Co roku przyjeżdżają tu wszyscy, dla których polskie kino jest ważne i którzy o tym kinie chcą rozmawiać: reżyserzy, aktorzy, producenci, twórcy wielu filmowych dziedzin, dystrybutorzy, kiniarze, studenci szkół filmowych i kinomani. A dziennikarze i krytycy są "oknem na świat" dla tych, których w Gdyni nie ma. Warto wiedzieć, co mają do powiedzenia.
Co dla dziennikarek i dziennikarzy było największym zaskoczeniem 50. FPFF? Czy to jest ich werdykt? Które filmy oceniają najwyżej? I na koniec nieco przewrotne pytanie - po co nam ten Festiwal? (to nawiązanie do tak właśnie zatytułowanego artykułu Andrzeja Cybulskiego opublikowanego w pierwszej Gazecie Festiwalowej w 1974 roku).
Jak było w tym roku? Okazuje się, że prawie wszyscy zakochaliśmy się w debiucie Emi Buchwald "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" (m.in. nagroda za reżyserię, za najlepszą drugoplanową rolę dla Karoliny Rzepy i Złoty Pazur) i wskazaliśmy ten tytuł wśród trzech najlepszych na tym festiwalu. To wspaniale zagrana, szczera, pełna zrozumienia, ale nie oceniania, opowieść o rodzeństwie nadwrażliwców, którzy próbują znaleźć dla siebie miejsce w skomplikowanym świecie. To małe wielkie kino, na takie filmy czekam!
Nasze serca podbił też inny debiutant - Kordian Kądziela ("1670") i jego bezpretensjonalny oraz zabawny "LARP. Miłość, trolle i inne questy". Wszyscy doceniamy w swoich TOP3 również film Agnieszki Holland "Franz Kafka" (Srebrne Lwy, znakomite zdjęcia Tomasza Naumiuka - zasłużona nagroda!), część zachwycili "Ministranci" (Złote Lwy) Piotra Domalewskiego.
Werdykt jednak nas podzielił. Dla mnie wielkim zaskoczeniem, a wręcz niesprawiedliwością (niektórzy używają mocniejszych słów), jest pominięcie filmu Wojtka Smarzowskiego "Dom dobry" oraz wybitnych kreacji Agaty Turkot i Tomasza Schuchardta, którzy zasłużyli na wszystkie możliwe nagrody aktorskie. Naprawdę trudno to zrozumieć. Ta decyzja jurorów Konkursu Głównego pod przewodnictwem Magnusa von Horna na pewno jeszcze długo będzie komentowana.
Chyba wszyscy jesteśmy rozczarowani Perspektywami, bo tym razem nikt nie wskazał tu żadnego tytułu z tego konkursu, a rok temu przewijały się u wszystkich w TOP3 takie produkcje, jak "To nie mój film", "Sezony" czy "Innego końca nie będzie". Za to dużo mocniejszy w tym roku był Konkurs Główny.
Dla mnie trzy najlepsze filmy 50. FPFF to: "Dom dobry", "Nie ma duchów w mieszkaniu przy Dobrej" i "Franz Kafka".
Oto co o festiwalu po festiwalu powiedzieli mi dziennikarki, dziennikarze i krytycy filmowi akredytowani przy 50. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Kolejność alfabetyczna, ale tym razem odwrotna niż rok temu - teraz ostatni są pierwszymi.
Artur Zaborski, krytyk filmowy
Największym zaskoczeniem był dla mnie "LARP". Byłem przekonany, że to film, który nijak ze mną nie zarezonuje, bo LARP to coś, czego nigdy nie zdołałem pojąć, a co dopiero polubić. Tymczasem okazało się, że to sprawne, zabawne, dobrze zrealizowane kino młodzieżowe, które nie traktuje młodych ludzi jak niedojrzałych matołków, tylko z powagą traktuje dylematy, z którymi się mierzą.
To nie był mój konkurs. Niestety, zabrakło mi odkryć, prowokacji, skandali, olśnień, zachwytów.
Trzy najlepsze filmy festiwalu? "Nie ma duchów w mieszkaniu przy Dobrej", "LARP" i "Brat".
Po co nam ten Festiwal? Jako branża tworzymy pewną całość. A Gdynia to miejsce, gdzie zjeżdżamy się trochę jak na wigilię do rodzinnego domu: żeby się zobaczyć, żeby się wyściskać, ale też żeby się napić, pokłócić i powyzywać.
Janusz Wróblewski, Polityka
Zaskoczeniem na plus była dla mnie świetna forma młodego pokolenia filmowców. Zainspirowana prozą Salingera, filmami Noaha Baumbacha, Joachima Triera i wczesnego Wesa Andersona Emi Buchwald przywiozła do Gdyni debiut, który mógłby brać udział w konkursach największych światowych festiwali. "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" to pod każdym względem film spełniony z niesamowitymi kreacjami aktorskimi i szeroką gamą nastrojów. Coś wspaniałego! Do tego rozbrajająca, super śmieszna, a przy tym całkiem mądra młodzieżowa komedia "LARP. Miłość, trolle i inne questy" Kordiana Kądzieli oraz nakręcona po mistrzowsku, nowocześnie, bardzo wzruszająca love story "Światłoczuła" Tadeusza Śliwy. Na minus - nagroda dla "Wielkiej Warszawskiej".
To jest mój werdykt. Z całego serca gratuluję odwagi Magnusowi von Hornowi oraz pozostałym członkom Jury, że docenili "Ministrantów" Piotra Domalewskiego - najbardziej żywy i trafiający do serca film tego festiwalu, którego żadna opcja polityczna - ani PiS, ani KO nie chciały. Zarazem wpisujący się głęboko w dyskusję o marzeniach o zmianie i poprawie polskiego losu i o tym, dlaczego rozpada się na naszych oczach autorytet kościoła katolickiego. A z czym się nie zgadzam? Z pominięciem "Chopin, Chopin!" w głównych kategoriach nagród.
Trzy najlepsze filmy festiwalu to: "Ministranci", "Chopin, Chopin!" oraz ex aequo "Franz Kafka" i "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej".
Po co nam ten Festiwal? Główny cel to krajowa promocja polskiego kina i integracja całego środowiska. Nie ma lepszego festiwalowego miejsca, by szczerze rozmawiać o najważniejszych sprawach dla branży i zastanawiać się nad ich rozwiązaniem. Gdynia mogłaby też być niezłą platformą zapoznawania się z najciekawszą bieżącą produkcją przez zagranicznych selekcjonerów, ale nie jestem pewien, czy rzeczywiście tę funkcję spełnia.
Marcin Radomski, KINOrozmowa
Najbardziej cieszy mnie sukces filmu Emi Buchwald "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" - to dla mnie najlepszy debiut festiwalu: świeży, uroczy, prawdziwy. Bardzo polubiłem też młodzieńczą energię "Ministrantów" Piotra Domalewskiego. Reżyser opowiada o gangu rapujących Robin Hoodów próbujących naprawić świat. Takich filmów potrzebujemy w otaczającej nas mrocznej rzeczywistości. Zasłużone Srebrne Lwy dla "Franza Kafki" Agnieszki Holland, bardzo dobry film, bo wyłamuje się z ram kina biograficznego, w oryginalny sposób próbuje odkryć duszę Kafki.
Wielka szkoda, że żadnej nagrody nie dostał "Dom dobry" Wojciecha Smarzowskiego. Należała się chociażby aktorom: Agacie Turkot i Tomaszowi Schuchardtowi. Bolesny, ważny, przejmujący film.
Najlepsze filmy festiwalu to: "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej", "Franz Kafka", "Dom dobry".
Festiwal w Gdyni to dla mnie nie tylko filmy, ale przede wszystkim spotkania z odważnymi twórcami, nowymi talentami oraz rozmowy od rana do nocy o kinie i życiu.
Rafał Pawłowski, krytyk filmowy
Największym filmowym zaskoczeniem in minus jest z pewnością "Chopin, Chopin!" Michała Kwiecińskiego, bo to z tą polską superprodukcją, kosztującą 64 mln złotych wiązano największe oczekiwania. Pieniądze absolutnie na ekranie widać - to film imponujący scenografią, zdjęciami, kostiumami i efektami specjalnymi. Ale pod tą ornamentyką i filmowym warsztatem nie kryje się niestety równie imponująca historia. "Chopin, Chopin!" to film mocujący się z gorsetem filmowego biopicu prezentującego kilkanaście lat życia i choroby kompozytora. Przytłacza nas ilość wątków, a jednocześnie całości brak solidnego dramaturgicznego kręgosłupa i emocji, które mogłyby by nas porwać i sprawić, że przejmiemy się losem Chopina. Jakby scenariuszowa pięciolinia nie była w stanie pomieścić wszystkich ćwierćnut, ósemek i szesnastek, które twórcy próbują na niej upchnąć. Niestety nie uwodzi nas także jego muzyka, której w tym wszystkim brak powietrza, by wybrzmieć.
Zaskoczeniem in plus był natomiast dla mnie szalenie zabawny, bezpretensjonalny debiut Kordiana Kądzieli "LARP. Miłość, trolle i inne questy". Popkulturowe kino coming of age zrobione z małym budżetem, ale wielkim sercem. Wyjechałem z Gdyni nucąc towarzyszącą filmowi piosenkę Marie Myriam "L'oiseau et l'enfant" z 1977 roku.
To nie jest "mój" werdykt, choć są w nim nagrody, z których się cieszę. Przede wszystkim te dla filmów Emi Buchwald i Agnieszki Holland. Natomiast trudno zrozumieć decyzje dotyczące filmu "Ministranci", którego świetny pomysł cierpi na scenariuszowe mielizny, obsadowe pomyłki (Kamila Urzędowska) i wątłą dramaturgię, zręcznie przypudrowane żartami. Nie potrafię pogodzić się z tym, że jury odwróciło wzrok od wybitnego, choć niezwykle trudnego w odbiorze filmu Wojtka Smarzowskiego "Dom dobry". Jego całkowite pominięcie w werdykcie zapisze się w historii gdyńskiej imprezy jako jeden z największych festiwalowych skandali. Porównywalny do pominięcia w 1977 roku "Człowieka z marmuru" Andrzeja Wajdy. Wówczas jednak o takiej a nie innej decyzji zdecydowano w partyjnych gabinetach. Wyrok tegorocznego Jury obciąża wyłącznie sumienia przewodniczącego Magnusa von Horna i pozostałych jurorów.
Trzy najlepsze filmy festiwalu: "Dom dobry", "Franz Kafka" i "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej".
Po co nam ten Festiwal? Gdyńska impreza to wciąż najważniejsze święto polskiego kina. Miejsce, w którym przez tydzień rozmawia się wyłącznie o nim. Przestrzeń do zachwytów, rozczarowań i sporów, które potrafią ciągnąć się do białego rana. Miejsce, gdzie rozkwitają talenty takie, jak w tym roku Emi Buchwald - zaledwie piąta w historii imprezy kobieca laureatka nagrody za reżyserię. Gdynia przypomina, że kino jest sztuką, a nie tylko produktem, którego wartość wyznaczają wyniki w box office i liczby wyświetleń na internetowych platformach. Ale to również miejsce, w którym jak w soczewce skupiają się problemy i bolączki polskiego kina, a gdyńska scena staje się agorą pozwalającą im wybrzmieć.
Martyna Podolska, Polskie Radio
Największym zaskoczeniem festiwalu jest informacja, że nie ma duchów w pewnym, uroczym mieszkaniu na Dobrej. Do ostatniej minuty tego festiwalowego hitu, byłam pewna, że zamieszkały w nim "na dobre"! Niestety zaskoczeniem jest także pominięcie Wojtka Smarzowskiego i jego ważnego społecznie filmu "Dom dobry" na liście tegorocznych laureatów.
To nie jest do końca mój werdykt. Brakuje w nim docenienia twórców filmu "Brat" na czele z Agnieszką Grochowską (najlepsza główna rola żeńska), brakuje nagród dla Pawła Podolskiego za debiut "Życie dla początkujących", o zbagatelizowaniu Smarzowskiego nawet nie wspominam.
Najlepsze filmy festiwalu? Biorę pod uwagę sześć filmów, a nie trzy, ale skoro trzeba, to: "Brat", "Ministranci", "Franz Kafka". Do tego "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej", "Dom dobry", "Życie dla początkujących". Ach, jest jeszcze... "Chopin, Chopin". No to siedem.
Po co nam ten Festiwal? Po to by łączyć historię i tradycję polskiego kina z nowoczesnością i przyszłością. Nie ma lepszego sposobu, by filmowe energie debiutantów i kinowych tuzów się wymieniały.
Beata Kwiatkowska, Radio 357
Największe pozytywne zaskoczenie to dla mnie nagroda reżyserska dla Emi Buchwald, bo jestem przekonana że "Nie ma duchów na ulicy Dobrej" to rewelacyjny film, za który bardzo trzymałam kciuki. Zaskoczyła mnie również nagroda dla Karoliny Rzepy. Bardzo się cieszę z tego wyboru, bo nie tylko pokazuje on, że film Emi Buchwald jest też znakomity w sferze aktorskiej, ale doceniono aktorkę z kunsztem, którego trudno jej odmówić. Zaskoczenie na minus? Nie rozumiem pominięcia "Domu dobrego" Wojtka Smarzowskiego. Trudno o tym filmie mówić używając pozytywnych przymiotników, bo jest za mocny na wyświechtane hasła, ale taki jest Smarzol. Idzie swoją drogą, ma swój język wywołujący trzęsienie ziemi i wywołuje w nas wstrząsy emocjonalne. Czego chcieć więcej?! To dobre kino przekroczeń i film, który może wywołać skutek społeczny. Ponowię pytanie: czego chcieć więcej?!
To nie jest mój werdykt. Wybrałabym inaczej, ale werdykt nie musi być mój. Jest to decyzja, która odzwierciedla gusta jury i publiczności, i to jest werdykt historyczny. Pamiętam zeszłoroczną rozmowę kiniarek i kiniarzy i ich zmartwienie, że kino artystyczne może i jest znakomite, ale widzów nie przekona. W tym roku sytuacja jest inna. "Dom dobry" poradzi sobie w kinach bez nagród, ale zasługiwał na docenienie w stawce najlepszych polskich filmów.
Trzy najlepsze filmy festiwalu to: "Dom dobry", "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" i "Franz Kafka".
Po co nam ten Festiwal? Przecież nikt z nas nie wierzy w życie pozafilmowe, więc choćby po to, aby pomyśleć, porozmawiać i powymieniać się argumentami. Dla mnie 50. FPFF był miejscem, które otworzyło się na debiuty i to głos młodych powinien być najdonioślejszy. Uczmy się od nich niepokorności.
Dominik Jedliński, Onet
Zupełne pominięcie przy rozdawaniu nagród filmu "Dom dobry" Wojciecha Smarzowskiego należy rozpatrywać w kategorii zaskoczenia. Nie rozsądzam, czy pozytywnego, czy negatywnego, bo nagrodzone przez jury kreacje są świetne, ale nie da się ukryć, że sporo mówiło się w trakcie festiwalu o wyróżnieniach dla Agaty Turkot i Tomasza Schuchardta. Obie role przejmujące, zostające w pamięci. Ostatecznie na tegorocznej gali film Smarzowskiego nie istniał.
Odkryciem festiwalu jest dla mnie "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" Emi Buchwald. Kino idealnie skrojone na nasze czasy - czułe, chwytające za serce, opowiadające prawdę o człowieku w skomplikowanej rzeczywistości. Film uważny na nasze lęki, tęsknoty i dziwactwa; trafiający w sedno współczesnych doświadczeń, a jednocześnie unikający uproszczeń i tanich osądów.
Gdyby ode mnie zależał ostateczny werdykt, to Złote Lwy powędrowałyby do "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej". "Ministranci" to film solidny, refleksyjny, mocno humanistyczny, acz daleko mu do precyzji nie tylko filmu Buchwald, ale nawet debiutu samego Piotra Domalewskiego, czyli "Cichej nocy". Rozdzierać szat jednak nie zamierzam - rozumiem, że ta uniwersalna filmowa przypowieść o walce dobra ze złem może urzekać. Zresztą, mocno symboliczny wydaje się fakt, że najważniejsze laury gdyńskiego festiwalu powędrowały do filmu, który od miesięcy jest - jak przedstawiają to producenci - "pionkiem w grze publicznych instytucji", czyli PISF-u i ministerstwa kultury. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że "Ministranci" to donośny głos sprzeciwu właśnie wobec hipokryzji i podwójnej moralności.
Zgadzam się natomiast z werdyktem dotyczącym Srebrnych Lwów. Agnieszka Holland na tę nagrodę po prostu zasłużyła - jej "Franz Kafka" to kino świetnie zrealizowane - pomysłowe, efekciarskie w dobrym tego słowa znaczeniu, a przy tym bawiące się formą. Holland stworzyła film inny niż dotychczasowe, bez asekuracji, z jasną wizją tego, jak ma wyglądać. Genialny w tytułowej roli jest Idan Weiss.
Trzy najlepsze filmy festiwalu: "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej", "Franz Kafka" i "Życie dla początkujących".
Po co nam ten Festiwal? W dobie streamingu potrzebujemy takich imprez jak FPFF w Gdyni, by stworzyć wokół kina atmosferę wydarzenia. Dzięki temu widzowie zechcą wyjść z domu - dzisiaj nie wystarczy już samo obcowanie z filmem - to możemy robić z pozycji własnej kanapy. Musimy jednak zrozumieć, że jako społeczeństwo potrzebujemy jednak kolektywnych przeżyć - wspólnego zderzenia oczekiwań, emocji i nadziei na katharsis. Właśnie takie wydarzenia jak FPFF tworzą wspólnotę; przypominają nam o tym, jak cudownym uczuciem jest odbiór dzieła wspólnie i poddanie go pod dyskusję - dzięki temu czujemy, że uczestniczymy w czymś wyjątkowym.
Jakub Izdebski, Interia Film
Zaskoczeń było sporo, głównie pozytywnych. Cieszy poziom Konkursu Głównego, najwyższy od lat, oraz tematyka filmów znajdujących się w tej sekcji - w końcu bez łopatologicznego kina wojennego lub rozliczeń z epoką PRL-u (poza "Zamachem na papieża", który i tak ubierał ten wyeksploatowany do granic motyw w gatunek), a zamiast tego skupiające się w większości na współczesności. Kolejnym plusem był fakt, że na polskiej mapie filmowej pojawiło się kilka bardzo mocnych nazwisk - najlepsze tytuły były dziełem debiutantów. Trudno nie czekać na kolejne dokonania Emi Buchwald lub Kordiana Kądzieli. W końcu - najlepsze filmy miały optymistyczny, jakże potrzebny w tych trudnych czasach, wydźwięk.
Zobacz również:
Zawodem było przyznanie Złotych Lwów "Ministrantom" Piotra Domalewskiego. Twórca "Cichej nocy" przedstawił film z intrygującym tematem i punktem wyjścia, który w połowie zupełnie rozpada się narracyjnie. Działania bohaterów nie mają konsekwencji, a fabuła, chociaż dotyka wielu ważnych zagadnień, traktuje je powierzchownie. Dodatkowo reżyser prowadzi okropnie dorosłych aktorów, przede wszystkim Kamilę Urzędowską. Tymczasem "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" Buchwald i "LARP. Miłość, trolle i inne questy" Kądzieli to dzieła kompletne. Moim zdaniem główna nagroda 50. FPFF w Gdyni powinna przypaść jednemu z nich.
Trzy najlepsze filmy festiwalu: "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej", "LARP. Miłość, trolle i inne questy" i "Trzy miłości".
Festiwal w Gdyni pozwala nam obserwować zmiany w polskim kinie i wskazywać dominujące nurty, poznać nowych twórców, których warto śledzić, i sprawdzić, co proponują nam starzy mistrzowie. To wyjątkowa pozycja na festiwalowej mapie nie tylko Polski, ale całej Europy. Niewiele krajów proponuje coś na kształt festiwalu narodowego.
Mateusz Demski, dziennikarz filmowy
Największym zaskoczeniem jest decyzja jury. Złote Lwy dla filmu "Ministranci" to werdykt, który - mam takie poczucie - przejdzie do historii jako wybór kompletnie nietrafiony i jawnie asekurancki. W skrócie: banalna forma wypowiedzi, film bez stylu i bez wyrazu, w którym gra w zasadzie toczy się bez jakiejkolwiek stawki. Główny laur odzwierciedla całokształt tegorocznego konkursu, w którym przeciętność zderzała się z nieporadnością i siermiężnością. Na tym tle jaskrawo wypadają w zasadzie tylko dwa filmy: "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" Emi Buchwald oraz "Franz Kafka" Agnieszki Holland. Dwa pokolenia, dwie odmienne estetyki i podejścia do kina.
Dla przeciwwagi, niespodziewanym punktem zwrotnym mojego pobytu na festiwalu okazał się pokaz specjalny filmu "Kallafiorr" (2000) Jacka Borcucha. Totalna łobuzeria filmowa, swoisty kaprys i ekstrawagancja, rzecz zaczepna, zrobiona bez asekuranctwa, w której nie istnieje kategoria, że czegoś się nie da, że czegoś nie można. Oczywiście, że mowa o innej epoce, innych realiach, ale fakt jest faktem, że ćwierć wieku później oglądamy w Gdyni filmy jak od sztancy, w większości bez zadziorności i bez polotu, jedyne co zostaje z człowiekiem, to znużenie i poczucie zawodu. Podczas spotkania po "Kallafiorrze" padły z widowni gorzkie, choć zasadne pytania i stwierdzenia: czemu takie filmy nie powstają, że tego brakuje, że już na nic w tym naszym polskim kinie nie można sobie pozwolić.
Mój werdykt byłby taki: Złote Lwy: "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej", reż. Emi BuchwaldSrebrne Lwy: "Franz Kafka", reż. Agnieszka HollandNajlepsza reżysera: "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej", reż. Emi Buchwald
Trzy najlepsze filmy festiwalu: "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej", reż. Emi Buchwald (Konkurs Główny), "Pod powierzchnią", reż. Kinga Michalska (Dokument w Gdyni) i "Pociągi", reż. Maciej Drygas (Dokument w Gdyni).
Po co nam ten Festiwal? Pytanie, które zadaje sobie każdy, kto od lat przyjeżdża na festiwal do Gdyni. Nie ma co podważać zasadności istnienia tej imprezy: to jedyne takie miejsce spotkań, wymiany myśli, ale też wymiany branżowych kontaktów i doświadczeń. Być może to jest źle postawione pytanie, może lepiej się zastanowić, jakiego festiwalu byśmy sobie życzyli, może warto zacząć dyskusję o jego dotychczasowym kształcie i zastanowić się, jakie zmiany są możliwe.
Jedną z rzeczy "do poprawki" jest z pewnością obecny kształt programu, wielokrotnie mówiono o nadmiarze tytułów w Konkursie Głównym, który sprawia, że filmy dobre, a przynajmniej przyzwoite konkurują z tytułami nieudanymi (a czasem wręcz nieudolnymi). Ta dysproporcja obniża na rangę i prestiż Konkursu. Pytanie, czy takie zmiany są w ogóle możliwe, mając na uwadze, że Gdynia to jeden wielki system naczyń połączonych, miejsce, które ulega (i zawsze ulegało) wielu naciskom zewnętrznym, wewnątrzbranżowym, a przy tym miejsce, w którym każdy pełni jakąś rolę, ma tam swoje mniej lub bardziej prywatne interesy (włącznie z kolegami i koleżankami dziennikarzami, którzy np. prowadzą spotkania po seansach i którym w takim położeniu trudniej zdobyć się na krytyczną refleksję). Czy w takim układzie dyskusja o znaczeniu i kształcie festiwalu jest zatem w ogóle możliwa?
Maja Chitro, ELLE
Największe zaskoczenie na plus to filmy "LARP. Miłość, trolle i inne questy" Kordiana Kądzieli i "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" Emi Buchwald. Nie spodziewałam się aż tak znakomitego, przemyślanego, czułego tzw. młodego kina. Czekam na więcej!
Czy to jest mój werdykt? Absolutnie zasłużona reżyseria dla Emi Buchwald. Znakomita rola Idana Weissa w filmie "Franz Kafka", choć uważam, że za brawurę powinien zostać nagrodzony Eryk Kulm. Sprawia, że kino pachnie i oddycha. Absolutnie nagroda kobieca powinna trafić, moim zdaniem, w ręce Agaty Turkot, która w "Domu dobrym" zbudowała wiarygodną, przejmującą postać.
Trzy najlepsze tytuły festiwalu: "Franz Kafka", "Chopin, Chopin!" i "LARP. Miłość, trolle i inne questy".
Po co nam ten Festiwal? By uświadomić sobie, że polskie kino jest w dobrej formie.
Jacek Cegiełka, KINO i Nagroda im. Zbyszka Cybulskiego
Po krótkich metrażach Emi Buchwald można było się spodziewać, że jej debiut będzie udany. Ale zaskoczyło mnie, że jest aż tak dobry! Świetni aktorzy, precyzyjny scenariusz, finezyjna reżyseria tworzą mikroświat, który najlepiej w całej festiwalowej stawce pokazuje nasze codzienne lęki i nastroje.
Zaskoczenie na minus? Film "Ministranci", laureat głównej nagrody, odbierany był niemal powszechnie jako pogodna historia o dzieciakach, które wyręczają dorosłych w naprawianiu świata. Dla mnie ta historia jest raczej przerażająca, bo mimo iż bohaterowie powtarzają, że ich ma osądzić dopiero Bóg, sami nie wahają się przed karaniem grzeszników. Trochę ten tryb myślenia jest za blisko terrorystów motywowanych religijnie, którymi też najczęściej są młodzi ludzie.
Z wieloma wyborami jurorów mogę się zgodzić, ale to nie może być mój werdykt, bo nie ma w nim żadnej nagrody dla filmu "Dom dobry" Wojciecha Smarzowskiego. Zwłaszcza brakuje mi nagrody za główną rolę dla Agaty Turkot, której kreacja jest porażająca.
Trzy najlepsze filmy festiwalu: "Franz Kafka", "Nie ma duchów w pokoju na Dobrej" i "Dom dobry".
Po co nam ten Festiwal? Po pierwsze: nigdy za dużo promocji polskiego kina, a niewątpliwie festiwal przyciąga uwagę widowni, budząc nadzieję, że przyjdzie do kin, gdy już filmy trafią do dystrybucji. Po drugie: to jedyny moment w roku, gdy spotyka się prawie cała branża filmowa. Bardzo cieszy w tym kontekście rozwijający się program wydarzeń dla profesjonalistów Gdynia Industry.
Kuba Armata, KINO
Największe zaskoczenie na plus to role dziecięce. Zawsze z zazdrością patrzyliśmy w kierunku amerykańskich produkcji, gdzie młodzi aktorzy i aktorki - nierzadko po raz pierwszy na ekranie - byli tak przekonujący, że nie pozwalali zapomnieć, nie tylko o filmach, ale i o swoich rolach. Tegoroczna edycja gdyńskiego festiwalu pokazała, że nie musimy już tego robić i wcale nie chodzi o jakiś wyjątek. Bo z jednej strony to fantastyczna kreacja Filipa Wiłkomirskiego w "Bracie", z drugiej cztery znakomite role: Tobiasza Wajdy, Bruno Błacha-Baar, Mikołaja Juszczyka i Filipa Juszczyka w "Ministrantach". Wielkie brawa też dla reżyserów castingu obu tych produkcji.
Największe zaskoczenie na minus? Nie będę oryginalny, bo po ogłoszeniu werdyktu jurorów, pojawiały się takie głosy, ale i mnie rozczarowało całkowite pominięcie Wojtka Smarzowskiego z jego nowym filmem "Dom dobry". Choć chyba jeszcze bardziej zdziwiły mnie głosy części krytyków, tak bardzo uderzających w ten film. Mnie po projekcji, ciężko było się po nim pozbierać. Nie tylko z uwagi na formę, ale i wagę tematu.
W dużej mierze to jest mój werdykt, bo docenione zostały filmy dla mnie ważne - "Franz Kafka" Agnieszki Holland, "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" Emi Buchwald, "Ministranci" Piotra Domalewskiego. Zabrakło mi większego uznania dla "Brata" Macieja Sobieszczańskiego, choć na szczęście nagrodzono za profesjonalny debiut aktorski znakomitego w tej roli Filipa Wiłkomirskiego. Zabrakło mi też braku jakiegokolwiek uznania ze strony jury dla filmu Smarzowskiego.
Trzy najlepsze filmy: "Dom dobry", "Franz Kafka" i ex aequo: "Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" i "Brat".
Po co nam ten Festiwal? Żebyśmy dalej mogli się przez te kilka gdyńskich dni się spotykać, dyskutować i przede wszystkim pięknie się różnić.
Łukasz Adamski, krytyk filmowy
Największym pozytywnym zaskoczeniem są Złote Lwy dla "Ministrantów" Piotra Domalewskiego. Nie spodziewałem się, że film o religijnej tematyce zdobędzie główną nagrodę. Jestem zaskoczony negatywnie brakiem jakiejkolwiek nagrody dla "Domu Złego" Wojtka Smarzowskiego. Nie jestem entuzjastą tego filmu, ale uważam, że Agata Turkot zasłużyła na nagrodę aktorską.
To jest mój werdykt. Złote Lwy dostał filmu, który pokochałem od pierwszego seansu i uważam za najlepszy na tym festiwalu. Cieszę się też z nagrody dla "Franza Kafki", który pokazuje, że Agnieszka Holland wciąż jest szalenie ciekawą artystką, poszukującą wciąż nowego języka.
Trzy najlepsze filmy festiwalu: "Ministranci", "Franz Kafka" i "LARP. Miłość, trolle i inne questy".
Po co nam ten Festiwal? Po to by zobaczyć, co o świecie mówią polscy filmowcy. Debiutanci i starzy mistrzowie.


















!["Najbogatsza kobieta świata" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MCGESJC4I7J3S-C401.webp)

!["Pan Ryba" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MCGBFOM4QBDYR-C401.webp)
