"Noce i dnie": To niemal zrujnowało cały romantyzm
Czas na szczerość! Która z pań choć raz nie pomyślała, że chciałaby, żeby dla niej też jakiś elegant zbierał nenufary? Wierzcie jednak, że pobrudzony i przemoczony garnitur to najmniejszy problem tego przedsięwzięcia. Scena, w której Józef Toliboski, grany przez Karola Strasburgera, wchodzi do stawu po nenufary dla Barbary Niechcic, na zawsze zapisała się w historii kina, a niewiele brakowało, by wszystko zakończyło się katastrofą.
Przed kręceniem przygotowano aż pięć białych garniturów na zmianę. Nikt jednak nie przewidział, że w stawie roiło się od pijawek. Karol Strasburger dowiedział się o tym, gdy po raz pierwszy wszedł do wody. Nim dotarł do kwiatów, już miał pijawki pod kostiumem. Z krzykiem wyskoczył z wody, a zdjęcia trzeba było przerwać.
Przy kolejnym podejściu aktor miał na sobie - wypożyczone od strażaków - długie gumowe buty sięgające aż do bioder, które sprytnie ukryto pod kostiumem. Dopiero wtedy udało się dokończyć zdjęcia.
"Popiół i diament": Co było w środku?
Ta scena do dziś budzi piorunujące wrażenie: bufet, kilka kieliszków ze spirytusem, Maciek Chełmicki podpala zapałką kolejne, a Andrzej mówi imiona zabitych kolegów i koleżanek. Problem w tym, że tej sceny... w ogóle nie było w scenariuszu.
Pomysł na nią podsunął drugi reżyser Janusz Morgenstern. Andrzej Wajda początkowo planował zwyczajną rozmowę przy wódce i śledziach. Sam po latach przyznawał, że z sałatki śledziowej "nawet Bergman nic by nie wydusił". Ostatecznie narodził się jeden z najbardziej pamiętnych obrazów polskiej kinematografii.
Na ekranie wszystko trwa zaledwie trzy minuty, ale realizacja zajęła ponad dwa dni, a do tego trzeba było zastosować sprytny trik. Do kieliszków wlano nie spirytus, a benzynę, dzięki której płomień wyglądał efektownie.
"Kingsajz": Razem tylko na ekranie
Scena, w której bohater grany przez Jacka Chmielnika spaceruje po ciele gigantycznej Katarzyny Figury, do dziś imponuje rozmachem. Jeszcze bardziej zaskakuje jednak sposób jej realizacji, gdyż aktorzy nie tylko nie kręcili jej razem, ale robili to w odstępie... pół roku.
Najpierw w studiu w Łodzi nakręcono Katarzynę Figurę leżącą na łóżku. Dopiero pół roku później zbudowano ogromny model jej ciała ze styropianu, po którym spacerował Jacek Chmielnik. Oba obrazy połączono podczas montażu.
"Vabank": Naprawdę ledwo stał na nogach
Powiedzmy to sobie szczerze - w czasach PRL plany filmowe różniły się od współczesnych, między innymi mniejszą dyscypliną i zachowaniami dziś nie do pomyślenia. Jednym słowem - tak, często się piło. O pracy na planie "Vabanku" przez lata krążyły rozmaite legendy. Jedna z nich dotyczy niezapomnianego Duńczyka granego przez Witolda Pyrkosza.
Finałowa scena filmu rozgrywa się w restauracji, w której bohaterowie opijają sukces. Pijany Duńczyk prosi do tańca do Natalię. Świetnie gra zawianego tancerza? Niby tak, ale on nie grał, on naprawdę był pijany! Sam Witold Pyrkosz po latach przyznał, że podczas finałowych zdjęć rzeczywiście był mocno pod wpływem alkoholu.
- Tam bez przerwy byłem na bani! - wyznał kiedyś z charakterystycznym dla siebie humorem.
Reżyser Juliusz Machulski miał podobno instruować Elżbietę Zającównę, grającą Natalkę:
- Trzymaj go, trzymaj go!
Bo aktor ledwo utrzymywał równowagę podczas tańca.
"Potop": Pojedynek w strugach strażackich sikawek
Pojedynek Kmicica z Wołodyjowskim uchodzi za jeden z najlepszych pojedynków szermierczych w historii kina. Pierwotnie miał być kręcony nocą, ale Jerzy Hoffman i operator Jerzy Wójcik uznali, że widzowie niewiele zobaczą. Akcję przeniesiono więc na dzień, a dla większej dramaturgii dodano ulewny deszcz.
Na planie pracowało kilka zastępów straży pożarnej, które bez przerwy polewały aktorów wodą. Daniel Olbrychski i Tadeusz Łomnicki mieli po dwa identyczne kostiumy, aby jeden mógł schnąć, gdy drugi był używany do zdjęć.
Na dworze było jednak tak zimno, że między kolejnymi dublami aktorzy... wskakiwali do pobliskiego stawu. Jak wspominał po latach Daniel Olbrychski, woda była po prostu cieplejsza od lodowatego powietrza.
Dodatkowym problemem było wszechobecne błoto, które nie sprzyjało utrzymaniu równowagi, a przewracający się co chwila walczący to temat dobry do komedii, a nie historycznego dramatu. Dlatego do butów obu aktorów wkręcono metalowe śruby, podobne do korków piłkarskich.
Efekt przeszedł do historii. Do dziś ten pojedynek uchodzi za jedną z najlepiej zrealizowanych scen szermierczych w dziejach polskiego kina.
















