Michał Pawlik zagrał "nadwornego lekarza" Fryderyka Chopina
Wyczekiwana superprodukcja "Chopin, Chopin!" w reżyserii Michała Kwiecińskiego otworzyła 50. jubileuszowy Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Film, który 10 października zadebiutuje w kinach, ukaże historię wybitnego polskiego kompozytora i jego barwne życie w Paryżu, gdzie koncertował, brał udział w spotkaniach towarzyskich i mógł cieszyć się wsparciem wiernych przyjaciół. W jednego z bliskich Fryderyka Chopina wcielił się w filmie Michał Pawlik, polski aktor, którego występy mogliśmy już oglądać m.in. w "Rojście", "Supernovej", "Słoniu" czy "Rozwodnikach". Michał zagrał Jana Matuszyńskiego, lekarza i współlokatora muzyka, którego Chopin nazywał swoim "nadwornym lekarzem".
Michał Pawlik swoją przygodę z aktorstwem zaczął w Ognisku Teatralnym Teatru Ochoty. Początkowo myślał, że zostanie programistą gier komputerowych, ale los pokierował go inaczej. W 2019 roku ukończył krakowską PWST. Teraz nie tylko występuje w znanych produkcjach serialowych i filmowych, ale sam jest pedagogiem teatralnym i przygotowuje młodzież do egzaminów teatralnych w Studio Aktorskim D. Zięciowskiej. Ponadto jest autorem i wykonawcą stand-upu Płonie Stodoła w Teatrze WarSawy.
W rozmowie z Kingą Szarlej z Interii aktor opowiedział o pracy przy dwóch wyczekiwanych produkcjach, które już za niedługo zadebiutują w kinach i na streamingu. Mowa o filmie "Chopin, Chopin!" i serialu "Heweliusz".
Kinga Szarlej: Dużo się u ciebie dzieje w ostatnim czasie. Za chwilę premiera filmu "Chopin, Chopin!" i miniserialu "Heweliusz", a to nie wszystko. Jesteś też w obsadzie "Zamachu na papieża" i aktualnie pracujesz przy kolejnych nieogłoszonych jeszcze projektach. Czy to najbardziej intensywny czas w twojej karierze? Jak udaje ci się balansować pomiędzy pracą a znalezieniem czasu dla siebie?
Michał Pawlik: - Nie balansuję [śmiech]. To bardzo zależy od okresu. Teraz akurat jest spokojniej, ku mojemu dobremu samopoczuciu - to znaczy wciąż pracuję, ale optymalnie. Faktycznie przez ten okres od rozpoczęcia zdjęć do "Heweliusza" do czerwca tego roku, kiedy skończyłem projekt, o którym będę mógł dopiero mówić za jakiś czas, bez przerwy byłem na planie lub na próbach i przygotowaniach. To był ponad rok bardzo intensywnej pracy. Na szczęście udało mi się jakoś utrzymać balans: żyję, jestem i cieszę się zdrowiem, więc chyba całkiem dobrze mi to wyszło.
"Chopin, Chopin!" Michała Kwiecińskiego w tym roku otwiera Gdynię. Grasz tam Jana Matuszyńskiego, bliskiego przyjaciela Chopina i lekarza. To postać mniej znana w biografii Chopina. Co cię w nim najbardziej zafascynowało? Dlaczego stwierdziłeś, że chciałbyś go bardziej przybliżyć widzom?
- Właściwie, gdyby nie Chopin, to Jan Matuszyński zaginąłby w odmętach historii. Chopin nazywał go swoim “nadwornym lekarzem". Byli przyjaciółmi z czasów licealnych, a w czasach paryskich byli współlokatorami i faktycznie Jaś opiekował się Chopinem. Zaleczał jego gruźlicę, bo gruźlica była wtedy jeszcze nieuleczalna, więc de facto był to wyrok śmierci i można było tylko starać się wydłużyć życie, czego Jan skrupulatnie dokonywał.

- Odpowiadając na twoje pytanie, dla mnie odkryciem było to, że bycie lekarzem w pierwszej połowie XIX wieku, wiązało się z dużym poczuciem bezradności, połączonym oczywiście z dużą wolą służenia i szukania nowych metod leczenia. Właściwie moja postać była rozpięta na dwóch biegunach, czyli z jednej strony ogromnej miłości do najlepszego przyjaciela i chęci uratowania mu życia oraz tego poczucia bezradności. Ta diagnoza była wtedy szokiem, o czym ten film też opowiada. To było dla mnie bardzo intrygujące. W ogóle perspektywa lekarza w XIX wieku zgoła odmienna od dzisiejszej, sprawiła, że też bardzo doceniłem to, co mamy. O samym Janie Matuszyńskim jest niewiele informacji - właściwie jeden artykuł o nim w Muzeum Chopina, taki bardzo lakoniczny, opowiadający o kilku faktach z jego życia. Nie zostawił żadnych listów, żadnych dzienników. Jakieś pojedyncze wspomnienia o nim są w listach Chopina, ale to nie są informacje biograficzne. Właściwie o nim samym wiedziałem niewiele, ale mogłem wykonać pracę, która nadałaby mi kontekst, z czym się mierzył w XIX wieku jako lekarz.
- Mam tu też taką osobistą historię, która się we mnie odezwała, ponieważ Jan Matuszyński, tego nie ma w filmie, ale był medykiem polowym. w trakcie powstania listopadowego. Podobną historię ma mój dziadek, ponieważ był medykiem polowym w trakcie II wojny światowej, więc gdzieś wewnętrznie tę postać dedykowałem działaniom mojego dziadka, ale też w ogóle ludziom, którzy służą. Bardzo to wpłynęło na moje myślenie o sytuacjach kryzysowych. Jest też takie spisane epitafium, wygłoszone przez jednego z kolegów na jego pogrzebie, gdzie właśnie był określony jako "człowiek zaufania i człowiek służący innym".
W informacji prasowej określiłeś Jana Matuszyńskiego jako człowieka introwertycznego i logicznego. Czy ty podzielasz jego cechy, czy jesteś zupełnym przeciwieństwem i dlatego było ci trudniej wcielić się w tę postać?
- To było akurat wyzwaniem, bo jestem dość emocjonalny w tym znaczeniu, że nie umiem ukryć moich emocji tak na co dzień - co innego, gdy przygotowuję się do roli. Wymagało to ode mnie powściągnięcia niektórych nawyków, sposobów wyrażania, poruszania. Cała ekspresja Jasia musiała być dużo bardziej ograniczona, chłodna, logiczna, precyzyjna, bo to jest typ człowieka, który wszystko "bierze na rozum". Może nie jest jakąś duszą towarzystwa, jeżeli chodzi o zabawę i imprezy. Takim punktem odniesienia była dla mnie sama postać Chopina, czyli to, co robił Eryk na planie i budowałem Jasia w kontraście do niego. Chopin kreowany był jako gwiazda rocka tamtych czasów, którego najlepszy przyjaciel jest człowiekiem oschłym, zamkniętym i poniekąd dziwiącym się, że w jego stanie można pozwalać sobie na tyle w życiu. Był silnym głosem rozsądku.
Mówią, że przeciwieństwa się przyciągają. Matuszyńskiego z Chopinem łączyła nie tylko opieka medyczna, ale i muzyka. Czy w którejś ze scen zobaczymy, jak koncertujesz z Erykiem Kulmem?
- Nie. Ten film jest tak obszerny, że jak to zawsze w przypadku filmu biograficznego, trzeba po prostu postawić na pewne tematy. Tutaj ten głos rozsądku i kontrast do postaci Chopina spowodowały, że Jan jest głównie tym nadwornym lekarzem i myślę, że to lepiej, bo dzięki temu się uwydatnia ta postać. Mamy też innych przyjaciół Chopina, czyli Liszta i Fontanę - oni są bardziej związani z muzyką. Liszt wiadomo, także pianista i kompozytor. Fontana był również muzykiem z wykształcenia i dzisiaj byśmy powiedzieli "menedżerem" Chopina. W tym tercecie przyjaciół mi przypadła rola lekarza i to trzeba było maksymalnie wysycić, bo inaczej zrobiłoby się za dużo tematów.
Czytałam, że dużo frajdy sprawiła ci nauka XIX-wiecznych obyczajów i medycyny. Musiałeś też polubić się z francuskim. Czy coś sprawiło ci szczególną trudność podczas przygotowań? Który z tych elementów był najciekawszy do opanowania?

- Ja mam zawsze w sobie dużą ciekawość i dla mnie praca z rolą jest też sposobem poznawania świata lub wręcz podróżowania w te wyobrażane światy. W związku z tym wszelkiego rodzaju szkolenia, próby i ćwiczenia są dla mnie zawsze ogromną frajdą. Mieliśmy takie przygotowanie z obyczajów ówczesnych w kwestii gestów, ukłonów, bo inaczej się kłaniano w towarzystwie, inaczej w obliczu króla, inaczej kobietom, inaczej mężczyznom. Uzyskaliśmy taki bagaż wiedzy, z którego staraliśmy się korzystać na planie, aczkolwiek obyczaj to jedno, a sztuka filmowa to drugie i czasem te rzeczy nie współgrały, więc trzeba było z czegoś zrezygnować albo coś uprościć.
- Języki natomiast są zawsze super - z wielką przyjemnością nauczyłem się tych kilku zdań po francusku, mimo że z francuskim nie mam nic wspólnego. Nawet Victor Meutelet stwierdził w którymś momencie, że mówię bardzo dobrze i płynnie po francusku, więc był to dla mnie duży komplement od native speakera.
- Wiedza medyczna była mi bardziej potrzebna do tego, żeby złapać perspektywę mojej postaci. Bardzo lubię robić research, mimo że on nie jest użyty stricte w scenach i scenariuszu, ale dzięki temu rozumiem, z czym bohater się mierzy i to jest dla mnie ważny kontekst. Nawet taka prosta rzecz, że w tamtych czasach, dopiero co wymyślono pastylkę, nie było tabletek jeszcze, głównie leczono nalewkami. Też słuchałem podcastu na ten temat i bardzo ciekawą informacją było to, że wtedy leczono na przykład żywiołami. To znaczy, że jeżeli gruźlica była mokrym kaszlem i była związana z żywiołem wody, to należało ją odparować, więc leczono nalewkami czy metodami, które by tę wodę odparowały. Dopiero w latach dwudziestych XIX wieku stworzono prototyp stetoskopu, czyli taką trąbkę, bo lekarz też często nasłuchiwał albo czytał z pulsu czy oczu pacjenta. Niektóre z tych metod ewoluowały i są znane dzisiaj, ale kiedyś, można powiedzieć, były bardziej intuicyjne. Też to pokazujemy w jednej ze scen filmu. Zebrałem dużą wiedzę, która sprawiła, że doceniłem to, co mamy dzisiaj, bo myślę, że gdyby każdy z nas chociaż na pięć minut zanurzył się w tamten okres, to bardzo byśmy docenili to, że mamy szczepionki, tyle leków i tyle rozwiązań.
W listopadzie czeka nas premiera "Heweliusza", produkcji zrealizowanej w innej formie, bo tu film, a tu miniserial, ale równie z rozmachem. Czy mógłbyś przybliżyć czytelnikom Interii, kogo grasz w tej realizacji?
- Jestem jednym z członków załogi Heweliusza. Mój bohater mierzy się z katastrofą, co wiązało się z uczestnictwem w większości scen kaskaderskich. "Heweliusz" z jednej strony będzie filmem katastroficznym, z drugiej strony będzie też dramatem sądowym, bo opowiada o tych, którzy ocaleli, o rodzinach, które mierzą się ze stratą oraz z walką o pamięć swoich bliskich. Moja postać z tym wątkiem też będzie powiązana.
Serial opowiada nie tylko o samej katastrofie promu, ale też o ludziach. Jak wyglądały twoje przygotowania do tej roli, by wypaść jak najbardziej autentycznie? Bazowałeś tylko na scenariuszu? Szukałeś informacji na własną rękę czy na przykład mieliście możliwość rozmowy z osobami pamiętającymi lub badającymi to wydarzenie?
Zobacz również:
- Tak. Kasper Bajon i Jan Holoubek zrobili bardzo obszerny research - spotkali się z osobami związanymi ze sprawą Heweliusza. Mieliśmy dostęp do wielu archiwaliów i podczas pierwszego czytania scenariusza, dostaliśmy dostęp do tych materiałów. Mieliśmy też liczne przygotowania, treningi, które miały nam zapewnić poczucie bezpieczeństwa na planie. To się również wiązało ze spotkaniami z osobami, które może nie bezpośrednio brały udział, ale bardzo dobrze znały przyczyny katastrofy. Mieliśmy też szkolenie w Szczecinie z zachowania w trakcie sytuacji kryzysowej na promie czy po prostu na dużych okrętach. Kapitan, który na Politechnice Szczecińskiej prowadził to szkolenie, bardzo dobrze znał temat Heweliusza, więc też nam co nieco opowiadał. To nie było tylko szkolenie teoretyczne - wiązało się też z symulacjami sytuacji kryzysowych. Coś, co chyba było najbardziej zaskakujące dla nas wszystkich - musieliśmy skoczyć z 4,5 metrowej rampy, gdzie do tego dochodziła symulacja sztormu, więc leciała woda i był wiatr. Ubrani byliśmy w tzw. akwaty, czyli takie stroje bezpieczeństwa, dzięki którym ocalony unosi się na wodzie. Trzeba było w tym skoczyć, wypłynąć i jeszcze dopłynąć na tratwę. To wszystko krążyło wokół symulacji tego, co mogło dziać się na Heweliuszu, więc stricte te przygotowania fizyczne rzutowały potem na emocjonalność postaci czy ich podejście w fabule. Mówię tu oczywiście o załodze, bo przez to, że wszyscy przechodziliśmy przez te szkolenia, to było dla nas doświadczenie formacyjne i bardzo się zżyliśmy. Bardzo to potem wpływało na chemię na planie. Myślę, że Jan Holoubek za pomocą tych przygotowań faktycznie zrobił z nas załogę.
Stwierdziłbyś, że pod względem fizycznym to było jak dotąd najtrudniejsze doświadczenie w twojej karierze?
- Zdecydowanie, ponieważ woda jest naprawdę bardzo nieprzewidywalnym żywiołem. Oczywiście w ramach naszych przygotowań wszystko się działo z zachowaniem zasad bezpieczeństwa, aczkolwiek miałem też prywatne doświadczenie rejsu morskiego podczas fali sztormowej. Bardzo to wpłynęło na to, jak podchodziłem tutaj do pracy, ponieważ była to bardzo przerażająca sytuacja. Bałtyk jest naprawdę trudnym morzem do pływania i bardzo zaskakującym w wielu momentach, co zresztą też było jedną z przyczyn katastrofy Heweliusza. Tak, to było ogromne fizyczne wyzwanie.
W "Heweliuszu" mamy bardzo rozbudowaną obsadę, dużo postaci i wiele wątków. Czy ta skala i rotacja aktorów były odczuwalne na planie?
- Tak jak wspomniałem - byliśmy załogą. Głównie wokół załogi krążył wątek mojej postaci. Jest to wielowątkowa opowieść, bo będziemy mieć też perspektywę żon i córek, które walczą o pamięć swoich bliskich straconych na Heweliuszu. Mamy też oczywiście aparat państwowy, który prowadzi swoją grę w ramach katastrofy. Myślę, że tak jak w przypadku "Rojsta", w którym też u Janka grałem i którego też pisał Kasper, jest to bardzo wielowątkowa opowieść, gdzie każdy widz będzie mógł sobie wybrać, czyja perspektywa jest mu bliższa. Myślę, że to jest bardzo mądre podejście,
Na koniec chciałabym porozmawiać trochę o tobie. Podobno miałeś inny plan na swoją karierę?
- Zdecydowanie miałem inny plan. Uwielbiałem gry komputerowe. Do tej pory jest to moje hobby, aczkolwiek już bardzo rzadko mam czas na granie. Dobrze przy tym odpoczywam i chciałem faktycznie być programistą gier komputerowych.
Zastanawiasz się czasem nad tym, czy podjąłeś dobrą decyzję, wybierając aktorstwo?

- Bardzo często [śmiech] zadaję sobie to pytanie, czy podjąłem dobrą decyzję. Marzy mi się, by połączyć te dwa światy. Powstają gry komputerowe, w których biorą udział aktorzy i kreują tam postaci. To się wiąże z użyciem technologii motion capture, czyli po prostu oddania ruchu postaci, a następnie zaprojektowania na to grafiki - nie wiem, czy to jest właściwa nomenklatura. To moje marzenie stworzyć postać w ramach gry komputerowej, która byłaby też wiodącą w grze lub jakąś charakterystyczną. Przepracowałem ponad rok w sklepie internetowym i w agencji marketingowej, więc stwierdziłem, że jak kiedyś by miało tak wyglądać moje życie, to zaryzykuję i spróbuję spełnić te marzenia o akademii teatralnej. Ale ten rodzaj analityczności, który się przejawiał w informatyczno-matematycznych umiejętnościach na poziomie podstawówki i gimnazjum, bardzo mi się przydaje teraz w analizie postaci. Myślę, że stąd też gdzieś po drodze pojawiła się socjologia, która łączyła te dwie przestrzenie, czyli humanistyczną i analityczną.
W swoim biogramie na Instagramie określasz się nie tylko jako "aktor", ale też "storyteller". Co to słowo dla ciebie znaczy? Dlaczego zdecydowałeś się je tam umieścić?
- Brzmi ono jakoś ciekawiej niż "opowiadacz". To, co mnie zawsze najbardziej fascynowało w grach komputerowych, w teatrze, w filmie, to opowieść. Jest to dla mnie trochę szersza perspektywa, bo czasem bardziej niż bohaterem czuję się przekaźnikiem opowieści. Jako aktor jestem elementem szerszej układanki i opowieść to jest dzielenie się z kimś, kto słucha. Przypiąłem sobie taką łatkę, by pamiętać po co to robię i dla kogo to robię. Oczywiście jest też w tym komponent egoistyczny. Fajnie jest przeżyć te wszystkie przygody - czy na pokładzie Heweliusza, czy w XIX-wiecznym fraku - i mieć z tego absolutną dziecięcą frajdę. To jest jeden aspekt. Drugi aspekt jest taki, że zawsze staram się znaleźć coś dla widzów: coś, co ich wzruszy, zezłości, zafascynuje, zaciekawi. Sam uwielbiam słuchać opowieści i moją ogromną frajdą jest też te opowieści tworzyć, opowiadać, przekazywać. Stąd ten storytelling.
Kiedy premiera "Chopin, Chopin" i "Heweliusza"?
Dwie polskie superprodukcje zadebiutują już niebawem. Film "Chopin, Chopin" ukaże się w kinach 10 października, a serial "Heweliusz" zostanie udostępniony w ofercie Netfliksa 5 listopada.
Zobacz też: "LARP. Miłość, trolle i inne questy". Najlepsza polska komedia od wielu, wielu lat










