Joe Pesci unikał Macaulaya Culkina na planie. Miał ku temu sprytny powód
W filmie Harry to ten groźniejszy z Mokrych Bandytów: krótki lont, wściekłe spojrzenie, miny typu "zaraz kogoś uduszę". Joe Pesci wiedział, że jeśli między ujęciami będzie z Culkina robił kumpla, rozdawał żarty i uśmiechy, to później trudniej będzie wykrzesać autentyczną reakcję dziecka, gdy kamera ruszy. Dlatego trzymał dystans. Mały miał widzieć w nim Harry'ego, a nie sympatycznego pana z ekipy. Prosty trik, a działa do dziś, bo Culkin w scenach z bandytami naprawdę wygląda, jakby stawka była poważna, nawet jeśli za chwilę ktoś dostanie żelazkiem w głowę.
Pesci miał już wtedy renomę faceta od twardych ról. Widzowie kojarzyli go z gangsterskimi klimatami, więc jego wejście do familijnej komedii było samo w sobie dość zabawne. Tym bardziej że w "Kevinie…" musiał grać groźnego bandytę, ale takiego, którego da się pokonać puszką farby, tarantulą i oblodzonymi schodami.
Joe Pesci słynął też z ciętego języka, a "Kevin" to przecież film do oglądania z dziećmi. Krąży anegdota, że zamiast soczystych przekleństw improwizował bezpieczne zamienniki, żeby nie wymsknęło mu się coś, czego potem nie da się przykryć dzwoneczkami i świąteczną muzyką. Efekt jest świetny, widać, że Harry aż się gotuje, ale musi się gryźć w język.

Mokrych Bandytów pamięta się jako duet. To była magia
Nie da się mówić o Pescim bez Daniela Sterna. Harry i Marv działają jak klasyczna para komediowa, jeden jest szefem, drugi wiecznie wpada w tarapaty. Pesci emanował wściekłością i zachowywał kontrolę, Stern z kolei był ciamajdą i żywo reagował na wszystko, co się działo. Razem tworzyli gag za gagiem, a widz miał poczucie, że ci dwaj naprawdę są w stanie wpaść na najgorszy pomysł świata… i jeszcze się o to pokłócić.
To dzięki nim pułapki Kevina nie są tylko numerami. Podczas kręcenia jednej ze scen doszło nawet do drobnego wypadku, w którym ucierpiał palec Pesciego. I to wcale nie dziwi. Pułapki wyglądały jak kreskówka, ale na planie trzeba było je rozegrać tak, żeby wyglądały wiarygodnie. Skoki, upadki, uderzenia na centymetry, szybkie reakcje - wystarczy moment nieuwagi i robi się nieprzyjemnie.
Robert De Niro mógł być na miejscu Pesciego
W opowieściach o kulisach castingu przewija się informacja, że zanim ostatecznie padło na Joe Pesciego, rozważano też Roberta De Niro. Brzmi jak totalna alternatywna rzeczywistość: De Niro jako włamywacz w świątecznej komedii. Wyobraź sobie minę Kevina, gdy w drzwiach staje facet z energią "Taksówkarza". Albo scenę z pułapkami rozegraną z jego kamienną twarzą. To mogłoby być fascynujące, ale Pesci okazał się strzałem w dziesiątkę, bo miał idealną mieszankę: potrafił być groźny przez sekundę, a zaraz potem przejść w czysty komediowy wybuch.
I dlatego "Kevin sam w domu" wraca co roku. Oprócz choinki, śniegu i muzyki ma też świetnie dobranych ludzi - w tym Joe Pesciego, który nawet w świątecznej komedii potrafił być "tym groźnym", tylko że w wersji, którą widz ogląda z uśmiechem i z poczuciem, że bez tych dwóch bandytów Kevin miałby o połowę mniej roboty… i my o połowę mniej zabawy.
Zobacz też: Ten aktor miał zagrać Neo w "Matrixie". Ostatecznie powiedział "nie"











