla to dla niego projekt-misja, o ważnym przesłaniu, szczególnie dla młodego pokolenia.
Mary Kosiarz, Interia Film: Jesteś człowiekiem, który na co dzień potrzebuje adrenaliny?
Tomasz Włosok: - Adrenalinie można dać upust w wielu sytuacjach. W życiu prywatnym kocham rutynę i spokój. Chociaż jestem na etapie diagnozy ADHD, co można odbierać jako chorobę cywilizacyjną, bo może każdy z nas na to cierpi. Ale zaczynam sobie odpowiadać na wiele pytań z tym związanych. Nauczyłem się przekuwać tę adrenalinę głównie w pracę. Właśnie tam potrzebuję dać ujście dla tej energii. W pracy i w sporcie. On towarzyszył mi praktycznie od zawsze.
Myślę, że szczególnie stał ci się bliski podczas przygotowań do roli Jurka Kuleja.
- To było przełomowe, bez wątpienia. Chyba najbardziej wymagające w dotychczasowej pracy. Dotknąłem takiego procesu i trybu działania, który wcześniej znałem tylko z opowieści, głównie zagranicznych. Kiedy dostajesz komfort rocznego przygotowania do roli, głowa podchodzi do tego zupełnie inaczej. Bardzo dobrze wspominam ten okres.
Część z twoich ról można odbierać jako przykłady metodycznego aktorstwa. Czujesz, że niektóre postaci zostały z tobą na długo po zejściu z planu?
- A nie masz tak czasami, że praca zostaje z tobą dłużej, niż byś się tego spodziewała?
Pewnie, że tak.
- Siłą rzeczy tak się dzieje. A nazywanie tego wychodzeniem z roli… to jest chyba suma wspomnień, które rezonują w każdym z nas. To czasami niełatwa praca, bo bazuje na emocjach. Potem wracasz do domu, analizujesz, odgrywasz scenki pod prysznicem i kłócisz z samym sobą. Ale nie różni się to niczym od rozmowy, która nie poszła po twojej myśli. A w naszej pracy rzeczy często nie wychodzą tak, jakbyśmy chcieli.
Szczególnie w tej branży dla ludzi ważny jest efekt końcowy: akcja promocyjna, film, który odnosi sukces. Ale lwia część waszej pracy wiąże się przecież z odrzuceniem, castingami, które nie wychodzą, projektami, które nie ujrzały światła dziennego. Trudno jest to przetrawić?
- Ogromna część tego zawodu to bazowanie na szczęściu, zauważeniu przez kogoś. Dopiero wtedy jesteś w stanie zweryfikować swój talent, a potem jak najdłużej starasz utrzymać się na powierzchni. To może być wykańczające, ale każda praca oparta na freelancingu taka właśnie jest. To ciągła walka o atencję i czekanie, aż ktoś ci zaufa.
Wspominałeś kiedyś o tym, że jesteś osobą lękową i przy projektach towarzyszą ci różne trudności. Jak to jest, że udaje ci się zmierzyć z tym wewnętrznym krytykiem i podejmować jeszcze większe wyzwania?
- Moja druga połówka miała taką teorię, że są we mnie dwa diabełki. Jeden siedzi mi na prawym ramieniu, drugi na lewym. Jeden szepcze: daj spokój, to się źle skończy. A drugi mnie podszczypuje i szepcze, żeby lecieć. Kiedy faktycznie się czegoś boję, zamykam oczy i po prostu lecę. Może nie myślę jeszcze wtedy o konsekwencjach, dopiero później zaczynam się zastanawiać, co tu się właściwie zadziało. Przed rolą w "Dzikim" nie umiałem jeździć konno, ale głęboko uwierzyłem w to, że dam radę to zrobić. A potem znowu kłócę się ze słuchawką pod prysznicem i myślę sobie, co mogło się wtedy stać (śmiech). Ale w pracy zawsze staram się wyciszać te swoje wewnętrzne ograniczenia.
Masz swój rytuał, który praktykujesz po powrocie do domu?
- Ja potrzebuję trochę takiego bata, kogoś, kto ustawi mnie na nowo. W tym przypadku jest to dom i moja rodzina. Instaluję się w to domowe życie z powrotem. Ten bat mi pomaga, bo jestem człowiekiem, który bardzo lubi być w jakichś ramach. Najgorsze, czego mogę doświadczyć, to brak tych ram. Wtedy zaczynam się gubić i rozkojarzać. Jestem zadaniowcem. Jeżeli wstaję rano i nie mam wyznaczonego planu, czuję, że ten dzień będzie stracony.
Dużo zmieniło się w ostatnich latach także w twoim życiu prywatnym.
- Nie identyfikuję się jako człowiek szczególnie dojrzały, ale moja głowa wywróciła się do góry nogami w momencie, gdy pojawiła się nasza córka. Pełna odpowiedzialność za drugiego człowieka sprawia, że chemia w mózgu się zmienia. W momencie, w którym przestajesz myśleć o sobie, a zaczynasz przede wszystkim o kimś innym, o kimś, za kogo odpowiadasz, to kolosalna zmiana.
Na początku rozmowy pytałam cię o adrenalinę, bo można ją wykorzystać na dwa sposoby. Istnieje cienka linia między adrenaliną, która motywuje cię do działania, a taką, w której się zatracasz. Twój najnowszy film "Król dopalaczy" opowiada o jej tragicznych konsekwencjach. Jak wyglądały twoje przygotowania do roli Dawida?
- Mam wrażenie, że realizowaliśmy ten film w poprzednim życiu, to było bardzo dawno temu. Mieliśmy wtedy dużo prób, przepisywaliśmy niektóre sceny i próbowaliśmy wspólnie nadać temu filmowi kształt. Spotkaliśmy się z Patem [Howlem - reżyserem, przyp. red.], gdy oboje byliśmy na początku swojej drogi zawodowej. W ramach zaliczenia na studiach realizowaliśmy trudną scenę rozgrywającą się na przystanku autobusowym, która notabene znalazła się później w filmie. Chociaż kinowa premiera dzieje się dopiero teraz, dla mnie Pat był debiutantem już 10 lat temu.
Zobacz również:
Główny bohater "Króla dopalaczy" Dawid wpada w pułapkę samouwielbienia, skrajnej pogoni za sławą, która wielu ludziom odebrała i zniszczyła życie. Jak ty go postrzegasz?
- Dawid to absolutnie źle wykorzystany potencjał człowieka. Miał w sobie cechy, które mogły stworzyć z niego ciekawego lidera, ambitnego przedsiębiorcę. Ale on wybrał amok i wyścig za popularnością. Potrzebował ciągłej atencji, chciał być sławny. Cena popadania w ten obłęd wzrastała, a jego percepcja się zamykała. W tej całej opowieści najbardziej zaintrygowało mnie to, jak umiejętnie potrafimy oszukiwać własną głowę. Możesz uwierzyć, że to, co robisz jest dobre, tylko dlatego, że kiedyś wmówiłeś sobie, że dajesz ludziom szczęście. Ten mechanizm mnie przerażał.
Na pewnym etapie ludzie utwierdzają go w przekonaniu, że jest królem życia. Udziela wywiadów, w których opowiada o imperium, które stworzył, choć sam pochodził przecież z niezbyt zamożnej rodziny. Czy ty miałeś dla tego bohatera współczucie?
- Nie, bo szybko zorientowałem się, co to za gość i jak bardzo tacy ludzie są niebezpieczni. Dawid popada w potworny obłęd, zatraca się w bogaceniu, nie patrząc na tragiczne konsekwencje swoich wyborów i swojej działalności. Oczywiście widzimy przebłyski jego poczucia winy, choćby w obliczu rodzinnej tragedii, którą po części wywołał, ale w kontekście tego, jak wiele zła wyrządził, te przebłyski nie mają znaczenia.

A przygotowując się do roli starałeś się zgłębić życiorys prawdziwego Dawida B.?
- Nie interesowało mnie to. "Król dopalaczy" jest pewnym portretem psychologicznym, historią o upadku człowieka. Nie szukałem inspiracji w konkretnej osobie, a w pewnym schemacie postaw ludzkich, które z wielkiego sukcesu prowadzą do wielkiej tragedii.
Podchodziłeś do tego projektu z poczuciem misji? Uczulenia widzów na ten ogromny społeczny problem?
- Tak, z pewnością było to dla mnie ważne. Niewątpliwie to było też spore wyzwanie aktorskie, co miało także wpływ na moją decyzję. Ale szczególnie istotne było dla mnie to, żeby w ten sposób poruszyć problem dopalaczy, o których praktycznie się nie mówi, a są wciąż łatwo dostępne. Fakt, że ta historia nie jest opowieścią z kosmosu, tylko dotyczy realnych problemów oraz życia tu i teraz, w dużym stopniu zaważył na tym, żeby wcielić się w postać Dawida.
W ostatnich latach na twojej drodze pojawiło się też mnóstwo innych głośnych projektów. Pamiętasz taki moment, w którym poczułeś, że to może być dla ciebie aktorski przełom?
- Miałem kilka projektów, w których sporo stawiałem na szali. Bardzo ryzykowna była rola w "Kuleju". Mierzyłem się z legendą, szczególnie dla tego starszego pokolenia. "Zielona granica" budziła kontrowersje zanim jeszcze w ogóle zaczęła powstawać. "Piosenki o miłości" - film, który od początku był piękną przygodą rzucenia się na głęboką wodę z satysfakcją, że ten cały proces twórczy zależy tylko od nas. Oczywiście było to okupione dużym stresem, bo na samym początku drogi nie myślałem o potencjalnych konsekwencjach. Cieszyłem się, że ktoś powierza mi rolę, że będę miał za co żyć. A jestem w gronie tych szczęśliwców, którzy te role dostają.
Nie ciągnie cię do tego, żeby zamienić się miejscami i stanąć kiedyś za kamerą?
- Każdy z nas nosi w sobie różne historie i mniej lub bardziej mamy potrzebę ich nagłośnienia. Część z nich na pewno jest gotowym materiałem na scenariusz. Ale na tym etapie jeszcze nie zastanawiam się nad takimi rzeczami. Nie wiem, czy to ten moment, w którym mógłbym wziąć na barki cały proces filmowy.
A nie myślałeś o tym, żeby spróbować swoich sił za granicą?
- Nie jest to mój główny cel. Nie poświęcam całego swojego życia, żeby się tam dostać. Natomiast gdyby się okazało, że nadarzy się taka okazja, głupotą byłoby z niej nie skorzystać.
- Pewnie są tacy, którzy nie boją się zmierzenia z tym światem. Ja się boję (śmiech). Ale jeśli pojawi się szansa, polecę i to zrobię. Współpraca z Agnieszką Holland czy Andrzejem Wajdą, to są wyjątkowe momenty w moim zawodowym życiu, które myślę mogłyby mieć znaczenie myśląc o ewentualnych próbach swoich sił zagranicą. Pamiętam też moment, kiedy poznałem Lenę Dunham, a że nie oglądałem wcześniej "Dziewczyn", nie czułem aż takiej presji związanej z tym spotkaniem. Dzięki temu miałem większą swobodę, żeby porozmawiać z człowiekiem, a nie z figurą. Christian Bale powiedział w jednym z wywiadów, że woli, żeby nie zaczepiać go na ulicy, bo ludzie mogą się nim rozczarować. I jeśli ktoś jest dla kogoś autorytetem, czasem lepiej, żeby pozostał w tej sferze wyobraźni.
A ciebie często ludzie zaczepiają?
- Trochę tak, ale nie spotkałem się nigdy z jakąś nachalną reakcją. Nawet w przypadku "Zielonej granicy", kiedy mieliśmy takie paniczne obawy, że to, co słyszymy w internecie przejdzie na życie prywatne. Ale w realu nie spotkaliśmy się z nieżyczliwością.
Dziś żyjemy w jeszcze bardziej skomplikowanych politycznie czasach. Dla ciebie istnieje wyraźny podział między sztuką a polityką?
- Jeżeli dostajemy głos, to warto ten głos wykorzystać. Mam nadzieję, że wszyscy interesujemy się tym, co dzieje się na świecie i wyrabiamy sobie na ten temat jakąś opinię. Z drugiej strony uważam, że jeśli nie masz w pełni narzędzi do tego, żeby móc się świadomie tym głosem posługiwać, nie daje ci to przyzwolenia na to, żeby pusto krzyczeć. Jeśli prowadzę rozmowę opartą na wzajemnym szacunku, nawet jeśli bazuje ona na zupełnie przeciwstawnych opiniach i światopoglądzie, odbędę ją z przyjemnością. Ale nie umiem i nie chcę pusto krzyczeć.
Podobną rzecz powiedziałeś kiedyś o kinie: im bardziej różnimy się w jego interpretacji, tym ciekawsze i bardziej wartościowe są to rozmowy.
- Absolutnie. Wierzę, że kino ma szansę docierać do każdego i ma siłę, żeby zaprosić do dyskusji. Wzajemne uwrażliwianie się, konfrontowanie z trudnymi tematami, dyskutowanie o nich, także w odniesieniu do historii, jakie opowiada kino, jest czymś wręcz niezbędnym, szczególnie w dzisiejszych, skomplikowanych czasach. Zacząłem wykonywać tę pracę, między innymi dlatego, że wierzę w mądrość ludzi, którzy tworzyli sztukę filmową przede mną. Ale też grając różne postaci, w pewien sposób chowam się za nimi, co pomaga mi w docieraniu do widzów z tym, co chcę powiedzieć. Ty, jako dziennikarka, reprezentujesz siebie, odpowiadasz za swoje słowa. Ja ukrywając się za swoimi bohaterami, staram się jednocześnie powiedzieć coś istotnego o świecie.
Do twojej przygody z aktorstwem przyczyniły się jakieś autorytety, konkretni twórcy czy filmowe postacie?
- Aktorstwem zacząłem się interesować przypadkowo. Kiedy studiowałem dziennikarstwo, chciałem czuć się swobodniej, stojąc przed kamerą. Poszedłem na kurs aktorski i bardzo mi się to spodobało. Ale nie było to oparte na kinie, które ukochałem czy autorytetach z dzieciństwa. Być może zacząłem to robić z kompleksu. Dopiero później, kiedy zakochiwałem się w kinematografii, na każdym etapie fascynował mnie ktoś inny. W szkole na pewno była to Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, moja pani profesor, z którą wspólnie robiliśmy dyplom. Na moim pierwszym castingu miałem okazję poznać Xawerego Żuławskiego, z którym marzyłem współpracować. Później, kiedy dostałem propozycję zagrania w filmie Wajdy… to jest uczucie nie do opisania. Póki co fajnie mi się to układa (śmiech).
Bez doświadczenia, bez przygotowania, za to z wielkimi marzeniami spakowałeś walizkę i wyjechałeś do dużego miasta w pogoni za aktorstwem.
- Uciekłem ze swojego dotychczasowego życia, żeby zacząć od nowa. Bez ludzi, którzy mieli wyrobione zdanie o mnie, uciekłem za marzeniami. To jest myślę piękne. Może jestem typem marzyciela. Odpływam cały czas (śmiech).
To dopłyńmy jeszcze raz do początku naszej rozmowy, czyli do "Króla dopalaczy", którego widzowie mogą już oglądać w kinach. Z jakim przesłaniem chciałbyś, żeby wyszli z tego seansu?
- Z takim, że dopalacze to największy chłam i wielkie zło. Ten temat wcale się nie skończył, może odrobinę ucichł, ale jak już powiedziałem i co trzeba mocno podkreślać - wciąż w bardzo prosty sposób można wejść w posiadanie takich używek. A jeżeli ten problem nie jest naświetlany, to szczególnie rodzice mogą taki sygnał przeoczyć.
Czyli twój cel został osiągnięty?
- To się okaże (śmiech).
A teraz, masz czas odpoczynku czy przygotowujesz się do kolejnych wyzwań?
- Pracuję, pracuję. Ale nie jest to taki tryb, w którym jestem non stop zaangażowany. Teraz mam chwilę wytchnienia i działam dalej.
W takim razie czego życzyć ci na ten swobodniejszy okres?
- Zdrówka, pomyślności, wszystkiego dobrego i spełnienia marzeń (śmiech). Tego życzę nam wszystkim, nie tylko sobie.










!["Willow i tajemniczy las" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MO6U21JOQQIAV-C401.webp)
!["Niesamowita historia Mumbo Jumbo" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MO6RYGCBJRA5W-C401.webp)
!["Jutro będę odważny" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MO652KON89J0D-C401.webp)


