Michael Jackson: kilka osób zamkniętych w jednym ciele
Uważam - choć może niektórzy uznają ten pogląd za radykalny - że nie było jednego Michaela, istniało co najmniej kilka osób zamkniętych w jednym ciele. Chłopiec tłamszony przez despotycznego ojca. Genialny kompozytor obdarzony niesamowitym głosem. Idol, który miał dość medialnego zgiełku wokół jego osoby. Samotnik, który uciekał przed ludźmi, a jednocześnie tej samotności najbardziej się bał. Ekscentryk, który w poszukiwaniu własnej tożsamości zmieniał wygląd za sprawą coraz dziwniejszych operacji plastycznych (pamiętam z jednej z oscarowych ceremonii żart Whoopi Goldberg: "W kategorii 'nowa twarz roku' wygrywa Michael Jackson"). A do tego jeszcze znakomity tancerz i choreograf.
Czy biografię tak skomplikowanej postaci da się przekonująco pokazać na ekranie? Antoine Fuqua, reżyser "Dnia próby" i trylogii "Bez litości", postanowił zaryzykować. Jego film "Michael", który można już oglądać na ekranach polskich kin, stanowi próbę zmierzenia się z fenomenem "króla muzyki pop". Oczywiście, gdy pojawiły się pierwsze doniesienia o tej produkcji, musiało w ślad za nimi przyjść także pytanie: kto byłby w stanie zagrać tak wyjątkowego i niepowtarzalnego artystę, jakim był Michael Jackson? Reżyser zdecydował się na intrygujący eksperyment: do roli tytułowego bohatera zaangażował… jego bratanka!
Jaafar Jackson jest synem Jermaine'a Jacksona, który wraz z Michaelem i trójką rodzeństwa (w sumie było ich dziewięcioro!) tworzył zespół The Jackson Five. Być może Jaafar przejął geny muzykalnego rodu, bardzo zresztą na to liczę. Z całą pewnością jednak - wiadomo to już było przed premierą - film ominie najbardziej kontrowersyjne elementy biografii Jacksona. Po pierwsze, zażądała tego rodzina artysty, a po drugie, opowieść ma kończyć się w chwili, gdy Michaelowi nareszcie udaje się uwolnić spod wpływu ojca i odnieść samodzielny sukces.
To częsty zabieg w kinie biograficznym: kończyć opowieść w momencie, gdy bohater lub bohaterka przezwycięża trudności na początkowym etapie kariery i zdobywa sławę. Ale w przypadku Michaela Jacksona w grę wchodził jeszcze dodatkowy czynnik: kolor skóry. Nikt, kto nie mieszka w USA i nie zna tego kraju od podszewki, nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić, jak ważna jest to sprawa. Dla kariery, dla tożsamości, czasem wręcz dla całego życia. Być czarnoskórym piosenkarzem w Ameryce to nie to samo, co być po prostu piosenkarzem w Ameryce. A jeśli komuś się wydaje, że przesadzam, to podam mały przykład.
Czym jest sukces dla czarnoskórego artysty w Ameryce?
Swego czasu, przed wieloma laty, zdarzyło mi się w trakcie gali Oscarów zamienić kilka słów z Sammym Davisem Juniorem. Znakomity wokalista, a okazjonalnie także aktor, który współtworzył m.in. z Frankiem Sinatrą i Deanem Martinem słynną towarzysko-artystyczną grupę "Rat Pack", znajdował się wówczas u szczytu sławy. Pogratulowałam mu sukcesów i zagadnęłam: "Stanowisz żywy dowód na to, że opowieści o dyskryminacji rasowej w Ameryce są przesadzone. Spójrz, jak daleko zaszedłeś!". Sammy spojrzał na mnie smutno i odpowiedział: "To ty tak uważasz. Teraz w Las Vegas występujemy z Sinatrą na jednej scenie, ale kiedy ta impreza się skończy, on pójdzie spać do jednego hotelu, tylko dla białych, a ja do drugiego, dla czarnoskórych".
Od tamtej rozmowy minęło wiele lat, a ja wciąż nie umiem o niej zapomnieć. I zastanawiam się: czym tak naprawdę jest sukces dla czarnoskórego artysty w Ameryce? Czy za jego najważniejszy miernik można uznać nagrody, popularność i majątek? W Los Angeles to w sumie nic nadzwyczajnego, wielokrotnie miałam okazję zetknąć się z czarnymi muzykami i aktorami, którzy dosłownie spali na pieniądzach. Jako przykład podam kolejny oscarowy epizod.
Pewnego roku ceremonia rozpoczęła się ze sporym opóźnieniem. Miasto gnębiła plaga korków ulicznych i z góry wiadomo było, że nie wszyscy dojadą na czas. Moja limuzyna również wlokła się w żółwim tempie za innymi samochodami. Nagle na sąsiednim pasie zrobiło się zamieszanie. Tuż obok nas przejechał klin motocyklistów, torując drogę potężnemu luksusowemu wozowi. Kto mieszka w Stanach Zjednoczonych, ten wie, że w ten sposób podróżuje głównie prezydent - na czele kawalkady jadą agenci Secret Service na motorach. Nie chciało mi się wierzyć, że Ronald Reagan (a może to już był George Bush?) osobiście zmierzał na galę Oscarów, choć oczywiście w Hollywood nie takie sensacje się zdarzały. Na szczęście mój szofer Philip nie stracił przytomności umysłu i czym prędzej ustawił się za uprzywilejowanym autem, korzystając z przejezdnego pasa. W ten sposób zajechaliśmy pod sam Dororothy Chadler Theater (tam przez wiele lat odbywaly sie uroczystosci oskarowe) imponującym tempie. Zaciekawiło mnie, któż to podróżował po Los Angeles w prezydenckim stylu. Tuż przed moją limuzyna ujrzałam wysiadającego biegiem na czerwony dywan pasażera. Był to Prince we własnej osobie.

Nie powiem, żeby zdobył sobie wówczas przychylność oscarowych bywalców. Nawet wśród przyzwyczajonych do bogactwa i ekstrawagancji weteranów Hollywoodu taka ostentacyjna próba skupienia na sobie uwagi została uznana za zabieg w złym guście. Nie to jest jednak najważniejsze. Bardzo chciałabym wiedzieć, o czym tamtego wieczoru myślał Prince, jadąc z fantazją przez miasto, osłonięty od świata przyciemnianymi szybami.
Zmarły w 2016 roku artysta zawsze był dla mnie zagadką, wszystko bowiem w jego życiu stanowiło kreację, maskaradę, kostium - może z wyjątkiem imienia, ponieważ naprawdę nazywał się Prince. Ale i z tego na pewnym etapie kariery zrezygnował, przyjmując nową tożsamość w postaci niemożliwego do odczytania symbolu. Czyżby chciał zasugerować, że jego samego również nie da się rozszyfrować? Chętnie obejrzałabym film biograficzny, który wyjaśniłby mi choć niektóre tajemnice otaczające tego piosenkarza. Tylko nie mam zupełnie pojęcia, kto mógłby zagrać jedynego w swoim rodzaju głównego bohatera. Prince, o ile mi wiadomo, raczej nie ma bratanka, który mógłby go zastąpić jak Jaafar Jackson Michaela.
Ale być może niepotrzebnie łamię sobie głowę nad tą kwestią. W Hollywood czuwają na posterunku doświadczeni kierownicy obsady, którzy dobrze wiedzą, komu powierzyć role - wydawałoby się - niemożliwe do zagrania. A w przypadku biografii czarnoskórych piosenkarzy zadziwiająco wiele kreacji aktorskich okazało się strzałami w dziesiątkę.
Ray Charles, Tina Turner, James Brown, Aretha Franklin: udane kreacje hollywoodzkich gwiazd
Kto by przypuszczał, że Jamie Foxx tak znakomicie wcieli się w Raya Charlesa? Przed aktorem stanęło wyjątkowo trudne zadanie - aby móc przekonująco zagrać niewidomego muzyka, nosił specjalne przesłony na oczach. Dzień w dzień, przez kilkanaście godzin! "Przez pierwsze dwa tygodnie miałem ataki paniki" - przyznał. - "Potem już oswoiłem się z tym dziwnym uczuciem. Do tego stopnia, że reszta ekipy czasem zapominała, że nic nie widziałem. I na przykład w trakcie przerwy na lunch po skończonym posiłku wszyscy podnosili się od stołu i zostawiali mnie samego. Zakładali, że dam radę samodzielnie wrócić na plan". Na szczęście wysiłek się opłacił! Jamie za swoje starania zdobył Oscara i Złoty Glob, a film Taylora Hackforda "Ray" stał się obsypanym nagrodami fenomenem. Sam Ray Charles zdążył zapoznać się ze scenariuszem, który specjalnie dla niego wydrukowano alfabetem Braille'a, udzielił też oficjalnego błogosławieństwa odtwórcy głównej roli. Niestety, zmarł trzy miesiące przed premierą.
Także Tina Turner przed realizacją filmu "Tina", poświęconego jej burzliwemu małżeństwu, zaakceptowała Angelę Bassett jako główną gwiazdę tej produkcji. Prześladującego ją męża zagrał Laurence Fishburne i zrobił to tak przekonująco, że - jak sam to ujął: "Musiało minąć sporo czasu, by kobiety przestały na mnie patrzeć z obrzydzeniem". Najciekawsze, że podczas realizacji, niejako wbrew swojej roli, aktor wykazywał się olbrzymią troską o swoją ekranową partnerkę. Gdy zorientował się, że Angela źle znosiła występy w scenach małżeńskiej przemocy, stanął w jej obronie i sprzeciwił się kręceniu kolejnych dubli. Po tym incydencie połączyła ich przyjaźń, która trwa do dziś. Nawiasem mówiąc, sama Tina Turner twierdziła, że nigdy nie obejrzała poświęconego sobie filmu. Być może nie miała ochoty wracać do strasznych wspomnień? Trudno jej się dziwić.

Ciekawostką jest, że w obydwu wyżej opisanych przypadkach twórcy postanowili zachować oryginalne głosy piosenkarzy w scenach występów muzycznych. Angela Bassett od razu zapowiedziała, że nie podejmie się śpiewania, Jamie Foxx zaś gotów był nawet spróbować, ale decyzję w tej sprawie podjął za niego reżyser. Aktor na pociechę mógł się poszczycić tym, że osobiście grał na fortepianie melodie Raya Charlesa, nie wyręczając się przy tym dublerem
Podobnie stało się w przypadku Chadwicka Bosemana, który w produkcji "Get on Up" zagrał Jamesa Browna zwanego ojcem chrzestnym soulu. Artysta nauczył się naśladować sceniczne ruchy gwiazdora, a każdy kto widział Browna w akcji, wie, że musiało to być piekielnie trudne. Jeśli jednak chodzi o śpiew, realizatorzy woleli nie ryzykować. W scenach koncertów wykorzystali niepublikowane dotąd nagrania z występów "ojca chrzestnego". Trudno mieć im to za złe, w końcu nawet najdoskonalszy aktor nie musi umieć śpiewać jak rasowy piosenkarz.
Choć zdarzają się wyjątki. Na myśl przychodzi mi przede wszystkim Jennifer Hudson, obdarzona wspaniałym głosem dziewczyna, którą świat poznał za sprawą filmu "Dreamgirls".
Pamiętam ją z tamtego okresu. Wydawała się oszołomiona sukcesem: Oscar, Złoty Glob, liczne nagrody krytyków filmowych… A miała wtedy zaledwie 24 lata! Zapytałam ją wówczas, jak wyobraża sobie swoją przyszłą karierę. Odpowiedziała: "Jedyna rola, która mogłaby to przebić, to rola Arethy Franklin". No i niech mi ktoś powie, że marzenia się nie spełniają! Półtorej dekady później Jennifer opowiadała mi z błyskiem w oczach: "Pani Aretha sama do mnie zadzwoniła i powiedziała: 'Podjęłam decyzję. To będziesz ty'. Nawet dziś nie mogę uwierzyć, że to się naprawdę stało. Nie dość, że zagrałam Arethę Franklin, to jeszcze ona sama mnie do tej roli wyznaczyła".
Chodzi oczywiście o film "Respekt - królowa soul", który opowiada o trudnych początkach kariery piosenkarki aż do jej pierwszego wielkiego sukcesu, czyli do premiery koncertowego albumu "Amazing Grace". "Kobiety nie miały wówczas pełni praw, to był całkowicie męski świat. Dlatego musiały realizować się w inny sposób, choćby za pośrednictwem muzyki. Aretha Franklin znalazła dla siebie artystyczną przestrzeń, w której jej głos mógł w pełni wybrzmieć" - powiedziała mi Jennifer.
Czy przejawy segregacji nadal istnieją w show-biznesie?
Łatwo zapewne zauważyć, że w przytoczonych wyżej przykładach los stawiał przed bohaterami przeszkody najrozmaitszej natury. Ray Charles przez całe życie zmagał się z kalectwem. Tina Turner musiała wyzwolić się z toksycznego małżeństwa, które omal jej nie zniszczyło. James Brown walczył z własnym wybuchowym charakterem, a Aretha Franklin pokazała światu, co to znaczy być wolną, niezależną kobietą. W tym wszystkim jednak gdzieś na dalszy plan schodzi problem, od którego zaczęły się moje rozważania. Co to znaczy być czarnoskórym artystą w Ameryce? Czy przejawy segregacji, o których przed laty tak dobitnie wspomniał mi Sammy Davis Jr., nadal istnieją w show-biznesie?
Zapewne wiele osób udzieliłoby odpowiedzi twierdzącej. Ja jednak wolę wierzyć, że czasy się zmieniły i że dziś kolor skóry ma niewielkie znaczenie, gdy idzie o wybór kariery. Swego czasu Eddie Murphy (który swego czasu również udzielał się jako piosenkarz, choć bez wielkich sukcesów) powiedział mi prosto w oczy: "Nigdy nie zetknąłem się z przejawami rasizmu w Hollywood. Kręcę filmy od ponad czterdziestu lat i ani razu nie doszło do sytuacji, w której jakiegoś projektu nie mógłbym zrealizować z powodu koloru skóry. To nigdy nie był problem".
Jaki z tego wniosek? Pozostawiamy niechlubną przeszłość daleko za sobą? Nie do końca. Eddie bowiem pokusił się także o stwierdzenie, które dało mi wyjątkowo do myślenia: "Nie oszukujmy się, większość afroamerykańskiej twórczości nie sprzedaje się poza Ameryką. Istnieje bardzo niewielkie grono afroamerykańskich artystów, którzy zdobyli popularność nie tylko w USA, ale i na świecie. Mam szczęście do nich należeć".
Może faktycznie coś jest na rzeczy. O takich sławach, jak Tina, Ray, Aretha czy James Brown, słyszał nad Wisłą chyba każdy. Ale kto na przykład orientuje się, że wspomniana już produkcja "Dreamgirls" z Jennifer Hudson oparta jest na rzeczywistych losach zespołu The Supremes? Kto dziś kojarzy grupę The Temptations? Albo Dorothy Dandridge? Czy Bessie Smith? A to również są gwiazdy, o których powstały interesujące i nagradzane filmy biograficzne. Podejrzewam, że gdybyśmy usłyszeli ich piosenki w radiu, rozpoznalibyśmy je bez problemu, były bowiem niegdyś wielkimi przebojami. Ale jeśli chodzi o przypisanie ich do konkretnych wykonawców, z tym może być gorzej. Szkoda, ponieważ czarnoskórym artystom należy się zdecydowanie większe uznanie za wkład, jaki wnieśli do rozwoju muzyki. Świat bez nowoorleańskiego jazzu byłby o wiele smutniejszym i brzydszym miejscem. Nawet jeśli pamięć o wielu pianistach czy trębaczach zatarła się z upływem czasu.
Na szczęście w przypadku Michaela Jacksona nie ma podobnych wątpliwości. Choć od śmierci artysty minie w tym roku siedemnaście lat, jego światowej popularności nic nie zagraża, a albumy "Thriller" czy "Bad" nadal utrzymują się w czołówce najlepszych płyt w historii muzyki.
Bardzo więc jestem ciekawa filmowej biografii gwiazdora, zwłaszcza że Antoine Fuqua to nazwisko, które daje gwarancję dobrego kina. Czy otrzymam odpowiedź na pytanie, które postawiłam na początku tych rozważań? Nie wiem, ale bardzo na to liczę.
Yola Czaderska-Hayek, Hollywood, 24.04.2026














