Mel Brooks zawsze uwielbiał prowokacyjne żarty (choć nigdy nie przekroczył granicy dzielącej prowokację od wulgarności) i zasłynął jako niezrównany parodysta. Większość jego filmów przedstawia w krzywym zwierciadle wybrany gatunek filmowy, doprowadzając rządzące nim reguły do absurdu. "Płonące siodła" wyśmiewają westerny, "Młody Frankenstein" - kino grozy, "Lęk wysokości" - dreszczowce Alfreda Hitchcocka, "Historia świata: Część 1" - produkcje historyczno-kostiumowe, "Kosmiczne jaja" - fantastykę ze szczególnym uwzględnieniem "Gwiezdnych wojen", "Nieme kino" - no, tego chyba łatwo się domyślić…
Co więcej, Mel Brooks rzeczywiście zbił fortunę na Hitlerze. I to aż dwukrotnie, najpierw odnosząc sukces za sprawą filmu "Producenci" (w którym kluczową rolę odgrywa sztuka "Wiosna dla Hitlera"), a potem wystawiając tę samą historię w formie musicalu na Broadwayu. Nigdy też nie zapomniał o swoich żydowskich korzeniach, choć do kwestii tej podchodził z właściwą sobie przekorą. "Bóg nie znosi marudzenia" - stwierdził niegdyś. - "Dlatego tak urządził świat, że na dziesięciu lamentujących i bijących się w piersi Żydów przypada jeden wariat, który próbuje ich rozbawić. I ten jeden to właśnie ja".
"Nieporozumienia kończyły się na ogół w jeden sposób: dostawało się po gębie"
Humor pomagał mu brać się za bary ze światem już od najmłodszych lat. Mel, a właściwie Melvin James Kaminsky, przyszedł na świat w biednej kamienicy czynszowej na Brooklynie - jeśli wierzyć relacjom, poród dokonał się na kuchennym stole. Może dlatego później w jego filmach pojawiło się tyle żartów związanych z jedzeniem… Gdy miał dwa lata, zmarł jego ojciec. Jego dzieciństwo, jak sam to określił, wyglądało jak z powieści Dickensa. "Było we mnie wtedy sporo gniewu" - wspomina. - "Wściekałem się na niesprawiedliwy świat, na Boga, który na to pozwalał… Wyrzucałem z siebie tę wściekłość w formie żartów. Dzięki temu udawało mi się uniknąć poważniejszych problemów. W miejscu, w którym dorastałem, nieporozumienia kończyły się na ogół w jeden sposób: dostawało się po gębie".
Brooks szybko nauczył się, że życie przynosi znacznie poważniejsze problemy niż tylko uderzenie w twarz. Podczas II wojny światowej trafił do wojska i brał udział m.in. w ofensywie w Ardenach. Jego zadaniem było rozminowywanie terenów opuszczonych przez hitlerowców. O tamtych czasach mówi dziś wyjątkowo niechętnie: "Śmierć towarzyszyła mi wszędzie. Jak okiem sięgnąć, wszędzie widać było martwe ciała żołnierzy. Nie chciałem o tym myśleć. Aby zagłuszyć ten lęk przed śmiercią, śpiewałem przez cały czas". Być może wtedy właśnie narodziła się jego fascynacja muzyką. W późniejszych latach zasłynął jako wokalista i kompozytor (jego dziełem jest np. tytułowa piosenka z "Wiosny dla Hitlera" w "Producentach"), choć jak na zadziornego geniusza komedii przystało, nigdy nie nauczył się czytać nut, a z instrumentów do dziś umie grać jedynie na perkusji.
Mel Brooks: fascynujący gawędziarz, imponuje nie tylko humorem, ale i energią
Gdy myślę o Melu Brooksie, uświadamiam sobie, że niezwykle łatwo wylatuje mi z głowy jego wiek. Nigdy właściwie nie myślałam o tym, ile może mieć lat, zawsze bowiem imponował mi nie tylko humorem, ale i energią, której mógłby mu pozazdrościć niejeden młodzieniaszek. To wspaniały rozmówca, gotów oczarować człowieka wiedzą z najróżniejszych dziedzin życia, a także fascynujący gawędziarz, którego chciałoby się słuchać godzinami. Szczególnie gdy zaczyna snuć wspomnienia ze swego bogatego życia. Niektórzy jednak mają na ten temat odrębne zdanie. Judd Apatow, który nakręcił niedawno trzyipółgodzinny (!) dokument "Mel Brooks: 99-latek!", przyznał, że trudno było mu odgadnąć, co z opowieści tytułowego bohatera filmu było prawdą, a co jedynie zmyśleniem. Zwłaszcza że Brooks sam potwierdził przed kamerą, że zdarzało mu się (i zdarza nadal) ubarwiać anegdoty na własny temat. Cóż, być może nie odniósłby sukcesu w Hollywood, gdyby nie był w stanie puścić w ruch bujnej wyobraźni.

Nie podejmę się rozsądzać, kiedy Mel Brooks przedstawia wydarzenia ze swej biografii zgodnie z faktami, a kiedy koloryzuje. Za jedno mogę jednak ręczyć głową: kiedy mówi o kinie, o pracy na planie filmowym, jest jak najdalszy od fantazjowania. Kręcenie filmów to pasja, która nadała sens jego życiu. Nie wiem, czy umiałby zdobyć się wobec niej na dystans.
Zapytałam go kiedyś, jak udaje mu się tak swobodnie żonglować odległymi od siebie gatunkami filmowymi, które uwielbia przedrzeźniać. Odpowiedział mi bon motem, który ze względu na jego urodę przytoczę w oryginale: "Directing is correcting". Czyli: reżyserowanie to korygowanie. Filmowiec, wchodząc na plan, ma własną wizję tego, co powinno się znaleźć na ekranie, powinien jednak zaufać aktorom i zdać się na ich wyczucie. Jedynie w skrajnych przypadkach, gdy odstępstwo od oryginalnego pomysłu jest już zbyt radykalne, reżyser ma obowiązek wkroczyć i przypomnieć innym, kto w tej ekipie ma ostatnie słowo. Nic dziwnego, że Mel Brooks w pracy najchętniej otacza się ludźmi, których doskonale zna i na których zawsze może liczyć. I pewnie też niewiele ma okazji do korygowania…
Swoje początki w Hollywood wspomina tak: "Nie miałem zielonego pojęcia, na czym to wszystko polega. Dlatego zaczepiłem kiedyś Slima Pickensa [to jeden z tych aktorów, którzy byli kowbojami nie tylko na ekranie, ale i w rzeczywistości; polscy widzowie mogą kojarzyć go z filmu Kubricka "Doktor Strangelove", zwłaszcza ze sceny, w której dosiada bomby atomowej niczym rumaka - Yola] i zadałem mu pytanie: 'Słuchaj, nakręciłeś ze sto filmów. Możesz mi coś doradzić? Co powinienem wiedzieć?'. Slim zastanowił się i powiedział: 'Mel, kiedy tylko będziesz miał okazję, usiądź'. Byłem na niego zły. Uważałem, że rzucił mi takie byle co na odczepnego. Dopiero kiedy sam zacząłem kręcić filmy, zorientowałem się, że miał rację. Cały ten proces jest wyjątkowo męczący".
Zakochał się bez pamięci. Zaczęli rozmawiać i już nie przestali
Mimo to, ilekroć spotykałam Mela Brooksa przy rozmaitych okazjach (a takowych w Los Angeles nie brakuje - jak nie Złote Globy, to Oscary albo jakaś wystawna premiera), nigdy nie wyglądał na zmęczonego. Nie sprawiał też, jak już mówiłam, wrażenia mężczyzny w tak zwanym słusznym wieku (i między nami mówiąc, w dalszym ciągu nie sprawia). Myślę, że znam odpowiedź na pytanie, jak to możliwe. Przez ponad czterdzieści lat młodzieńczej witalności dodawała mu miłość. W 1961 roku Mel zobaczył na scenie nowojorskiego teatru Anne Bancroft i… zakochał się bez pamięci. Co ciekawe, ona w nim również. Po czym, jak on sam to ujął, zaczęli rozmawiać i już nie przestali. Pewien problem stanowił fakt, że oboje byli wówczas w małżeńskich związkach, a jakby tego było mało, Brooks po olbrzymim rozczarowaniu, jakim okazał się mariaż z tancerką Florence Baum, nie miał wcale ochoty brać kolejnego ślubu. Mimo to uczucie zwyciężyło i z Anne pobrali się trzy lata później.
Był wobec żony absolutnie bezkrytyczny. Z przyjemnością wspominam, jak rozjaśniała mu się twarz za każdym razem, gdy o niej wspominał. Adorował ją i ubóstwiał na każdym kroku, a przy tym rozumieli się doskonale niczym starzy kumple. Nazywał Anne swoim Obi-Wanem Kenobim, bo twierdził, że to właśnie jej zawdzięcza wiele cennych rad (jeśli kogoś dziwi nawiązanie do "Gwiezdnych wojen", to przypomnę, że Mel Brooks doskonale zna ten cykli filmowy, a jego "Kosmiczne jaja" tak spodobały się George'owi Lucasowi, że pomógł wypromować tę produkcję).
To ona doradziła mu, by swój komediowy western zatytułował "Płonące siodła". Ona też doradziła mu, by wprowadził "Producentów" na Broadway. Wraz z nią także Mel zagrał w filmie wyjątkowo ważnym dla polskich widzów, czyli "Być albo nie być" Alana Johnsona (niewiele osób pamięta dziś, że to remake produkcji Ernsta Lubitscha z 1942 roku, a jeszcze mniej ma świadomość, że to wcale nie Mel Brooks reżyserował ten film). "Czy można sobie wyobrazić piękniejszy dowód miłości? Niewielu mężczyzn jest w stanie znieść obecność żony przez 24 godziny na dobę. A dla mnie to nie był żaden problem. Uwielbiałem ją i nie mogłem nacieszyć się jej obecnością" - mówi.

"Być albo nie być": Mel Brooks i Anne Bancroft grają Polaków
Chciałabym na moment zatrzymać się przy "Być albo nie być", ponieważ jak już wspomniałam, dla odbiorców nad Wisłą ma on wyjątkowe znaczenie. Choćby dlatego, że Mel Brooks i Anne Bancroft nie tylko grają Polaków, ale i w niektórych scenach nawet mówią i śpiewają (!) po polsku. Można odczytać ten zabieg jako ukłon złożony przez artystę ojczyźnie przodków, ponieważ jego ojciec, Max Kaminsky, wyemigrował do Ameryki z Gdańska. Co ciekawe, w 2018 roku Mel otrzymał od polskiego rządu medal "Gloria Artis" za zasługi w promowaniu polskiej kultury za granicą (nie chwaląc się, również jestem laureatką tego wyróżnienia).
Niestety, żadna sielanka nie trwa wiecznie. W 2005 roku Anne Bancroft zmarła na raka. Był to wielki szok dla Hollywood, ponieważ małżonkowie starali się utrzymać wieść o chorobie aktorki w tajemnicy. Mel Brooks przez długi czas nie mógł pogodzić się z jej odejściem. Pamiętam go z tamtego okresu: wydawał się przygaszony, załamany. Można powiedzieć, że dopiero wtedy naprawdę się postarzał. Nie chciał wychodzić z domu, odciął się od świata. Niektórzy proponowali mu, by spróbował nowego związku na otarcie łez. Odrzucał takie sugestie z oburzeniem: "Byłem żonaty z Anne Bancroft. Nic lepszego nie może mnie już spotkać".
Ostatecznie stanął na nogi, wracając do zajęcia, które było - i do dziś jest - jego największą pasją. Czyli do tworzenia filmów. Aby nadmiernie nie ryzykować, bo w końcu ma już swoje lata, skupił się na dopisywaniu dalszego ciągu do już istniejących produkcji. Napisał scenariusz do drugiej części "Historii świata". Zapowiedział kontynuację "Kosmicznych jaj". Ostatnio zaś wyszło na jaw, że Mel ma w planach pokazanie wcześniejszych losów "Młodego Frankensteina". Tytuł stosownie do okoliczności brzmi: "Bardzo młody Frankenstein".
Mel Brooks nie powiedział jeszcze ostatniego słowa
"Człowiek zachowuje młodość, kiedy tworzy. Spójrzcie na Alfreda Hitchcocka! Do śmierci stał za kamerą" - twierdzi dzisiaj dziarski stulatek. - "Jeżeli komuś nie zagraża demencja albo alzheimer, to wystarczy dobrze się odżywiać i pamiętać o higienie, by dożyć naprawdę słusznego wieku w dobrej formie".
Cóż, wystarczy na niego spojrzeć, by przekonać się, że to święta prawda, a Mel Brooks nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W ciągu pierwszych stu lat swego życia dostarczył nam całego mnóstwa wspaniałych, niezapomnianych filmów. Poczekajmy zatem na drugą setkę i przekonajmy się, czym jeszcze nas zaskoczy!
Yola Czaderska-Hayek, Hollywood, 26.06.2026










!["Wielki Łuk" [trailer]](https://i.iplsc.com/000N19LQ9TFO6Q92-C401.webp)


