Dustin Hoffman mógł zagrać w "Taksówkarzu". Po latach żałował decyzji
"Taksówkarz" to dziś film nierozerwalnie związany z Robertem De Niro. Jego Travis Bickle, samotny kierowca nocnej taksówki przemierzający Nowy Jork, stał się jedną z tych postaci, które na stałe weszły do historii kina. Trudno wyobrazić sobie inny głos, inną twarz i inną energię w tej roli.
A jednak na etapie przygotowań sprawa nie była tak oczywista. Wśród aktorów branych pod uwagę pojawiał się Dustin Hoffman, który miał już wtedy mocną pozycję w Hollywood. Według często powtarzanych relacji aktor nie był jednak przekonany do projektu. Miał nie zaufać wizji młodego Martina Scorsesego i ostatecznie odmówił udziału w filmie.
Z dzisiejszej perspektywy wygląda to jak jedna z tych decyzji, które mogły zmienić historię kina. Hoffman po latach miał przyznać, że odrzucenie roli Travisa Bickle'a było jednym z wyborów, których żałował najmocniej. Wtedy jednak "Taksówkarz" nie był jeszcze legendą. Był ryzykownym projektem, z niepokojącym bohaterem i reżyserem, który dopiero budował swoją pozycję.
Travis Bickle był rolą, której nie dało się zagrać bez ryzyka
Travis Bickle nie jest postacią łatwą ani wygodną. To człowiek samotny, zamknięty w sobie i coraz bardziej odcięty od świata. Porusza się po nocnym mieście, obserwuje ludzi i stopniowo pogrąża się w poczuciu obcości. Taka rola wymagała od aktora ogromnej intensywności, ale bez teatralnej przesady.
Dustin Hoffman kojarzył się wówczas z innym typem ekranowej prawdy. Potrafił grać neurotyczność, wrażliwość i niepokój, ale często robił to w bardziej przyziemny, ludzki sposób. Travis potrzebował chłodu, napięcia i ciszy, w której widz czuje, że coś narasta pod powierzchnią.

Możliwe, że właśnie to zadecydowało o odmowie. Rola była mroczna, a sam film nie dawał gwarancji sukcesu. W latach 70. Hollywood mocno się zmieniało, ale nawet wtedy "Taksówkarz" nie wyglądał jak bezpieczny wybór. Scorsese miał wizję mocną i ryzykowną, a Hoffman nie musiał w nią od razu uwierzyć.
Kto jeszcze mógł zagrać Travisa Bickle'a?
Historia castingu do "Taksówkarza" jest fascynująca, bo lista rozważanych aktorów brzmi dziś jak katalog największych nazwisk kina lat 70. Obok Hoffmana w kontekście roli Travisa Bickle'a wymieniano między innymi Ala Pacino, Jeffa Bridgesa, Jacka Nicholsona, Warrena Beatty'ego, Burta Reynoldsa, Ryana O'Neala i Petera Fondę.
Każdy z nich mógłby poprowadzić tę postać w zupełnie inną stronę. Pacino prawdopodobnie nadałby Travisowi większą gwałtowność i nerw. Nicholson mógłby pójść w stronę niepokojącej charyzmy, z charakterystycznym błyskiem w oku. Beatty wniósłby więcej elegancji, Reynolds bardziej zewnętrzną twardość, a Bridges lub O'Neal mogli sprawić, że bohater na początku wydawałby się mniej oczywisty.
To właśnie w tym miejscu najlepiej widać, jak delikatną materią jest casting. Ten sam scenariusz, ten sam reżyser i ta sama historia mogłyby stworzyć film o zupełnie innym ciężarze. Wystarczyłaby jedna decyzja obsadowa.
Robert De Niro stworzył rolę, której nie da się "od-obsadzić"
Ostatecznie Travisem został Robert De Niro i dziś ta decyzja wydaje się jedyną możliwą. Aktor nie zagrał Bickle'a jako człowieka stale wybuchowego. Przeciwnie, jego siła polegała na narastaniu. De Niro budował postać powoli, spojrzeniem, milczeniem, sposobem poruszania się i napięciem, które widz czuł nawet wtedy, gdy na ekranie pozornie nie działo się wiele.
Dzięki temu Travis stał się kimś więcej niż bohaterem filmu. Stał się symbolem samotności, frustracji i wielkomiejskiego zagubienia. "Taksówkarz" pokazał Nowy Jork jako miejsce duszne, pełne neonów, nocnych ulic i ludzi mijających się bez kontaktu. Miasto w tym filmie nie jest tylko tłem. Jest częścią opowieści.
De Niro idealnie wtopił się w ten świat. Nie próbował oswajać Travisa ani robić z niego postaci łatwej do polubienia. Zagrał go tak, by widz nie mógł oderwać wzroku, ale też nie czuł się bezpiecznie. To właśnie dlatego jego kreacja przetrwała dekady.
Jak wyglądałby "Taksówkarz" z Hoffmanem?
Gdyby Dustin Hoffman przyjął rolę, "Taksówkarz" mógłby być równie interesujący, ale z pewnością byłby innym filmem. Hoffman prawdopodobnie wydobyłby z Travisa więcej codziennego niepokoju. Mógłby stworzyć postać bardziej rozmowną w energii, bardziej nerwową i może bliższą człowiekowi, którego można minąć na ulicy, nie przeczuwając, co naprawdę dzieje się w jego głowie.
De Niro wniósł do tej roli chłód i skupienie. Hoffman mógłby wnieść większą kruchość. To nie znaczy, że jego wersja byłaby słabsza. Byłaby po prostu przesunięta w inną stronę. A w przypadku "Taksówkarza" taki niuans mógłby zmienić ton całego filmu.
Właśnie dlatego ta ciekawostka tak mocno działa na wyobraźnię. Pokazuje, że klasyka kina nie zawsze rodzi się z prostych, oczywistych decyzji. Czasem jest efektem odmowy, wahania, ryzyka i tego jednego momentu, w którym rola trafia do aktora, który okazuje się dla niej idealny.
Jedna odmowa, która przeszła do historii kina
Dustin Hoffman nie zagrał Travisa Bickle'a, a Robert De Niro stworzył kreację, której dziś nie da się oddzielić od "Taksówkarza". Po latach łatwo oceniać tamtą decyzję jako pomyłkę, ale w chwili wyboru nic nie było pewne. Scorsese nie był jeszcze reżyserem o pozycji legendy, a sam materiał wymagał ogromnego zaufania.
Hoffman miał prawo mieć wątpliwości. Historia kina lubi jednak takie zakręty. Jedno "nie" otworzyło drogę do roli, która stała się jednym z najważniejszych punktów w karierze De Niro i jednym z najbardziej rozpoznawalnych portretów w amerykańskim kinie lat 70.
Dziś lista aktorów rozważanych do roli Travisa Bickle'a działa jak zaproszenie do zabawy w alternatywną wersję Hollywood. Pacino, Nicholson, Bridges, Beatty czy Hoffman mogli stworzyć własnych Travisów. Ale to De Niro wszedł do nocnej taksówki Scorsesego i został w niej na zawsze.











