"Fjord" w Cannes: w głowach niektórych widzów może zapalić się czerwona lampka
Złożoność dynamiki relacji międzyludzkich na każdym etapie życia pokazuje nam, jak płynne i trudne do zdefiniowania stają się wspomniane granice, szczególnie jeśli w grę wchodzą więzi rodzinne.
"Czy rodzice kiedykolwiek stosowali wobec ciebie przemoc fizyczną?" - słyszy od kuratorki dziecięcej nastoletnia Elia, na której ciele nauczyciele dostrzegli świeże siniaki. "Proszę zdefiniować przemoc" - odpowiada z kamienną twarzą dziewczynka. Wychowywana w rodzinie, w której religia i dyscyplina są rozwiązaniem większości problemów, Elia rodzicielską miłość postrzega w zupełnie innych kategoriach. W głowach niektórych widzów już teraz może zapalić się czerwona lampka.
Skoro pytanie o akt przemocy budzi jakiekolwiek wątpliwości, kilkoro z nich pewnie od razu wyda wyrok. To jednak dopiero początek spektaklu niepewności, dwuznaczności i podwójnych standardów, jaki inscenizuje w swojej rodzinnej dramie laureat Złotej Palmy Cristian Mungiu. Po raz pierwszy w liczącej sześć pełnometrażowych filmów karierze reżyser opuszcza rodzinną Rumunię, zabierając jednak ze sobą moralne dylematy targające bohaterami jego poprzednich dzieł.
"Fjord" podkręca je do absurdalnie krytycznego poziomu, w którym już sama tożsamość narodowa staje się pretekstem do walki z systemem. Mihaia (Sebastian Stan), Lisbet (Renate Reinsve) i ich piątkę dzieci los zmusza do emigracji z Bukaresztu do rodzinnych stron kobiety w Norwegii. Zderzenie z nową kulturą, mentalnością, postępowym liberalizmem postrzeganym jako pobłażliwość jest dla rumuńskiej rodziny o silnych religijnych tradycjach ciosem nie do uniknięcia. Najstarsi Elia i Emmanuel nie mają telefonów, dostępu do internetu, a ich kontakty z rówieśnikami są ograniczone do absolutnego minimum. Każdy dzień zaczynają i kończą modlitwą, każdy głos sprzeciwu wobec ojca jest grzechem. "Musisz nauczyć się przyznawać do błędów" - mówi córce Mihai w scenie otwierającej, której początku możemy się jedynie domyślać.
Reżyser zaprasza nas do środka dopiero po wymierzeniu dziewczynce kary, która - patrząc na strach w oczach Elii - z pewnością nie była łagodna. Czy było nią pogrożenie palcem czy uderzenie ojcowską ręką, tego się niestety nie dowiemy. Uwagę nauczycieli przykuwają jednak ślady na szyi uczennicy i natychmiast rozpoczynają oni procedurę w kierunku potencjalnej przemocy domowej. A radykalne zapisy norweskiego prawa pozwalają im natychmiast odseparować dzieci od rodziców - bez ostrzeżenia, bez dowodów, bez zeznań opiekunów i świadków.
Scena, w której bohaterka grana przez Renate Reinsve dowiaduje się, że jej potomstwo (w tym najmłodszy kilkumiesięczny syn) za moment trafi do rodziny zastępczej, jest po pierwsze fenomenalnym popisem aktorskim gwiazdy "Wartości sentymentalnej", a po drugie - wymownie obrazuje głęboki szok w zetknięciu z bezwzględną biurokracją kraju o diametralnych różnicach kulturowych i światopoglądowych.
Cały film jest ciągłym wodzeniem widza za nos
Cały film Mungiu jest właściwie ciągłym wodzeniem widza za nos, sprawdzaniem jego czujności i stawianiem go przed dyskomfortem opowiedzenia się po którejś ze stron. Ale co, jeśli zarówno chrześcijańsko-konserwatywny rygor, jak i ultralewicowy system wartości krzywdzą bohaterów w równym stopniu? Mungiu stara się wypośrodkować miarę osądu, tworząc skandynawskie kino moralnego niepokoju, w którym cicha niesprawiedliwość systemu krzyczy głośniej niż w niejednym przeszarżowanym dramacie sądowym.

Stan i Reinsve grają oszczędnie i wysublimowanie, największy rodzicielski ból zawierając nieraz w samym spojrzeniu czy najdrobniejszym drgnięciu twarzy. Wielu mogłoby jednak (całkiem słusznie) zarzucić Mungiu powierzchowność w portretowaniu głównych bohaterów. Pozostawia ona pewien niedosyt, jakby ich wspólne życie rozpoczęło się dopiero na emigracji. Zabieg ten, choć niekorzystny z punktu widzenia budowania napięcia między postaciami, skupia uwagę przede wszystkim na dramaturgii teraźniejszości i sądowej batalii, jaka czeka ich po zderzeniu z norweskim wymiarem sprawiedliwości.
Większość drugiego aktu rzeczywiście spędzamy na sali rozpraw, z bliska przyglądając się temu, z jaką łatwością nadinterpretacja i przeinaczanie faktów jest w stanie zmienić życie rodziny o 180 stopni. Już teraz wychodzi ze mnie pewna doza subiektywizmu - nie sposób do końca seansu zachować w tym aspekcie zimną krew.
"Fjord": fenomenalnie wyważony, błyskotliwy scenariusz
To, co uderza w "Fjordzie" najmocniej, to fenomenalnie wyważony, błyskotliwy scenariusz, potwierdzający jedynie zdolność rumuńskiego reżysera do prawidłowego odczytywania ludzkich słabości i wewnętrznych sprzeczności. Jego "Fjord" sprawdza się zarówno jako pełnokrwisty dramat sądowy i rodzinny melodramat, a momentami nawet i typowa rumuńska komedia sytuacyjna.
Casting Stana i Reinsve, którzy mają już za sobą wspólnie zrealizowane produkcje, to strzał w dziesiątkę i kolejny udany występ w karierze obojga wybitnych aktorów. A "Fjord", z całym emocjonalnym bagażem, jaki zrzuca na widzów już od pierwszych scen, ma naprawdę duże szanse wyjechać z Cannes z workiem nagród.
Doceniane we Francji niepokorne, nieprzewidywalne, dogłębnie dramatyczne kino Mungiu już nie raz udowodniło, jak broni się po latach. A wszystko (niestety) wskazuje na to, że za jakiś czas "Fjord" pozostanie tak samo aktualny jak dziś.
8/10
"Fjord", reż. Cristian Mungiu, Rumunia 2026.












