Trudne początki i marzenie o Hollywood
Wizja Brada jako atrakcyjnej panny opędzającej się od zalotników z pewnością może podziałać na wyobraźnię, zostawmy ją jednak na boku. Znacznie istotniejsze w tej deklaracji wydaje mi się to, że znakomicie podsumowuje ona emocje człowieka, który marzył o tym, by zostać gwiazdą kina, a gdy to osiągnął, przekonał się, że nie wszystko wygląda tak, jak sobie wyobrażał.
Co do kwestii, że Brad Pitt to dziś jedno z największych nazwisk w Hollywood, nie ma w ogóle dyskusji. Można wręcz powiedzieć, że przystojny aktor o zniewalającym uśmiechu jest wizytówką Fabryki Snów! Kręci film za filmem, odnosi sukcesy, zgarnia nagrody, a upływ czasu w żaden sposób nie wyhamował jego kariery. Najnowsza produkcja Brada, "W sercu dziczy", wchodzi do kin już 25 września, a pod koniec roku zobaczymy go ponownie w roli nieokrzesanego kaskadera Cliffa Bootha w kontynuacji filmu "Pewnego razu… w Hollywood" (z tą różnicą, że zamiast Quentina Tarantino za kamerą stanął David Fincher). Niestety, prawdziwe również będzie stwierdzenie, że pozaekranowe życie gwiazdora niewiele ma wspólnego z wymarzonym ideałem. I szczerze mówiąc, mam wrażenie, że rzadko kiedy miało.
Wychował się na głębokiej prowincji w Oklahomie, w rodzinie, która doświadczyła ogromnej biedy. Styl życia w wielkim mieście pokroju Nowego Jorku czy Los Angeles był dla niego czymś egzotycznym, wręcz niemożliwym do wyobrażenia. I tak by pewnie pozostało, gdyby nie kino. To właśnie na wielkim ekranie mały Brad zobaczył inny, piękniejszy świat. Sam przyznał kiedyś w rozmowie ze mną, że niemałym szokiem była dla niego na przykład "Gorączka sobotniej nocy": "Nie miałem pojęcia, że ludzie mogą korzystać z życia w taki sposób". Ziarno zostało zasiane - przyszły gwiazdor Hollywoodu zaczął marzyć o wyjeździe do Miasta Aniołów. "Myślałem sobie: 'Jaka szkoda, że nie mieszkam w Los Angeles. Mógłbym występować w filmach'. I którejś nocy przyszło mi do głowy: 'Zaraz, przecież mogę się tam po prostu przeprowadzić'. W ciągu kilku dni zebrałem pieniądze, otwiera się w nowym oknie na podróż, zapakowałem swoje rzeczy do samochodu i ruszyłem do L.A. Tak to wyglądało". Rzecz w tym, że pomysł przeprowadzki przyszedł Bradowi do głowy dosłownie na tydzień przed ukończeniem studiów dziennikarskich na Uniwersytecie w Missouri. I młody człowiek tak się do niego zapalił, że nie miał ochoty czekać. "Nie poszedłem nawet na ostatnie zajęcia, przez co nie ukończyłem studiów. Dlatego nie mam dzisiaj pełnego wykształcenia" - oznajmił mi Brad z rozbrajającą szczerością.
Swoją drogą, myślę, że słowo "rozbrajające" ma szerokie zastosowanie w przypadku tego przystojniaka. Trudno mi się na niego gniewać, nawet gdy znowu wda się w jakiś dziwny związek, o którym natychmiast robi się głośno w mediach. Czasem mam ochotę solidnie zmyć mu głowę, ale natychmiast o tym zapominam, kiedy widzę ten jego szeroki uśmiech, szczególnie w połączeniu ze spojrzeniem pięknych niebieskich oczu, za którym kryje się… wrażliwość? Niepewność? Prośba: "Tylko nie zrób mi krzywdy"? Brad Pitt to prawdziwy męski fenomen: wzdychają do niego kobiety na całym świecie, a on w bezpośrednim kontakcie sprawia wrażenie, jakby zupełnie nie miał o tym pojęcia. Może dlatego, że doskonale wie, jak to jest, kiedy ktoś złamie mu serce?
Bezsenna noc w Budapeszcie
Pod koniec lat 80. Brad był zaręczony z Jill Schoelen, aktorką, o której świat dziś już chyba zapomniał. Wydawało się, że hucznego ślubu tylko patrzeć. I wtedy ona pojechała na Węgry na plan filmowy. Stamtąd po kilku dniach zadzwoniła do Brada z płaczem: "Czuję się taka samotna, przyjedź". A co było dalej, niech opowie on sam:
"W tamtych czasach miałem na koncie 800 dolarów. A bilet na samolot z Los Angeles do Budapesztu kosztował 600. Ale co tam! Oczywiście przyleciałem, jak mogłem najszybciej. Pojawiłem się na planie, po czym poszliśmy na kolację. I wtedy ona oświadczyła, że zakochała się w reżyserze filmu, nad którym pracowała. Byłem w takim szoku, że powiedziałem tylko: "To ja spadam". Spędziłem bezsenną noc w Budapeszcie, siedząc na ławce na dworcu kolejowym, paląc papierosy, a za jedyne towarzystwo miałem miejscowego menela, który nie mówił nawet słowa po angielsku".
Podejrzewam, że wtedy nie było mu do śmiechu, ale zaręczam, że gdy po latach Brad opowiadał mi tę historię, brzmiała ona jak najlepszy dowcip. Szczególnie dalszy ciąg:
"Kiedy tak już siedziałem na stacji, przyszedł mi do głowy pomysł: a gdyby odwiedzić znajomych w byłej Jugosławii? Po długich poszukiwaniach udało mi się znaleźć kogoś, kto znał angielski i wskazał mi odpowiedni pociąg. Zapytałem konduktora, czy na pewno dojedziemy do Belgradu. Powtórzyłem pytanie kilka razy, żeby się upewnić. Odpowiadał tylko: 'Yes, yes'. Po czym okazało się, że wagony stały na bocznicy, bo pociąg dawno skończył bieg" - wspominał.
No cóż, jak pech, to pech. Wiem, że nie wypada śmiać się z cudzego nieszczęścia, ale słysząc tę opowieść z ust Brada, nie mogłam się powstrzymać. Mam nadzieję, że mi to kiedyś wybaczy.
"Do Ameryki wróciłem kompletnie spłukany" - wyznał na sam koniec. - "I za każdym razem, kiedy czuję, że sława może przewrócić mi w głowie, przypominam sobie tamtą noc. To pomaga nabrać do siebie dystansu".
Ze sławą mu nie po drodze
Mimo trudnych początków nie załamał rąk i pracowicie, krok po kroku, pracował na to, by wyrobić sobie markę w Hollywood. Zaczynał od skromnych rólek w telewizji, pojawił się m.in. w serialu "21 Jump Street", na planie którego zaprzyjaźnił się z grającym główną postać Johnnym Deppem. I powoli, wytrwale torował sobie drogę na wielki ekran. Być może pomogło mu właśnie to, że mimo przeprowadzki do wielkiego miasta pozostał w głębi duszy prostym chłopakiem z Oklahomy? Kiedy go o to zapytałam, odpowiedział: "Mam wrażenie, że odziedziczyłem po ojcu takie pionierskie podejście do życia, w stylu dawnych osadników, którzy nie bacząc na trudności, znajdowali teren, na którym budowali dom, a potem bronili swojej ziemi bez względu na wszystko. Wszędzie wypatrywali zagrożenia, byli nieustannie czujni i nastawieni na to, by w razie potrzeby chronić najbliższych. Takie właśnie nastawienie mam w genach: bronić swojego miejsca na ziemi, a przede wszystkich ochraniać tych, którzy są mi bliscy".
To ostatnie zdanie brzmi dość niezręcznie w kontekście pojawiających się obecnie doniesień na temat rodzinnych problemów Brada. Dodam więc dla formalności, że przytoczona przeze mnie rozmowa odbyła się parę ładnych lat temu, kiedy jeszcze publiczny wizerunek aktora nie poniósł takiego uszczerbku jak ma to miejsce obecnie. Owszem, Brad był już oficjalnie po rozwodzie z Angeliną Jolie, ale wtedy jeszcze mogło się wydawać, że przynajmniej z dziećmi - a mieli ich, przypominam, sześcioro! - łączą go dobre relacje. Obecnie media rozpisują się o tym, że wszystkie latorośle po wejściu w dorosłość złożyły do sądu wnioski o usunięcie ostatniego członu z ich podwójnego nazwiska: Jolie-Pitt. Brad nie chce komentować tej sytuacji. Mówi tylko: "Moje życie prywatne bez przerwy trafia na pierwsze strony gazet… A przynajmniej jakaś jego wersja". Kolejny dowód na to, że ze sławą nie zawsze bywa mu po drodze.
Czy niedoszły absolwent dziennikarstwa nie żałuje decyzji o wyborze zawodu? Czasami wymykają mu się wypowiedzi, które świadczą o tym, że aktorstwa nie traktuje z przesadną powagą. Na przykład: "Chciałbym pozostawić po sobie coś konkretnego, co wymagałoby pracy własnych rąk". Albo: "Czuję się bardzo nieswojo, kiedy podczas wywiadu ktoś mnie pyta, co myślę na przykład o sytuacji w Chinach i Tybecie. Co kogo obchodzi, co ja o tym myślę? Moje zdanie nie ma znaczenia! Nie jestem ekspertem ani politykiem. Jestem, do jasnej cholery, aktorem! Dają mi scenariusz i gram, to wszystko. Jeśli sprowadzić ten zawód do absolutnych podstaw, to wyjdzie na to, że jestem dorosłym facetem, który bawi się w przebieranki".
Jeśli więc nie aktorstwo, to co? Pamiętam, że kiedyś Brad był zafascynowany projektowaniem budynków. Odbył nawet nieformalny staż pod okiem renomowanego architekta Franka Gehry'ego, kwalifikacje więc ma. Jest też znakomitym pilotem i myślę, że w tej profesji też bez problemu znalazłby zatrudnienie. I uciekłby od tej uprzykrzonej sławy, która bez przerwy psuje mu dobry nastrój. Ale czy rzeczywiście zdobyłby się na to, by porzucić Hollywood? Nie sądzę, zwłaszcza że Hollywood nie ma zamiaru porzucić Brada. Co moim zdaniem świadczy wyłącznie o jego wyjątkowej pozycji.
Producenci z Fabryki Snów wbrew pozorom nie przepadają za aktorami, za którymi ciągną się skandale i niewyjaśnione afery. Uważają bowiem, że zamieszanie wokół życia prywatnego gwiazd odciąga uwagę od filmów, a to grozi klapą w kinach, czego oczywiście nikt nie chce. Czy może być dobitniejszy przykład niż wspomniany już wcześniej Johnny Depp? Po tym, jak wdał się w publiczne pranie brudów z Amber Heard, jego kariera w jednej chwili przestała istnieć. A był przecież na absolutnym szczycie! Teraz próbuje odnaleźć się jako gwiazda rocka i z tego, co słyszę, ostatnio nawet koncertował w Polsce. Moje szczere gratulacje, obawiam się jednak, że o głównych rolach w wysokobudżetowych produkcjach pokroju "Piratów z Karaibów" Johnny może sobie już tylko pomarzyć.
Wszyscy go uwielbiają
Tymczasem Brad mimo kłopotliwych relacji z dziećmi i niekończących się procesów z Angeliną nadal trzyma się mocno! I niezależnie od tego, co napiszą o nim w gazetach czy serwisach internetowych, producenci wciąż chcą w niego inwestować. Jego ubiegłoroczny film "F1" okazał się najbardziej dochodowym tytułem w całej karierze aktora. Jeśli to nie jest absolutny fenomen, który stawia na głowie wszystkie reguły obowiązujące w Hollywood, to nie wiem, jak inaczej to nazwać.
Przypomina mi się wypowiedź Brada Pitta sprzed wielu, wielu lat: "Jestem jednym z tych ludzi, których wszyscy nienawidzą z powodu ich doskonałych genów". Wydawać by się mogło, że miał rację, trudno było bowiem dwie czy trzy dekady temu nie pozielenieć z zazdrości na widok jego pięknej męskiej twarzy i fantastycznie wyrzeźbionej sylwetki. Ja jednak uważam, że Brad głęboko się mylił. Jest on bowiem jednym z tych ludzi, których wszyscy uwielbiają z powodu ich doskonałych genów. Zwłaszcza że nieraz dowiódł, iż daleko mu do próżniaka skupionego tylko na własnej urodzie (brr, ciarki mnie przechodzą, gdy przypomnę sobie jego pokancerowaną twarz w "Podziemnym kręgu"). I że mimo wszystkich jego wad, nałogów (oj, na to lepiej spuszczę zasłonę milczenia) i słabości charakteru sława nigdy nie przewróciła mu w głowie.
Jak on to zrobił, że przez tyle lat nie wpadł w samozachwyt? Po raz ostatni oddam mu głos, by sam odpowiedział na to pytanie: "Kiedyś zadzwoniłem do dziadków, żeby zapytać, co u nich słychać. W pewnym momencie dziadek powiedział: 'A wiesz, oglądaliśmy ostatnio film, w którym grałeś". Zapytałem: 'Który?'. Dziadek zawołał do babci: 'Betty, jak nazywał się ten film, co mi się nie podobał?'. Absolutnie genialne. Po czymś takim człowiek uczy się, żeby nie zadzierać nosa".
Piękna anegdota. I jak tu nie kochać Brada Pitta?
Yola Czaderska-Hayek, Hollywood, 25.09.2026
















!["Niesamowite przygody skarpetek 4. Do roboty!" [trailer]](https://i.iplsc.com/000NDZF8BDVC4I9S-C401.webp)