Współpracowała z czołowymi reżyserami, jak chociażby David Cronenberg, Woody Allen, Walter Salles, Olivier Assayas czy Ang Lee. Stworzyła niezapomniane kreacje Diany Spencer czy Jean Seberg. Za tę pierwszą rolę nominowana była do Oscara.
Kristen Stewart od dłuższego czasu nosiła w sobie pomysł na reżyserski debiut, którego także jest współscenarzystką. Czekała na to osiem lat. "Chronologia wody" oparta jest na wspomnieniach Lydii Yuknavitch, wydanych w 2011 roku. To opowieść o podróży Lidii w poszukiwaniu własnego głosu, badając, w jaki sposób traumę można przekształcić w sztukę poprzez ponowne przejęcie kontroli nad własną historią, zwłaszcza tą, której doświadczają wyłącznie kobiety i dziewczęta.
Film miał swoją światową premierę podczas ostatniego festiwalu w Cannes, gdzie spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem. Do polskich kin trafił 17 kwietnia.
Z Kristen Stewart dla Interii porozmawiał Kuba Armata.
Kuba Armata: Jaka jest twoja relacja z wodą?
Kristen Stewart: - Jestem jak kot - nie wchodzę do wody!
A co właściwie przyciągnęło cię do powieści autorstwa Lydii Yuknavitch?
- Są dzieła, które tak naprawdę opowiadają nie tyle o swojej bohaterce, ile o samym procesie tworzenia. Ten film nie jest dosłowną historią tego, co przytrafiło się Lydii. To raczej opowieść o tym, jak zamieniać ból w coś pięknego - w coś, z czym da się żyć. Nie musisz mieć za sobą takiej samej traumy ani relacji z przemocą, żeby to zrozumieć. W dzisiejszych czasach wystarczy tak naprawdę być kobietą. Bardzo szybko mierzymy się z różnymi doświadczeniami - dobrymi czy złymi. Nie mamy nad nimi żadnej władzy do momentu, kiedy nie nauczymy się je same projektować. Dlatego "Chronologia wody" ma taką strukturę. Chciałam, żeby to był mój pierwszy film, bo opowiada o odnajdywaniu własnego głosu i o tym, co ten głos może dla ciebie zrobić.
- Woda jest substancją, która nas zmienia. Przenosi w inne miejsca. Rozbija skały. Podczas gdy my jesteśmy materiałem organicznym. Kiedy czytałam tę książkę, pomyślałam, że to wezwanie do walki. Tekst, który może uratować życie. Dlatego chciałam zrobić film, który będzie przypominał intensywne, niemal oniryczne doświadczenie - całe życie przesuwające się przed oczami. Tak by każdy mógł włożyć w niego swoją historię.
Myślisz, że zdobycie finansowania na ten film byłoby o wiele prostsze, gdybyś zdecydowała się sama wystąpić w głównej roli?
- Od samego początku byłam w tej kwestii bardzo stanowcza. Nie chciałam patrzeć w lustro. Zależało mi na stworzeniu prawdziwej, zaangażowanej relacji z osobą, która pomaga mi robić ten film. Mówię oczywiście o wcielającej się w główną rolę Imogen Poots. W przyszłości chciałabym zagrać w czymś, co sama wyreżyseruję, ale zdecydowałam, że to nie jest ten projekt. Czułam, że to nie jest dla mnie. Poza tym pozbawiłabym się doświadczenia, o którym właśnie opowiadałam. Chciałam coś z kimś dzielić. Gdybym to była tylko ja, ogień byłby o wiele mniejszy.
O "Chronologii wody", czyli swoim reżyserskim debiucie, myślałaś już od dłuższego czasu. Czy finalny rezultat pokrywa się z tym, jak wyobrażałaś sobie ten film przez lata?
- Film nigdy nie mógł w pełni odzwierciedlić pierwotnej wizji. Ta początkowa idea była jak plastelina - czystym, ulotnym uczuciem. Paradoksalnie "Chronologia wody" opowiada właśnie o ciągłym przekształcaniu. To, że pomysł ewoluował przez tak długi czas i mozolnie szukał swojego ostatecznego kształtu, w pewnym sensie odzwierciedla los głównej bohaterki. Początkowo myśl, że realizujemy projekt niemal niemożliwy do wykonania, była przerażająca. Połączenie mojego braku doświadczenia z jakimś rodzajem brawury doprowadziło nas jednak do mety. Każdy, kto miał już za sobą choć jeden pełnometrażowy film, najprawdopodobniej nigdy nie podjąłby się tego projektu w takich warunkach.
Skąd zatem ta motywacja u ciebie?
- Byłam po prostu zdesperowana. I myślę, że to uczucie przeniknęło do filmu. Jestem ogromnie wdzięczna, że udało nam się dotrzeć do końca. Codziennie coś nam się waliło, coś pękało. Cieszę się jednak, że scenariusz, nad którym pracowałam przez osiem lat, choć skończył w strzępach, dał się poskładać na nowo. Umierałam każdego dnia na planie, ale jednocześnie patrzyłam, jak Imogen tchnie w to wszystko życie. Szybko też zrozumiałam, że z tych wszystkich naszych puzzli można by zmontować dziesiątki różnych filmów. Scenariusz był napisany z dużą precyzją, lecz tworzenie obrazów to zupełnie inna materia.
Co masz na myśli?
- Przypomina mi się to, o czym mówił Wong Kar-wai, że idealny scenariusz jest ostatecznym zabójcą. Wchodzisz na plan i czujesz ogromne rozczarowanie, bo nie jesteś w stanie w pełni uhonorować tego, co napisałeś. W naszym przypadku stało się jednak coś innego. Emocjonalne połączenia między niektórymi ujęciami ujawniły się dopiero po fakcie. Nie dało się tego zaplanować z góry. Film po prostu odnalazł sam siebie. Cieszę się, że spotkałam ludzi gotowych tak pracować ze mną na planie. Przypominało to trochę free jazz. Dzięki nim powstało coś, co dla mnie jest prawdziwym przeżyciem.
Wspomniałaś o skomplikowanej strukturze "Chronologii wody". Skojarzyło mi się to z awangardą, która zawsze poszukiwała nowych sposobów opowiadania historii, nawet jeśli oznaczało to łamanie wszelkich dotychczasowych reguł. Czy pracując nad filmem i jego formą, czułaś podobnie?
- Temat formalnych poszukiwań to rozmowa, do której z wielką pokorą chciałabym dołączyć. Kino pozwala nam uzewnętrznić wewnętrzne przeżycia, robiąc dwadzieścia cztery zdjęcia na sekundę i tnąc je w coś ulotnego, migotliwego. Jest i zaraz go nie ma. Całkowite wyjście poza wszelkie konwencje to był jedyny sposób, żeby naprawdę uhonorować tę historię. Nie mogłam przestać próbować. Ale nie dlatego, że chciałam być awangardowa. Po prostu tego właśnie domagał się sam materiał. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek znowu nakręciła film w taki sposób. To było coś specyficznego, przypominającego proces porządkowania wspomnień, żeby wiedzieć, kim się tak naprawdę jest. To doświadczenie czysto sensoryczne, a nie bajkowa opowieść. Bardzo przypomina marzenie senne. Właśnie taki film chciałam zrobić. Jednocześnie w tym wszystkim ogromnie szanuję widza, bo przecież sama też nim jestem.
Kiedy pracujesz jako aktorka w cudzym filmie, ostatecznie musisz wpasować się w czyjąś wizję i sposób pracy. Co było tym elementem, który najbardziej pragnęłaś zrealizować po swojemu właśnie jako reżyserka?
- Jestem reżyserką właśnie dlatego, że jestem aktorką. Zależało mi na tym, być mieć prawdziwą, głęboką relację z Imogen. Chciałam poczuć tę szaloną, zaraźliwą energię, która powstaje, kiedy odpowiedni ludzie spotykają się, żeby coś razem stworzyć. Tylko że tym razem pragnęłam być po drugiej stronie tego procesu. Chciałam sama bawić się tą zabawką, ale już nie na zasadzie wchodzenia w gotową wizję. Pragnęłam zobaczyć, jak moja przyjaciółka robi dokładnie te rzeczy, które chciałam, żeby zrobiła. Często to był impuls. Robiliśmy ujęcia, po których chciałam sobie podpalić włosy. Jestem z niej tak dumna, że aż nie mogę w to uwierzyć. To dokładnie to samo uczucie, które znam jako aktorka. Najpiękniejsze wymiany, jakie miałam z reżyserami - te, które prowadziły do prawdziwego uwolnienia - były całkowicie nieartykułowane. Ktoś wchodzi, coś się dzieje… i nagle jest. Po prostu to czujesz. Każdy, kto natomiast wchodzi i zaczyna intelektualizować idee, wysysa całe powietrze z pokoju. Musimy to poczuć razem, bo inaczej to wszystko umiera.
Czy po tym doświadczeniu rozumiesz reżyserów filmowych znacznie lepiej niż wcześniej?
- Chyba nie, bo każdy jest inny. Jeśli to doświadczenie cokolwiek we mnie zmieniło, to chyba tylko tyle, że zaczęłam za bardzo napierać na ściany - trochę zbyt natarczywie i irytująco.
- Kiedy jestem aktorką w czyimś filmie, jestem w jego rękach. Zwykle myślę tylko: jak to nakręcimy? Nie chodzi o to, że nie lubię pytać, bo uwielbiam być częścią procesu. Lubię wiedzieć, jak coś jest rejestrowane. My po prostu uczymy się w czasie rzeczywistym. Odkrywamy rzeczy na bieżąco. Przepraszam, ale jeśli ktoś przychodzi super przygotowany i mówi: "Wiem dokładnie, co zrobię", to dla mnie koniec. Idź do domu. Naprawdę.
Przez ostatnią dekadę wydawało się, że wreszcie zaczęliśmy słyszeć znacznie więcej autentycznych kobiecych głosów w kinie. Pojawiło się sporo reżyserek pokazujących kobiety na ekranie nie jako odbicia męskich fantazji czy stereotypów. Jesteś optymistką w tej materii czy masz poczucie, że będzie się chciało uciszyć te głosy?
- Wydaje mi się, że cały czas stąpamy po cienkiej linie, nie wiedząc, czy pod nią nie ma przepaści. Robienie takiego filmu jak "Chronologia wody" to proszenie się o kłopoty. Celowe wystawienie się na strzał. Odbiór jednak był zaskakująco ciepły. Ujęło mnie to, jak ludzie angażują się w ten obraz. Co pokazało mi, że ten film jest potrzebny. Myślałam, że będziemy rozmawiać głównie o tym, że ludzie go nie zrozumieli, a tu nagle okazało się, że jest dokładnie odwrotnie i nie jesteśmy w tej historii same. Choć mam świadomość, że nie zawsze będzie to możliwe. Sama zastanawiam się, jak będzie dalej i jest to trochę stresujące. Jak o tym myślę, aż pocą mi się ręce. Będę z tobą całkowicie szczera: siedzenie tutaj i mówienie: "No cóż, dopóki będziemy opowiadać historie…" brzmi trochę nawinie. Za dużo rzeczy braliśmy do tej pory za pewnik.













