Debiutowała jako kilkulatka. Dziś podbija polskie kino
Powiedzieć, że Julia Totoszko dorastała na deskach teatru, to za mało. Młoda aktorka niemal całe dzieciństwo spędziła, biegając po korytarzach i buszując w garderobach gdyńskiego Teatru Muzycznego, gdzie występowała jej mama, Marta Smuk. To po niej Julia odziedziczyła muzykalność i talent aktorski. Choć miała pełnię możliwości korzystania ze znajomości swoich znanych rodziców, postanowiła sama ciężko zapracować na swoją pozycję w aktorskim środowisku. Wie, że nowe role nie przychodzą same, a talent nie zawsze jest gwarantem sukcesu.
W swoim pierwszym spektaklu Julia Totoszko zagrała już w wieku... 3 lat. Dziś ma na koncie role w siedmiu produkcjach filmowych, kilkunastu sztukach teatralnych i musicalach. Szerszej publiczności dała się poznać w dwóch tegorocznych fabułach pokazywanych na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. "Fluidy" to opowieść o trudach dorastania, próbie dopasowania się do oczekiwań środowiska, o nastoletnim buncie i, co rzadkie w polskim kinie, o niebinarności jednej z postaci. Z kolei "Miłe kobiety" portretują obraz rodziny po przejściach, skupiając się na skomplikowanych relacjach między kobietami z kilku pokoleń.
Za wyjątkowy wkład artystyczny w ostatni z wymienionych filmów, decyzją jury Julia Totoszko otrzymała nagrodę specjalną na 51. FPFF. Komisja zwróciła uwagę na jej "bezbłędną intuicję i inteligencję emocjonalną prowadzącą do niepowtarzalnej i oryginalnej kreacji aktorskiej" oraz "wysoki poziom świadomości, wyczucie i smak". O jej najnowszych rolach i miłości do aktorstwa od najmłodszych lat Totoszko opowiedziała w rozmowie z Interią Film.
Mary Kosiarz, Interia Film: Debiutujesz w Gdyni w filmach "Fluidy" i "Miłe kobiety". Chociaż właściwie o debiucie nie może być mowy, bo po raz pierwszy zagrałaś w teatrze... w wieku 3 lat. Jak zaczęła się twoja przygoda ze światem sztuki?
Julia Totoszko: Moja przygoda zaczęła się faktycznie bardzo wcześnie. Moja mama jest aktorką i w pracy nie miała co ze mną zrobić. Wyjechałyśmy z Warszawy, wprowadziłyśmy się do Gdyni i przyjeżdżałam z nią na próby do Teatru Muzycznego. Była etatową aktorką, a ja razem z nią biegałam po korytarzach teatru. Któregoś dnia, podczas prób do "Skrzypka na dachu" Jerzy Gruza spytał, kto mu się tutaj pałęta między nogami. Powiedział: dawać ją (śmiech). I tak to się wszystko zaczęło. Zakochałam się w tej pracy, nie mogłam już bez niej żyć. Świat filmowy to dla mnie naturalne środowisko.
Mary Kosiarz: Czy wyobrażałaś sobie kiedyś, że możesz działać w innej branży? Zostawić aktorstwo?
Julia Totoszko: To było dla mnie naturalne, nie było innej opcji. Zawsze powtarzałam, że nic innego nie potrafię (śmiech). W szkole też nie byłam jakaś świetna. Czułam, że to musi być aktorstwo. Ale rzeczywiście, jest jedna historia: kiedy miałam sześć lat, jechałam z mamą do przedszkola, zmęczona po spektaklu, zimą. Patrzyłam wtedy na kierowcę autobusu i myślałam sobie, że chyba chciałabym zostać kierowczynią. Mają specjalnie wydzielone pomieszczenie, pojemnik na wodę, jakieś zdjęcia, jest im tam ciepło, nie muszą stamtąd wychodzić i podróżują. To marzenie trwało kilka miesięcy (śmiech). Potem oczywiście wróciłam do aktorstwa, o którym marzyłam przez całą resztę życia i które realizuję do dzisiaj.
Zawsze masz szansę wcielić się w kierowczynię autobusu.
Julia Totoszko: Prawda? Jest taka szansa (śmiech).
Zatrzymajmy się przy "Fluidach", twoim debiucie w głównej roli. To niezależne kino young adult, którego w Polsce nie mamy zbyt wiele. Czujesz, że takie historie są młodym ludziom szczególnie potrzebne na ekranie?
Julia Totoszko: Myślę, że zdecydowanie tak. Jest to piękny film o czułości, bliskości, dojrzewaniu, o tym bardzo trudnym momencie wchodzenia w dorosłość, który każdy z nas przeżywa, choć wtedy nie wiemy dokładnie, na jakim etapie się znajdujemy. Dojrzewanie to bardzo ogólne stwierdzenie i każdy ma na nie swój sposób. Im więcej takich filmów, tym lepiej. Dla młodszej widowni, ale również dla rodziców, którzy często stają przed trudnym zadaniem spotkania się z takim nastolatkiem i nie zawsze rozumieją, co się z nim dzieje. Dwie strony mają tu ciężkie zadanie. Dziecko z poradzeniem sobie z problemami, szukaniem swojej tożsamości, swojego miejsca w świecie, a rodzic z tym, że nie zawsze wszystko rozumie. Warto uświadamiać te trudne tematy.
We "Fluidach" widzimy dużo takich sytuacji, w których ojciec NIny i Miki stara się zrozumieć ich świat, nie odnajduje się chociażby w stosowaniu zaimków. Czy kiedy dostałaś scenariusz poczułaś pewien rodzaj społecznej ważności, m.in. ze względu na temat niebinarności i transpłciowości?
Julia Totoszko: Jako ekipa filmowa zawsze mamy w sobie jakąś misję. Scenariusz bardzo mnie urzekł, byłam przewzruszona, czytając tę historię. Ale wbrew pozorom, w tym filmie jest bardzo mało krzyku wokół tej ważnej sprawy. Wzbudza ona wiele emocji, niestety bardzo często nieprzychylnych; wiemy, w jakim świecie żyjemy. A mimo to, wychodząc z kina poczułam, że my nie krzyczymy na ten temat i powoli, tak jak Miki, zabieramy się za tę całą materię. Nina też jest buntowniczką, zawsze trzyma fajkę w ręku i chce, żeby wszyscy się od niej odwalili. Wszystko się w niej w środku gotuje, nie wie, jak ma to pokazać, jak sobie z tym poradzić. Wyjątkowe w tym filmie jest to, że za naprawdę ważne kwestie zabieramy się powoli i bardzo delikatnie. Oczywiście, czułam ogromną misję, biorąc się za tę historię, jest dla mnie bardzo istotna. Razem z Marysią [Wider, reżyserką - red.] i Wiktorią [Węglowską - red.], która gra Miki, chciałyśmy powiedzieć coś ważnego.
Twoje bohaterki we "Fluidach" i "Miłych kobietach" to buntowniczki. Czy ty też dzieliłaś albo dzielisz z nimi tę cechę?
Julia Totoszko: Kiedy byłam w wieku moich bohaterek miałam tego buntu bardzo niewiele. Moi rodzice zawsze dawali mi pole do tego, żeby się "wyżyć" i ten bunt w sobie przeżyć, nie było z tym problemu. Ale nigdy nie czułam takiej potrzeby, żeby krzyczeć na cały świat i tupać nogą. Im jestem starsza, tym bardziej czuję, że ten bunt wraca do mnie po latach. Mój zawód jest trudny, jestem teraz w szkole teatralnej, jestem też bardzo wrażliwa, przejmuję się rzeczami. Widzę, że wciąż wielu rzeczy się uczę, wciąż dojrzewam i jestem, kolokwialnie mówiąc, smarkulą, która często się wkurza, czasem nawet i nie rozumie swoich emocji. Myślę, że etap dojrzewania nie kończy się na 17. roku życia, ale trwa jeszcze przez bardzo długo, właściwie przez całe życie.
Życzymy ci w takim razie, żebyś dojrzewała na ekranie wraz z kolejnymi bohaterkami. Mam nadzieję spotkać się na kolejnym festiwalu w Gdyni - zresztą pochodzisz z tego miasta.
Julia Totoszko: Tak! To moje rodzinne miasto, czuję się tutaj jak w domu, jest mi tak dobrze, To też mój pierwszy festiwal, jakoś nigdy się nie złożyło, żebym tu dotarła, zawsze miałam w tym okresie dużo pracy. Jestem bardzo wzruszona, że mogę tutaj być.












