"Och, Karol": kultowa polska komedia ma już 40 lat
Główny bohater komedii Ryszarda Załuskiego, Karol Gierski (Jan Piechociński), to młody architekt z ogromną słabością do kobiet. Chociaż ma atrakcyjną żonę (Danuta Kowalska) - nie przepuści żadnej okazji, by spotkać się z inną. A to rodzi coraz większe komplikacje.
Irena (Jolanta Nowak) żąda, by rozwiódł się z Marią i ożenił z nią, Paulina (Marta Klubowicz) spodziewa się jego dziecka, Wanda (Dorota Kamińska) chce mu załatwić pracę w Nigerii. Wkrótce doba okazuje się zbyt krótka, by zadowolić wszystkie panie. Cierpliwość i tak zdumiewająco tolerancyjnej żony też się kończy. Wreszcie pewnego dnia kochliwy architekt zastaje wszystkie kobiety u siebie w domu.
W filmie w jednej z drugoplanowych ról zobaczyliśmy też piosenkarkę Urszulę, która wcieliła się w Jolę - koleżankę tytułowego Karola z pracy. Wokalistka zaśpiewała też z Sewerynem Krajewskim pochodzącą z filmu piosenkę "Baw mnie".

"Och, Karol" reklamowany był jako "komedia erotyczna". "Przed oczami widza paraduje tu cały legion skąpo odzianych i z reguły urodziwych pań. Wszystkie wzdychają ku pewnemu młodemu architektowi, którego scenariusz kreuje na króla życia" - czytamy w Internetowej Bazie Filmu Polskiego.
"Byłem pełen uznania dla reżysera Romana Załuskiego, który stworzył znakomitą obsadę. Zagrały w nim najpiękniejsze, najbardziej pożądane Polki tamtych czasów. Kreśląc postać Karola Górskiego, od początku wiedzieliśmy, że nie będzie to typowy Don Juan. To miał być ktoś, kto nie potrafi odmówić kobiecie. Nie miałem żadnych wątpliwości" - Jan Piechociński wspominał w rozmowie z "Tele Tygodniem".
"Och, Karol": tytułowa rola była błogosławieństwem i przekleństwem
Po występie w "Och, Karol" Piechociński z dnia na dzień stał się bożyszczem kobiet. Aktor przyznał, że otrzymywał sporo ofert matrymonialnych.
"Byłem jednak świeżo po ślubie, miałem mnóstwo pracy, więc żadne romanse nie wchodziły w grę" - wyjaśniał Piechociński.
Sukces miał również ciemne strony - aktor został zaszufladkowany i długo nie otrzymywał żadnych interesujących kontraktów. Przez kilka lat można było oglądać go wyłącznie w niewielkich, epizodycznych rolach. Piechociński wyjechał również na pół roku do Szwecji, gdzie zatrudnił się jako malarz.
"Przez cztery lata nie dostawałem żadnej roli. Ludzie prosili o autografy, a ja nie miałem na chleb" - wyznał na łamach magazynu "Show".

Sytuacja zmieniła się nieco w 1997 roku, gdy zaczął wcielać się w postać kolejnego kobieciarza - Feliksa Nowaka w serialu "Klan".
"Feliks miewał romanse, ale nie był to istotny wątek. Do dziś spotykam się z komentarzami starszych pań, które twierdzą, że nikt nie traktuje kobiet w taki sposób, jak Feliks. To szarmancki i ujmujący mężczyzna. Na początku dał się poznać jako czarny charakter, ale ku mojej radości jego postać ewoluuje. Z wybitnie negatywnej postaci zmierza w kierunku komediowo-groteskowym. I to mi się w nim podoba" - aktor mówił w 2013 roku w rozmowie z "Tele Tygodniem".
"Pewne role naznaczają aktora. Rzeczywiście, bardzo długo byłem utożsamiany z rolą uwodziciela Karola. Z kolei teraz telewidzowie przyklejają mi łatkę Feliksa Nowaka z 'Klanu'. To jest przekleństwo i jednocześnie urok zawodu aktora" - przyznał aktor.
"Och, Karol": odbiór filmu i kontynuacja
Choć dziś film uznawany jest za kultowy i ma spore grono fanów, niektórzy krytycy uważali, że reżyser za bardzo oddalił się swoją wizją od rzeczywistości.
"Na tym zasadzała się ówczesna popularność komedii Załuskiego - pokazać widowni (zwłaszcza męskiej) to, o czym może ona wyłącznie marzyć. Część krytyki miała nawet za złe reżyserowi, że nazbyt oddalił się od rzeczywistości. Z drugiej strony dopatrzono się w 'Och, Karol' kilku głębszych refleksji na temat relacji mężczyzna - kobieta we współczesnym świecie" - można przeczytać w Internetowej Bazie Filmu Polskiego.
Zapewne dzięki pamięci o hicie Romana Załuskiego Jan Piechociński otrzymał gościnną rolę w sequelu "Och, Karola". Aktor zagrał księdza, który udziela ślubu Karolowi. W tytułowej roli zastąpił go Piotr Adamczyk.
Zobacz też:
Wspomina pracę nad kultowym filmem. To wyprowadzało twórców z równowagi










