W tym szaleństwie jest metoda
Gdy dowiedziałem się, że Zach Cregger ekranizuje "Resident Evil" byłem szczerze zaskoczony. Serię, którą symbolizują tandetne produkcje Paula W. S Andersona z Millą Jovovich postanowił na widelec wbić reżyser świetnych "Zniknięć", za które statuetkę Oscara w tym roku odebrała Amy Madigan. Po seansie rozumiem tą decyzję. Cregger dokonał rzeczy, która jest bardzo rzadka w kinie. Przeniósł na ekran ducha i klimat gry absolutnie kultowej i do tego zadowolił filmowych miłośników horroru. Znani mi fani serii gier "Resident Evil" są zgodni: to najlepsza ekranizacja, jaką mogli sobie wyobrazić. Ja natomiast zostałem od początku do końca wciągnięty w immersyjny świat, jaki stworzył na ekranie Cregger.
Bryan (znany ze "Zniknięć" Austin Abrams) wciela się w kuriera medycznego, który ma przewieźć do szpitala w Raccoon City priorytetową paczkę. Jest środek zimy i Bryan rozmawiając telefonicznie ze swoją dziewczyną, z którą się wcześniej posprzeczał, potrąca kobietę. Wszystko, a jakże, dzieje się na zasypanej śniegiem leśnej drodze. W nocy. Potrącona kobieta okazuje się być upiornym…fani gry wiedzą, kim jest. Natomiast tym, którzy nie grali, nie będę psuł zabawy. Zapewniam jednak, że nie musicie znać serii gier, by prędko emocjonalnie wejść w mroczną rzeczywistość Raccoon City.
Ten film jest zbudowany jak gra
"Resident Evil", otwiera się w nowym oknie jest zbudowany jak gra. Wciągnięty w coraz bardziej krwawy chaos Bryan pokonuje kolejne zadania, dowiadując się w końcu, co spowodowało, że atakujące go potwory odradzają się nawet wtedy, gdy dostaną kulkę między oczy. Bryan eksploruje więc opuszczony dom, uciekając od psów i upiorów, przeszukuje porzucone auta, musi zabrać klucze z tego czy innego miejsca i tak dalej, by w końcu dotrzeć na ostatnie piętro opanowanego przez potwory szpitalnego budynku. W rękach nieutalentowanego reżysera (patrz: Anderson) przeniesienie schematu gry do kina byłoby nieznośne. Cregger jest jednak piekielnie (nomen omen) zdolnym filmowcem i doskonale żeni świat gier (są też ujęcia POV i maszyna do pisania, tak ważna w tej serii) z filmowym doświadczeniem.
Jump scare'ów jest niewiele, ale gdy się pojawiają to naprawdę powodują podskoczenie na fotelu. Reżyser ma do perfekcji opanowany timing kina grozy, ale dawkuje go bardzo umiarkowanie. Całą robotę robi tutaj jednak klimat i liczne mrugnięcia okiem do fanów klasyki gatunku. Niezwykle klimatyczne zimowe zdjęcia zrobił wybitny polski operator Dariusz Wolski, który jest nie przez przypadek stałym partnerem Ridleya Scotta. Nastrój budowany jest światłem i półcieniami, natomiast scena, w której Brian biegnie przez ulicę, na którą spadają z dachu potwory, przejdzie do historii horroru. Odnajdziemy tutaj zresztą delikatne odniesienia do takiej klasyki gatunku, jak "Coś" Johna Carpentera, ale też "Od zmierzchu do świtu" duetu Robert Rodriguez/Quentin Tarantino.
Horror roku
Całość jest bardzo lovecraftowska, ale okraszona też meta humorem. Kapitalny jest epizod Paula Waltera Hausera, zaś napięcie rozładowują autoironiczne odniesienia do świata graczy. Brian nawet panikuje, że strzelać potrafi tylko w grach, a teraz musi obsługiwać shotguny i karabiny. Świetny jest też krwawo-groteskowy finał, który mógłby nakręcić Sam Raimi albo Peter Jackson z czasów "Martwicy mózgu". Kto by się spodziewał, że to napiszę: "Resident Evil" to horror roku. Tuż obok "Obsesji" Curry'ego Bakera. Coś czuję, że przez niego dostanę obsesji na punkcie gry. Film zachęca do sięgnięcia po grę? To chyba najlepiej podsumowuje sukces filmu Creggera.
8/10
"Resident Evil", otwiera się w nowym oknie, reż. Zach Cregger, USA 2026, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 18 września 2026 roku.









!["Godzilla Minus Zero" [trailer]](https://i.iplsc.com/000NE9HACHI2SUX3-C401.webp)

