2 lipca 1996 roku nad największymi ziemskimi miastami pojawiają się statki kosmiczne o średnicy 24 kilometrów. Administracja amerykańskiego prezydenta Thomasa Whitemore'a (Bill Pullman) czeka na pierwszy kontakt z pozaziemską cywilizacją. Tymczasem pilot Steven Hiller (Will Smith) otrzymuje rozkaz pilnego powrotu do bazy. W Nowym Jorku technik David Levinson (Jeff Goldblum) dekoduje sygnał wysyłany przez statki. Okazuje się, że odliczają one czas do skoordynowanego ataku. Trzech mężczyzn odegra kluczową rolę w walce z agresorami z kosmosu.
Zdążyć przed Timem Burtonem
Podczas promocji "Gwiezdnych wrót" w 1994 roku reżyser Roland Emmerich został zapytany przez jednego z dziennikarzy, czy wierzy w życie pozaziemskie. Ten przyznał, że fascynuje go, jak wyglądałoby przybycie obcych. Zaczął fantazjować, jak poczułaby się osoba, która rano widzi statek kosmiczny o średnicy 15 mil nad swoim miastem. Chwilę później Emmerich szepnął do siedzącego obok scenarzysty Deana Devlina, że właśnie wpadł na pomysł ich kolejnego filmu. Reżyser wiedział jednak, że Tim Burton pracuje nad pastiszem produkcji o inwazji kosmitów pod tytułem "Marsjanie atakują". Szybko sprawdził datę jego premiery. Była ona ustalona na sierpień 1996 roku. "Zaraz spojrzałem na swój kalendarz i powiedziałem: 'Dean, pakuj się. Idziemy pisać'" - wspominał Emmerich w rozmowie z "The Hollywood Reporter".
Zgodzili się, że nie chcą, by kosmici w ich filmie ukrywali swoje przybycie. Sednem produkcji miał być atak statków obcych na największe amerykańskie miasta. Wzorowali się nie tylko na klasycznych filmach o inwazjach z kosmosu, ale także kinie katastroficznym. Scenariusz napisali podczas trwających miesiąc wakacji w Meksyku. Tekst został zaraz wysłany do wytwórni 20th Century Fox. Emmerich zaznaczył, że potrzebuje budżetu wynoszącego 69,5 miliona dolarów. Następnego dnia dostał zielone światło oraz prawo do ostatecznej wersji montażowej.

Producenci nie chcieli Willa Smitha
Casting do filmu okazał się kłopotliwy. Postać Levinsona napisano dla Jeffa Goldbluma. Tylko jego z trójki głównych bohaterów udało się zaangażować bez większych problemów. Rolę prezydenta Whitemore'a stworzono z myślą o Kevinie Spaceym. Początkowo był on bardziej niejednoznaczny. Dopiero w finale miało okazać się pozytywnym bohaterem. Devlin znał Spaceya z czasów szkoły średniej. Widział także wczesną wersję montażową "Podejrzanych" Bryana Singera. Był pewien, że aktor otrzyma za nią Oscara. Argumentował, że może go zaangażować za 200 tysięcy dolarów. Po sukcesie filmu Singera jego stawka będzie nawet dziesięciokrotnie większa. Jednak producenci nie zgodzili się na jego zatrudnienie, uważając, że nie ma on zadatków na wielką gwiazdę. Jeden z nich stwierdził nawet, że Spacey nigdy nie otrzyma Oscara. Na jego miejscu znalazł się Bill Pullman, a postać Whitemore'a stała się jednoznacznie pozytywna. Twórcy stwierdzili później, że jego wersja bardziej pasowała do przedstawionej historii. "Lubię go. To prezydent, który stara się zrobić coś dobrego, ale potrafi też iść na kompromis" - wspominał Devlin. Natomiast Spacey otrzymał Oscara za "Podejrzanych", a cztery lata później kolejnego za "American Beauty".
Rolę Stevena Hillera zaproponowano Ethanowi Hawke'owi, który był świeżo po sukcesie "Orbitowania bez cukru". Jak przyznał w rozmowie z Conanem O'Brienem w 2018 roku, był to czas, gdy woda sodowa uderzyła mu do głowy. Wziął się za lekturę scenariusza podczas podróży z Teksasu do Meksyku. "Czytam to kumplowi w aucie. 'Co za okropny dialog. E.T. dzwoni do domu. Kretynizm' - i tak to wyglądało, aż w końcu wywaliłem tekst przez okno [...] Na środku autostrady w Teksasie" - wspominał Hawke z rozbawieniem. "Czy tą autostradą jechał akurat Will Smith?" - ironizował O'Brien.
Angaż laureata Oscara za film "King Richard. Królewska rodzina" nie był jednak tak oczywisty. Jak wspominał Emmerich podczas obchodów 25. rocznicy premiery filmu, producenci byli przeciwni zatrudnieniu Smitha. "Nie podobał im się. Ich zdaniem brakowało mu doświadczenia i nie miał szans na zagranicznych rynkach" - wspominał reżyser w rozmowie z "The Hollywood Reporter".
"Powiedzieli, że nam, że jeśli obsadzimy w tej roli czarnoskórego aktora, zabijemy nasz film w międzynarodowym box-offisie. Argumentowaliśmy, że fabuła dotyczy kosmitów, więc dobrze poradzi sobie na każdym rynku. Rozpętała się wielka wojna. Roland i ja staliśmy przy swoim i udało nam się przeforsować kandydaturę Smitha" - dodał Devlin. "Szantażowałem studio, że jeśli nie zagwarantują mi Goldbluma i Smitha, to przeniosę się z filmem do studia Universal. Fox wydzwaniał do mnie każdego dnia. Nie sądzę, aby była najmniejsza szansa, że film przejmie inne studio, ale wtedy ich to wystraszyło" - zdradził w dalszej części rozmowy Emmerich.
Przemowa Billa Pullmana przeszła do historii kina
W rozmowie z "Entertainment Tonight" Will Smith, dla którego "Dzień Niepodległości" okazał się ugruntowaniem statusu megagwiazdy, wspominał, że był zaskoczony fragmentami scenariusza, które wydawały mu się bardzo prawdziwe. "Kocham scenę z wiadomościami w Los Angeles, w której prezenter mówi: 'Proszę nie strzelać do obcych statków kosmicznych'. Gdyby kosmici przylecieli, ludzie zaraz wyjęliby broń i naprawdę zaczęli do nich strzelać" - śmiał się aktor. Dodał, że wiedział, iż film odniesie sukces, gdy zobaczył scenę przemowy prezydenta Whitakera przed finałową konfrontacją z kosmitami. "[Bill Pullman] pozamiatał w tej scenie. Po prostu pozamiatał".
"Naprawdę zależało nam, by dobrze zrealizować to ujęcie. Studio nie znosiło tytułu 'Dzień Niepodległości'. Woleli 'Dzień zagłady'. Wyobrażacie sobie, żeby ten film nosił taki tytuł?" - wspominał Pullman w rozmowie z Internet Movie Database z 2018 roku. "Chcieliśmy nakręcić moją przemowę jak najszybciej i dobrze ją ugryźć, tak żeby [przedstawiciele wytwórni] ją zobaczyli. Wtedy nikt nie miałby wątpliwości, że to musi być 'Dzień Niepodległości'". By wypaść wiarygodnie, aktor studiował wielkie mowy polityczne XX wieku. Największe wrażenie zrobiło na nim wystąpienie Roberta Kennedy'ego chwilę po tym, jak dowiedział się o zabójstwie Martina Luthera Kinga. "Miałem nagrać przemowę w filmie science fiction i musiałem zrobić to na wzór tych wielkich mów, które potrafiły zbliżyć ludzi do siebie. Trzecia rano, statyście gapią się na mnie. Mieliśmy szczęście z małymi rzeczami, na przykład z zacinającym się mikrofonem. To stało się naprawdę. Powtórzyliśmy to w kolejnych ujęciach" - wspominał w rozmowie z "Entertainment Weekly" w 2020 roku.
Co zaskakujące, Devlin nie był fanem tej przemowy. Jak wspominał w rozmowie z "The Hollywood Reporter", napisał ją szybko, byle tylko była, a później zamierzał ją zredagować. Ostatecznie nie zmienił ani słowa. Gdy przyszło do jej realizacji, zaczął panikować. Pobiegł na plan, by coś zaimprowizować. Było już po pierwszej próbie Pullmana. Statyści dali się porwać słowom wypowiedzianym przez aktora, jakby rzeczywiście przemawiał przed decydującą bitwą. Scenarzysta dodał na jej koniec tylko jedno zdanie: "Dziś świętujemy nasz Dzień Niepodległości".

Ujęcie, które sprzedało "Dzień Niepodległości"
Emmerich zdecydował się ograniczyć liczbę ujęć z efektami komputerowymi. Według niego odciążyłoby to budżet. Był także przekonany, że praktyczne efekty wypadną lepiej na ekranie. Zbudowano między innymi model Białego Domu w skali 1:12, tylko w celu wysadzenia go w ikonicznym ujęciu filmu. Eksplozję zarejestrowało dziewięć kamer. Każda nagrywała obraz w różnej prędkości.
Twórcy byli tak zadowoleni z otrzymanego efektu, że postanowili wykorzystać scenę w materiałach promocyjnych. Przedstawiciele Foxa byli jednak przeciwni. Wskazywali na zamach w Oklahoma City z 19 kwietnia 1995 roku, w którym zginęło 168 osób. Obawiali się, że reklamowanie filmu wysadzeniem jednego z najbardziej znanych budynków w Stanach Zjednoczonych zniechęci potencjalnych widzów. Emmerich był przeciwny, ale zaproponował, że przygotuje dwie wersje spotu - z eksplozją i bez niej. Gdy włodarze Foxa zobaczyli klip z wybuchającym Białym Domem, zadecydowali, że zostanie on zaprezentowany podczas finałów Super Bowl. Członkowie ekipy i obsady nie ukrywali ekscytacji. Goldblum zobaczył spot w czasie przyjęcia u aktora Jona Lovitza. "Pamiętam, że krzyczałem: 'to mój film, gram w nim. Co wy na to?'" - śmiał się.
Finał "Dnia Niepodległości" zmieniono na chwilę przed premierą
Chociaż od tego momentu "Dzień Niepodległości" był na ustach wszystkich, wytwórnia wciąż nie była do końca zadowolona. Wskazywała na długość filmu. Emmerich zaprosił Petera Chernina, ówczesnego szefa Foxa, do pokoju montażowego i poprosił go, by wskazał, które fragmenty wyciąć. W końcu zdecydowano się na pokazy testowe. Publiczność była zachwycona. Nie podobało jej się tylko jedno - finał.
Randy Quaid wcielał się w Russella Casse'a, samotnego ojca, który utrzymywał, że lata wcześniej został porwany przez obcych i z tego powodu był lokalnym pośmiewiskiem. W oryginalnej wersji nie dostaje on pozwolenia na udział w finałowej bitwie z kosmitami z powodu swojego uzależnienia. W finale zjawia się jednak w samolocie rolniczym z rakietą przywiązaną liną do maszyny i poświęca się, wlatując w statek obcych. Gdy widzowie testowi to zobaczyli, zaczęli się śmiać. "Nie podoba mi się ten śmiech" - szepnął wtedy Emmerich do Devlina.
Obaj zdecydowali, należy dograć nowe sceny z Quaidem. Emmerich wyliczył, że potrzebuje 16 ujęć, które zrealizuje w jeden dzień. Do premiery pozostały jednak trzy tygodnie. Przedstawiciele Foxa znów zaczęli panikować. Twórcy uważali jednak, że trzeba nagrać kilka ujęć z Quaidem w kokpicie samolotu F-16. Nowa wersja montażowa była gotowa pięć dni przed premierą filmu. Obawiano się, że nie wszystkie kopie dotrą do kin na czas.
Sequel nie powtórzył sukcesu "Dnia Niepodległości"
Ethan Hawke nie ukrywał, że żałuje, iż zrezygnował z "Dnia Niepodległości". "Następnego lata spotykałem się z dziewczyną. Wspaniała osoba. Miała rozpocząć studia. Był czwarty lipca 1996 roku, byliśmy z grupą znajomych i wszyscy chcieli iść do kina. Chcieli zobaczyć 'Dzień Niepodległości'. Ja na to: 'Ok, chodźmy, fajnie będzie zobaczyć, jak źle to wyszło'" - wspominał aktor, który rok wcześniej wyrzucił scenariusz filmu przez okno samochodu. "Poszliśmy do kina. Wszystkie bilety wyprzedane. Na ekranie Will Smith krzyczy: 'E.T. dzwoni do domu' i bije kosmitę. Publiczność jest zachwycona. Facet dostał owację na stojąco w środku filmu. A ja zapadałem się w swoim fotelu ze wstydu".
"Dzień Niepodległości" okazał się najbardziej dochodowym filmem 1996 roku. Przy budżecie wynoszącym 75 milionów dolarów zarobił na całym świecie ponad 817 milionów. W tamtym czasie więcej zarobił jedynie "Park jurajski" Stevena Spielberga. Recenzenci krytykowali miałki scenariusz i jednowymiarowe postaci. Doceniali jednak spektakl destrukcji. Ekipę techniczną wyróżniono później Oscarem za efekty specjalne i nominacją za najlepszy dźwięk.
Dzieło Emmericha uznaje się kluczowe dla chwilowego powrotu kina katastroficznego, a także przełomowe pod względem realizacji. W 2011 roku poinformowano o pracach nad kontynuacją. Reżyser i Devlin liczyli na powrót Willa Smitha. Ten szybko zażądał 50 milionów dolarów za występ. Zrezygnował po porażce "1000 lat po Ziemi", w którym wystąpił ze swoim synem. Wolał zaangażować się do "Legionu samobójców" na podstawie komiksów DC.
"Dzień Niepodległości: Odrodzenie" wszedł do kin w czerwcu 2016 roku. W przeciwieństwie do swojego poprzednika okazał się artystycznym i kasowym rozczarowaniem. Emmerich przyznał później, że powinien przerwać pracę nad filmem po rezygnacji Smitha. Po porażce "Odrodzenia" nikt nie chciał słyszeć o realizacji kolejnej części cyklu.










