Ridley Scott: ciekawe i niebanalne pomysły
Ridley Scott zawsze miał ciekawe, niebanalne pomysły, niezależnie od tego, jakim gatunkiem filmowym w danej chwili się zajmował. Pod jego skrzydłami kino science fiction sięgnęło artystycznych wyżyn ("Obcy - 8. Pasażer Nostromo", "Łowca androidów") i przez moment wydawało się nawet, że Ridley pozostanie przy tym nurcie już na resztę życia. Okazało się jednak, że z równym polotem i finezją radzi sobie z filmem sensacyjnym ("Czarny deszcz"), wojennym ("Helikopter w ogniu"), szpiegowskim ("W sieci kłamstw"), historyczno-kostiumowym ("Gladiator")...
Co jakiś czas jednak wraca do fantastyki (jego "Marsjanin", o czym przypominam z przyjemnością, zdobył dwa Złote Globy, w tym dla najlepszego filmu!). Zupełnie jakby tam, wśród wizji odległej przyszłości, czuł się najlepiej. Teraz właśnie mamy do czynienia z kolejnym powrotem na stare śmieci, na ekrany kin wchodzi bowiem "Gwiazdozbiór Psa", w którym Ridley Scott opowiada o świecie wyniszczonym przez tajemniczą pandemię.
Od razu pragnę uciszyć malkontentów gotowych przypisywać reżyserowi chęć zbicia kapitału na prawdziwej, tragicznej epidemii, którą wszyscy ciągle jeszcze mamy w pamięci. "Gwiazdozbiór Psa" jest adaptacją powieści napisanej w 2012 roku, kiedy jeszcze nikt nie miał pojęcia, że istnieje takie słowo, jak "koronawirus".
Poeta kina? Potrafi dosadnie powiedzieć, co myśli
Za każdym razem, gdy oglądam filmy Ridleya, uderza mnie ogromna dbałość o ich urodę wizualną. Każda jego produkcja to prawdziwa uczta dla oczu! Nic w tym dziwnego, reżyser ma wszak wykształcenie plastyczne, a wszystkie kadry komponuje sam. Przed rozpoczęciem zdjęć żmudnie rozrysowuje na papierze storyboardy (ciekawostka: Ridley Scott jest leworęczny), dzięki czemu w trakcie pracy na planie doskonale wie, jaki efekt pragnie uzyskać. Sam o swoim talencie wypowiada się raczej powściągliwie: "Nie nadawałem się do nauki, więc jedyne, co mi pozostało, to szkoła plastyczna".
Pamiętam, że po obejrzeniu "Łowcy androidów" i "Legendy" wyobrażałam sobie Ridleya trochę jako lirycznego artystę, bujającego w obłokach pięknoducha. Jego wrażliwość na piękno w połączeniu z poetyckim stylem filmowania nasunęły mi taki właśnie, a nie inny obraz. Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy poznałam go osobiście i zobaczyłam stąpającego twardo po ziemi, kanciastego faceta o ognistym temperamencie i niewyparzonej gębie! Przypominał raczej krewkiego drwala, który tuż po wykarczowaniu połowy lasu zaszedł do pubu szukać zaczepki, niż subtelnego marzyciela z moich wizji.
I do dziś uszy mi więdną, gdy przypominam sobie niektóre jego wypowiedzi: "Niektórzy mówią, że w moich filmach przywiązuję zbyt wielką wagę do obrazu. A ja się pytam, o co wam, k…, chodzi?". Albo: "Słyszałem kiedyś, że najlepsza muzyka filmowa to taka, której nie słychać. G… prawda!". Ewentualnie: "Mój 'Dobry rok' zebrał fatalne recenzje i zrobił klapę. Pie… to. Uważam, że to dobry film". Oj! Nie jest to język, którym zazwyczaj posługują się poeci kina.
Russell Crowe i burzliwa wymiana zdań. Leonardo DiCaprio był przerażony
Czy można się dziwić, że na planie u Ridleya Scotta atmosfera bywa gorąca, a czasami nawet dochodzi do punktu wrzenia? Leonardo DiCaprio, który w filmie "W sieci kłamstw" grał jedną z głównych ról, był przerażony, gdy trafił w sam środek burzliwej wymiany zdań między zapalczywym reżyserem a Russellem Crowe, który też przecież nie daje sobie w kaszę dmuchać. Wzięty w dwa ognie Leo zaczął przedrzeźniać jednego i drugiego, dzięki czemu udało mu się w końcu rozładować napięcie. Gdy spytałam Ridleya o ten incydent, odparł, że nie było to nic wielkiego. Obaj z Russellem znają się jak łyse konie i cały czas kłócą się jak stare małżeństwo, zawsze jednak prędzej czy później się godzą.
Być może właśnie dlatego Ridley Scott lubi mieć wokół siebie stałych współpracowników, którzy znają jego temperament i nie obrażają się z powodu częstych wybuchów. Co ciekawe - i co odnotowuję z uśmiechem na twarzy - artysta wyjątkowo życzliwie wypowiada się o polskich operatorach.

Ridley Scott i polscy operatorzy: Dariusz Wolski i Sławomir Idziak
Jednym z jego ulubieńców jest Dariusz Wolski, który pracował aż przy dziewięciu filmach Scotta. "Cenię go za to, że wytrzymuje ze mną - mówi reżyser trochę żartem, potem jednak poważnieje. - Mój styl pracy obejmuje kręcenie scen wieloma kamerami naraz. Zaczynałem od dwóch, potem przeszedłem do czterech, teraz zdarza się, że używam sześciu czy nawet ośmiu. Zapanowanie nad tym wszystkim jest piekielnie trudne, zdarzało się, że operatorzy mi odmawiali. Tymczasem Dariusz doskonale radzi sobie ze wszystkim. Nie muszę mu mówić, co ma robić, bo sam świetnie to wie. A do tego jeszcze pracuje pod ogromną presją, bo przez cały czas ma mnie na karku".
Ridley nie szczędzi pochwał także Sławomirowi Idziakowi, z którym nakręcił "Helikopter w ogniu": "Zadzwoniłem do niego, zaczęliśmy rozmawiać. Zapytałem, jak określiłby swój charakter. Odpowiedział: Wybuchowy. Ja na to: Świetnie! I o to chodzi!". Można powiedzieć, że trafił swój na swego. Od reżysera usłyszałam również deklarację: "Bardzo chętnie nakręciłbym jeszcze jakiś film ze Sławomirem, jest tylko jeden problem. Ja uwielbiam plenery w ciepłych krajach, a Sław ich nienawidzi. To jest facet, który uwielbia, jak deszcz mu kapie na głowę. Serio! Ale może znajdziemy kiedyś jakiś projekt, który nas pogodzi".
Ridley Scott i Tony Scott: pasji kręcenia filmów poświęcili całe życie
I pomyśleć, że człowiek, który jeździ po całym świecie, kręcąc filmy za grube miliony dolarów, zaczynał od amatorskiej, czarno-białej etiudy, która kosztowała 65 funtów. Rzecz nosi tytuł "Chłopiec i jego rower" i powstała w 1960 roku. Jedynym aktorem - oraz, jak to wytwornie określa Ridley, "głównym transporterem ekwipunku" - był jego młodszy brat, Tony Scott, który miał wówczas 15 lat i zgodnie z tytułem po prostu jeździł przed kamerą na rowerze. Realizacja tego projektu pochłonęła aż sześć tygodni. "Zepsułem biedakowi wakacje - wspomina reżyser - ale pod koniec nawet nabrał entuzjazmu. Myślę, że to właśnie wtedy narodziła się nasza wspólna pasja kręcenia filmów, której poświęciliśmy całe życie".
No właśnie, Tony… Wiem, że powinnam skupić się na Ridleyu, ale nie mogę, zwyczajnie nie mogę pominąć milczeniem jego brata, którego darzyłam ogromną sympatią. O ile starszy z panów Scottów słynie z trudnego charakteru, o tyle młodszy był po prostu przeuroczy. Pogodny, uśmiechnięty brat łata w nieodłącznej różowej czapeczce z daszkiem. Podczas naszych rozmów w Hollywood obejmował mnie serdecznie i zawsze znajdował sposób, żeby przy tej okazji zafundować mi buziaka w policzek! W wydaniu kogo innego mogłoby to wyglądać niezręcznie, ale na Tony'ego nie byłam w stanie się gniewać.

Wydawał się nie przejmować tym, że tkwił troszeczkę w cieniu Ridleya. "Jego filmy są jak pomniki dla potomności. Moje są jak rock and roll" - mawiał. I moim zdaniem nie miał czego się wstydzić! "Top Gun", "Prawdziwy romans", "Wróg publiczny", "Zawód: szpieg" czy "Człowiek w ogniu" to tytuły, które nawet dziś, po latach doskonale się ogląda. Aby oddać hołd pamięci Tony'ego, przytoczę dwie anegdoty, które znakomicie charakteryzują jego podejście do pracy.
Tony Scott: gdy przystępował do pracy, angażował się całym sobą
W Hollywood nazywano go "Mr. Realism", ponieważ zmuszał aktorów, by stawiali się w sytuacji filmowych postaci tak wiernie, na ile tylko było to możliwe. W jednej ze scen "Wroga publicznego" główny bohater uciekał na bosaka przed ścigającymi go agentami NSA. Grający go Will Smith stawił się na planie w wygodnych butach, po czym usłyszał od Tony'ego, że ma je ściągnąć i przebiec boso po szorstkim betonie. Zaprotestował, argumentując, że przecież jego stopy nie znajdą się w kadrze. Tony odparł: "Ale znajdzie się twoja twarz, a po niej będzie widać, czy biegniesz na bosaka, czy nie".
Gdy przystępował do pracy, angażował się całym sobą. Do tego stopnia, że całkowicie tracił z oczu cudze dokonania - i tego właśnie dotyczy druga opowieść. W Hollywood, zanim film trafi do kin, organizuje się próbne pokazy, podczas których badane są reakcje publiczności. Czasem na tej podstawie podejmuje się decyzje o skrótach, o przemontowaniu filmu, itp. Gdy tej procedurze poddany został dreszczowiec Tony'ego Scotta "Déjà vu", wyszło na jaw coś dziwnego.
Podczas jednej ze scen widzowie wybuchali gromkim śmiechem. Tony zaniepokoił się, ponieważ nie była to oczekiwana reakcja. Wprost przeciwnie: był to emocjonujący moment, w którym agent rządowy grany przez Denzela Washingtona widzi na ekranie twarz poszukiwanego terrorysty. I mówi z przejęciem: "Jezu Chryste". Rzecz w tym, że zbrodniarza zagrał Jim Caviezel, który zaledwie dwa lata wcześniej wcielił się w Jezusa w głośnej "Pasji" Mela Gibsona. Tony naprawdę nie miał o tym pojęcia! Gdy sprawa się wyjaśniła, czym prędzej usunął problematyczny fragment z filmu.

Tragiczny finał życia młodszego z braci Scottów
Niestety, historia młodszego z braci Scottów ma tragiczny finał. W sierpniu 2012 roku Tony odebrał sobie życie, rzucając się z mostu. Dosłownie kilka dni temu minęła rocznica… Wciąż nie wiadomo, co popchnęło go do tego kroku - przynajmniej oficjalnie. Według Ridleya nie miał już sił, by zmagać się z nowotworem. Czy rzeczywiście to był powód? Tego nigdy się nie dowiemy.
Z trójki rodzeństwa (najstarszy z braci, Frank, odszedł w 1980 roku) pozostał tylko Ridley Scott. W listopadzie skończy 89 lat, a także, niejako w ramach urodzinowego prezentu, odbierze honorowego Oscara za całokształt dorobku artystycznego. Aż trudno uwierzyć, że to pierwsza w jego życiu złota statuetka! Wcześniej nominowano go aż cztery razy, ale musiał obejść się smakiem. Gdy dowiedział się, że Akademia Filmowa nareszcie doceniła jego starania, stwierdził w charakterystycznym dla siebie stylu: "Najwyższa pora".
Czy Ridley Scott wybiera się na emeryturę? Lepiej go o to nie pytać!
Czy w związku z zaawansowanym wiekiem nie myśli już o emeryturze? Z góry uprzedzam: lepiej nie zadawać takiego pytania, jeśli nie chcemy, by skupił się na nas gniew Ridleya. Reżyser nienawidzi słowa "emerytura", wręcz brzydzi się nim. Jest nieuleczalnym pracoholikiem, a jego kalendarz jest wypełniony projektami z kilkuletnim wyprzedzeniem.
Po "Gwiazdozbiorze Psa" pojawi się adaptacja "Wyspy skarbów" z Hugh Jackmanem, potem być może kolejna część "Gladiatora", słychać też zapowiedzi biografii grupy Bee Gees… Nie mam pojęcia, kiedy on znajdzie na to czas! On chyba też. "Aktor może nakręcić w ciągu jednego roku cztery filmy, a ja nie. I to mnie wkurza" - twierdzi z przejęciem.
Czy człowiek, który stworzył "Łowcę androidów" i "Gladiatora", może uważać się za twórcę spełnionego? Z pewnością. Ridley Scott mógłby obdzielić swoimi sukcesami kilkunastu kolegów po fachu i jeszcze sporo zostałoby dla niego. Ja jednak uważam, że jego dorobek jest wciąż niekompletny. Nadal brakuje w nim niezwykle istotnego składnika. A skąd to przekonanie? Już wyjaśniam.
Swego czasu reżyser zwierzył mi się: "Cały czas chodzi mi po głowie jedno niezrealizowane marzenie. Chciałbym kiedyś nakręcić western". Mało nie krzyknęłam wtedy z radości. Ależ to jest ekscytująca myśl! Każdy, kto zna mój sentyment do tego gatunku kina, wie, że na żaden film Ridleya nie czekałabym tak bardzo, jak właśnie na ten!
Dopiero wtedy, gdy Scott wybierze się z kamerą na Dziki Zachód, będę mogła mu powiedzieć: "No dobrze, teraz osiągnąłeś już wszystko". Skoro w tym roku artysta otrzyma Oscara, na którego czekał przez długie, długie lata, to może i ten odkładany tyle czasu zamiar niedługo się spełni? Pomarzyć dobra rzecz, ale czyż kino nie jest właśnie domeną marzycieli?
Yola Czaderska-Hayek, Hollywood, 28.08.2026












