Marilyn Monroe: fenomen tej niezwykłej gwiazdy
Fenomen tej niezwykłej gwiazdy z zadziwiającą skutecznością opiera się upływowi czasu. Mody, trendy i fascynacje kolejnych pokoleń widzów zmieniają się jak w kalejdoskopie, tymczasem Marilyn - lub MM, jak ją również niegdyś nazywano - wciąż króluje na piedestale jako jedna z największych ikon Hollywood, a kto wie, czy w ogóle nie największa spośród nich. A przecież w tym roku już za chwilę, bo 1 czerwca, obchodzić będziemy setną (dosłownie: setną!) rocznicę jej urodzin.
Przeliczmy to sobie: Marilyn przyszła na świat zaledwie cztery lata po Judy Garland i Doris Day, trzy lata przed Grace Kelly i Audrey Hepburn oraz sześć lat przed Elizabeth Taylor. Wydaje się, i to nie bez powodu, że to odległa, bezpowrotnie miniona epoka. A mimo to w jakiś niepojęty sposób łatwo ujrzeć w MM całkiem współczesną dziewczynę, która jest nam po ludzku bliska. Gdy patrzymy na inne gwiazdy starego Hollywood, widzimy pomniki ich sławy, przed którymi wypada pochylić nisko głowę. W Marilyn Monroe dostrzegamy przede wszystkim człowieka. Choć na dobrą sprawę całe jej życie, a przynajmniej ta część, o której wiemy, stanowiło jedną wielką kreację.
Wspomniałam przed chwilą, że zbliża się wielkimi krokami stulecie urodzin MM. Ale przecież to nie do końca prawda. Ponieważ 1 czerwca 1926 roku w Los Angeles przyszła na świat zupełnie inna osoba: Norma Jeane Mortenson. Marilyn Monroe zaistniała dopiero dwadzieścia lat później.
Spróbujmy sobie wyobrazić, że czytamy jej życiorys, nie mając pojęcia, o kogo chodzi: "Nigdy nie dowiedziała się, kto był jej ojcem. Gdy miała sześć lat, jej niezrównoważona psychicznie matka trafiła do zakładu zamkniętego. Dziewczynka wychowywała się najpierw u przyjaciół matki, gdzie prawdopodobnie została wykorzystana, a potem trafiła do sierocińca. Aby zapewnić sobie stamtąd ucieczkę, w wieku szesnastu lat wyszła za mąż. Był to pozbawiony miłości związek, który rozpadł się po czterech latach. Aby zarobić na życie jako modelka, pozowała do rozbieranych zdjęć".
Ta biografia zdecydowanie nie kojarzy się z otoczoną luksusem gwiazdą filmową, która śpiewa o tym, że diamenty to najlepsi przyjaciele dziewczyny, prawda? Pozwala jednak zrozumieć problemy, jakie gnębiły Marilyn przez całe życie, nawet już po zdobyciu sławy.
Aktorka cierpiała z powodu licznych kompleksów, była chorobliwie nieśmiała, a do tego pod wpływem stresu zaczynała się jąkać. Co gorsza, burzliwe przejścia z dzieciństwa wywarły znaczny wpływ na jej problemy uczuciowe. MM zakochiwała się w niewłaściwych mężczyznach, a czasami po prostu wikłała się w przypadkowe przygody, które trudno nawet nazwać związkami. Dołóżmy do tego dwa kolejne, nieudane małżeństwa, najpierw z baseballistą Joem DiMaggio, potem z pisarzem Arthurem Millerem, a otrzymamy wyjątkowo przygnębiający obraz, stojący w jaskrawym kontraście z komediowymi rolami wiecznie uśmiechniętej, zmysłowej blondynki.
"Z jednej strony mamy ikonę Hollywood uwielbianą w jednakowym stopniu przez mężczyzn i kobiety, a z drugiej - kobietę samotną, nieszczęśliwą, dręczoną traumatycznymi przeżyciami. Dla mnie sam fakt, że nigdy nie udało jej się wyzwolić z tych wszystkich koszmarów, to zbrodnia w biały dzień" - wyznał mi kilka lat temu Adrien Brody, który zadeklarował się jako dozgonny wielbiciel MM. Jak na ironię, w biograficznym filmie "Blondynka" zagrał Arthura Millera, który jak mało kto przyczynił się do pogłębienia psychicznych urazów aktorki.
Najpierw była Norma Jeane Mortenson, potem narodziła się Marilyn Monroe
Kiedy właściwie Norma Jeane przerodziła się w Marilyn Monroe? Stało się to, gdy miała dwadzieścia lat i zwrócił na nią uwagę Ben Lyon, producent z wytwórni 20th Century Fox. Uznał, że dziewczynie potrzebny jest efektowny, chwytliwy pseudonim. Imię Marilyn wymyślił sam, a Monroe podsunęła ona. Było to panieńskie nazwisko jej matki. Po zmianie fryzury i koloru włosów oraz kilka operacjach plastycznych metamorfoza była niemal kompletna. Niemal - ponieważ dopiero dekadę później gwiazda oficjalnie zmieniła tożsamość na Marilyn Monroe.
Staram się wniknąć myślami w tę sytuację i prawdę mówiąc, przychodzi mi to z trudem. Przez całe życie, bez względu na wszystko, zawsze byłam sobą i nie wyobrażam sobie, by komukolwiek udało się zmusić mnie do udawania kogoś, kim nie jestem. Tymczasem Marilyn musiała grać przez dwadzieścia cztery godziny na dobę! Na planie wcielała się w kolejne uwodzicielskie seksbomby, a poza pracą pielęgnowała starannie wykreowany wizerunek gwiazdy.
Mogę się tylko domyślać, jakim upokorzeniem była dla niej konieczność nieustannego odgrywania głupiutkiej blondyneczki, której jedyny atut stanowiła uroda połączona z ogromnym seksapilem. Mowa przecież o aktorce, która pochłaniała powieści Jamesa Joyce'a i Tomasza Manna, a jej księgozbiór liczył kilkaset pozycji! Niestety, Marilyn trafiła na czasy, w których kierowane do kobiety słowa: "Nie zaprzątaj sobie tym swojej ślicznej główki" uchodziły za naturalne i w nikim nie budziły oburzenia.

Wielokrotnie próbowała udowodnić, że jest kimś więcej niż tylko symbolem seksu. I kilka razy nawet jej się to udawało - choćby w "Przystanku autobusowym" czy "Skłóconych z życiem" - cóż jednak z tego, skoro zarówno producenci, jak i widzowie chcieli ją widzieć wciąż w tej samej roli. Gdy na planie filmu "Książę i aktoreczka" MM poznała legendarnego brytyjskiego aktora, Laurence'a Oliviera, ten zwrócił się do niej protekcjonalnie: "Musisz tylko wyglądać seksownie, nic więcej". Odebrała to jak policzek.
Zawiedli ją nawet mężczyźni, na których liczyła najbardziej
O pierwszym mężu wspomniałam wcześniej zaledwie mimochodem, ponieważ James Dougherty nie odegrał żadnej istotnej roli w jej życiu. Marilyn, wspominając po latach ten związek, napomknęła jedynie, że "umierała z nudów". Małżonek, z zawodu policjant o dość konserwatywnym usposobieniu, uważał zapewne, że przytrafiła mu się efektowna żona, której szczytem aspiracji powinno być prowadzenie domu. I gdy okazało się, że zamiast tego marzyła ona o pracy modelki, nie chciał o tym słyszeć. Rozstanie więc było tylko kwestią czasu.
Jeszcze gorzej ułożyła się relacja z Joem DiMaggio. Zazdrosny sportowiec o krewkim temperamencie być może na swój sposób kochał Marilyn, ale chciał kontrolować jej karierę i nie podobało mu się, gdy przed kamerą czy aparatem fotograficznym odsłaniała zbyt wiele. A gdy był niezadowolony, dawał temu wyraz tylko w jeden sposób, puszczając pięści w ruch. Rozwód nastąpił po dziewięciu miesiącach.
Trzecie i ostatnie małżeństwo, które miało stanowić wytchnienie po uczuciowych perturbacjach, okazało się dla aktorki chyba największym koszmarem. Owszem, dramaturg Arthur Miller był w niej do szaleństwa zakochany, przynajmniej w początkowej fazie ich związku, ale nie ukrywał, że interesowała go głównie jej zmysłowość. Na temat walorów intelektualnych Marilyn nie miał zbyt wiele dobrego do powiedzenia. Był również człowiekiem skupionym wyłącznie na sobie. Gdy doszedł do wniosku, że małżeństwo z hollywoodzką seksbombą okazało się niekorzystne dla jego publicznego wizerunku, postanowił je zakończyć. A jako pożegnalny "prezent" napisał dla MM scenariusz filmu "Skłóceni z życiem", w którym zawarł wiele szczegółów z ich prywatnego życia. Widzowie może nie mieli o tym pojęcia, ale Marilyn był to wyjątkowo bolesny cios.
Czy można się dziwić, że aktorka wpadła w uzależnienie od środków uspokajających i przeciwbólowych? W połączeniu z jej rozlicznymi kompleksami i pogłębiającymi się wahaniami nastrojów powstała mieszanka zabójcza dla jej kariery. MM notorycznie spóźniała się na plan, zapominała kwestii, domagała się niezliczonych dubli, a w Hollywood coraz mniej osób chciało z nią pracować.
Improwizowała przed kamerą. Skoro nie była w stanie zapamiętać kwestii, wymyślała własne
Na planie wspomnianej już komedii Billy'ego Wildera "Pół żartem, pół serio" aktorom i ekipie wyjątkowo dało się we znaki chimeryczne zachowanie gwiazdy. Do historii przeszła gorzka wypowiedź Tony'ego Curtisa: "Czułem się jakbym całował Hitlera", sam reżyser zaś podsumował współpracę z MM w typowy dla siebie, pełen sarkastycznego humoru sposób: "To nie sztuka nauczyć się swoich kwestii i przyjść na plan. Sztuką jest nie umieć kwestii w ogóle, a mimo to zagrać jak trzeba".
Ponieważ znałam bardzo dobrze Billy'ego Wildera, zwykle udawało mi się bez większego trudu zachęcać go do opowieści o dawnych czasach w Hollywood. Spotykaliśmy się w jego biurze położonym przy bulwarze Little Santa Monica. Gdy pojawiłam się tam pierwszy raz, uderzyło mnie, że jak na reżysera tej rangi było to bardzo skromnie wyposażone pomieszczenie. Centralny element stanowiła wysłużona maszyna do pisania na biurku (Billy powiedział mi kiedyś, że napisał na niej wszystkie scenariusze), a za jedyny przejaw ekstrawagancji mogły uchodzić ustawione na półce Oscary.
Oczywiście nie oparłam się pokusie i zapytałam, jak wspomina pracę z Marilyn Monroe. Westchnął ciężko, zupełnie jakbym poruszyła jakiś trudny i bolesny temat. Po czym stwierdził: "Była wyjątkowo niezdyscyplinowana. Nie przestrzegała żadnych terminów. Nikt inny nie przyprawił mnie nigdy o równie dokuczliwy ból głowy". Po chwili dodał: "A przy tym wszystkim była wyjątkowo inteligentną osobą obdarzoną olbrzymim talentem komediowym. I jak mało kto umiała improwizować przed kamerą. Skoro nie była w stanie zapamiętać kwestii ze scenariusza, to wymyślała własne". Billy uśmiechnął się do własnych wspomnień. I podejrzewam, że w tamtej chwili gotów był oddać naprawdę wiele, by Marilyn nadal żyła i mogła występować w jego filmach.
Tragiczna, przedwczesna śmierć Marilyn Monroe stanowi część jej legendy
Tragiczna, przedwczesna śmierć gwiazdy Hollywood stanowi część jej legendy w jednakowym stopniu, co naznaczone bólem i rozczarowaniem życie. Marilyn Monroe zmarła w nocy z 4 na 5 sierpnia 1962 roku. Jako oficjalną przyczynę podano przedawkowanie leków. Wokół zgonu MM narosło mnóstwo teorii spiskowych - po części dlatego, że odejście uwielbianej aktorki stanowiło wydarzenie zbyt szokujące, by złożyć je na karb zwykłego nieszczęścia. Marilyn miała przecież zaledwie 36 lat! Szeptano po kątach, jakoby zabiła ją mafia, może komuniści albo CIA, ewentualnie któryś z braci Kennedych: John albo Robert… Nigdy jednak nie znaleziono dowodów na to, że ktokolwiek targnął się na jej życie. Nie można natomiast wykluczyć, że sama postanowiła ze sobą skończyć i tamtej fatalnej nocy celowo zażyła zbyt wiele tabletek.
Odeszła jako młoda, wciąż piękna i uwodzicielska kobieta znajdująca się u szczytu sławy. Stała się symbolem Hollywood pomimo tego, że Hollywood nie poznał się na jej talencie. Przez dwadzieścia lat była Normą Jeane, a przez szesnaście - Marilyn Monroe. O tej pierwszej mało kto zwykle pamięta, tę drugą zaś hołubią we wspomnieniach kinomani na całym świecie.
Trzydzieści lat po jej śmierci Robert Zemeckis nakręcił komedię "Ze śmiercią jej do twarzy", w której ma miejsce niezwykła scena. Oto w posiadłości tajemniczej czarodziejki, dysponującej eliksirem wiecznej młodości, pojawiają się na przyjęciu doskonale znane widzom gwiazdy, które odeszły zdecydowanie zbyt wcześnie: Greta Garbo, James Dean, Jim Morrison, Andy Warhol… I jest też wśród nich Marilyn Monroe. Wszyscy oni - zdaje się sugerować reżyser - upozorowali tylko swoją śmierć, a tak naprawdę żyją nadal, wciąż młodzi, wciąż piękni i nareszcie szczęśliwi, wolni od presji artystycznego świata.
Przyjemnie byłoby pofantazjować, że MM wyzwoliła się od gnębiących ją trosk, choć z drugiej strony zastanawiam się, jakiej odpowiedzi mogłaby udzielić, gdyby zapytano ją o to, czy czuje się spełniona jako artystka. Czy jest zadowolona z dziedzictwa, jakie po sobie pozostawiła.
"Kariera to wspaniała rzecz, ale nie można się do niej przytulić"
To oczywiście tylko marzenia inspirowane filmową fikcją. Gdy wracam do rzeczywistości, myślę o pewnej wypowiedzi MM, która moim zdaniem stanowi najdoskonalszą ilustrację jej krótkiego życia. Marilyn powiedziała: "Kariera to wspaniała rzecz, ale nie można się do niej przytulić, kiedy w nocy dokucza chłód".
Gdy 1 czerwca będziemy świętować stulecie jej urodzin, miejmy na uwadze te słowa. Gwiazda, która śpiewała "I wanna be loved by you", po prostu chciała być kochana. I choć miała świat u stóp, tego marzenia nie udało jej się spełnić.
Yola Czaderska-Hayek, Hollywood, 29.05.2026














