Bohaterem tegorocznego cyklu "I Bóg stworzył aktora" podczas 19. BNP Paribas Dwa Brzegi był Marcin Dorociński. W ramach retrospektywy widzowie mogli obejrzeć sześć filmów z udziałem polskiego gwiazdora: "Lęk wysokości", "Różę", "Obławę", "Jack Strong", "Na granicy" i "Minghun".
Marcin Dorociński należy do najpopularniejszych i najbardziej cenionych aktorów. Z powodzeniem łączy występy w ambitnym kinie autorskim z rolami w międzynarodowych superprodukcjach. Stworzył zapadające w pamięć kreacje m.in. u Wojciecha Smarzowskiego, Borysa Lankosza, Władysława Pasikowskiego czy Kingi Dębskiej.
Przez ostatnie lata pracował na planach przede wszystkim zagranicznych produkcji. Rozpoznawalność na świecie zyskał dzięki roli w serialu "Gambit królowej" czy filmowi "Mission Impossible: Dead Reckoning" z Tomem Cruisem.
Co o swej pracy opowiedział w Kazimierzu Dolnym? Na spotkanie z publicznością aktor przyjechał wprost z planu "Lalki".
Spotkanie poprowadziła dyrektorka artystyczna Dwóch Brzegów Grażyna Torbicka.
Marcin Dorociński o "Lalce"
- Boję się oczywiście, to jest wielka odpowiedzialność, szczególnie po tych wcześniejszych produkcjach. Poza tym powstają teraz dwie "Lalki". Myślę, że ta książka jest dla wielu z nas, dla wielu Polaków bardzo ważna. W tej książce jest wszystko... Trochę boję się o tym mówić, bo jak zaczynam jakiś film, to jestem bardzo niepewny, nie mogę spać. Dopiero zaczęliśmy, to pierwsze kroki, czuję odpowiedzialność. Wiem, że są olbrzymie oczekiwania i moje, i pewnie wszystkich, którzy będą to potem oglądali.
- Ta rola to na pewno spełnienie marzeń, bo następna "Lalka" może powstać za 50 lat. Jak zobaczyłem zamknięte Aleje Ujazdowskie i te wszystkie dorożki, konie, pięknie ubranych statystów, aktorów to pomyślałem sobie, że wcale nie trzeba wyjeżdżać za granicę, żeby robić piękne filmy. Mam nadzieję, że ten film będzie piękny.
- Mam wielkie szczęście do spotykania wspaniałych ludzi, twórców: reżyserów, operatorów, aktorek, aktorów, scenografów, kostiumografów i tak dalej. Zawsze powtarzam, że robienie filmów to jest praca zespołowa i naprawdę dziesiątki, czasem setki ludzi muszą się napracować, żeby wyszedł piękny film. Ja to bardzo doceniam i jak się kładę wieczorem, to zmawiam paciorek i dziękuję za to, że mogę być tego częścią, że mogę uprawiać ten zawód. Myślę, że państwo to wiedzą - to nie zawsze jest takie łatwe, lekkie i przyjemne, i zawsze się mierzymy z czyimś wyobrażeniem.
Marcin Dorociński o roli w "Mission: Impossible"
- Jak wyszło pierwsze "Mission: Impossible" w 1996 roku, byłem na ostatnim roku w szkole teatralnej w Warszawie i jechałem na jakiś casting czy zdjęcia próbne na Chełmską do Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Zobaczyłem wtedy plakat "Mission..." i pomyślałem: "Czy kiedykolwiek będzie mi dane choć przejść koło takiego planu, już nie mówię, żeby tam zagrać. I 25 lat pięć lat później to się wydarzyło przez to, że mam również agenta za granicą.
- Dostaję dużo propozycji self tape'ów, to takie zdjęcia próbne. Dostaje się tekst, trzeba się samemu nagrać i potem to odesłać. Robię tego setki i zawsze myślę, że fajnie byłoby gdzieś się pojawić, bo wiadomo, że przecież nie dostanę głównej roli. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dostałem telefon, że wieczorem będę miał łączenie przez Skype'a. Najpierw był agent, potem sam Christopher McQuarrie [reżyser czterech części "Mission: Impossible", w tym "Mission Impossible: Dead Reckoning" - red.], który dostał Oscara za scenariusz filmu "Podejrzani". I pyta mnie: "Cześć, to co? Zagrasz tego kapitana łodzi podwodnej?". Ja mówię: "No pewnie!", a on: "Słyszałem, że masz operację kolana - czy mógłbyś ją przełożyć?". I tak pojechałem do Anglii.
- Siedziałem tam chyba ze dwa tygodnie, potem wróciłem, przeszedłem dość ciężką operację i po czterech znowu miesiącach musiałem wrócić na plan. Jeszcze nie chodziłem najlepiej, a tam już wszystko było zbudowane, była replika łodzi podwodnej. Pierwsze otwierające ujęcie przechodzenia przez właz robiliśmy 121 razy. Moja noga nie była do końca sprawna, wciąż gdzieś nią zahaczałem i jak wróciłem do hotelu, to wszędzie miałem siniaki. Tej sceny nie ma w filmie, jest trochę inaczej, ale kręciliśmy ten materiał przez kilka miesięcy, tego było z pół godziny. W pewnym momencie powiedzieli: "Fajnie gra ten gość z Polski, ale na ekranie tego nie może być więcej niż osiem minut".
Jak pracuje Marcin Dorociński?
- Chyba nie mam żadnej swojej metody. Za każdym razem naprawdę czuję zaskoczenie, że ktoś mnie chce, że ktoś mi proponuje tak piękny materiał i zawsze na początku pojawia się strach, czy podołam, czy nie przyniosę wstydu. To też towarzyszy mi w teatrze. Myślę, czy nie dam plamy, czy nie zapomnę tekstu, a tu tylu ludzi przyszło, kupiło bilet.
- Myślę, że miałem naprawdę dużo szczęścia. Oczywiście szczęście to jest jakaś tam wypadkowa pracy, poznawania ludzi i dawania z siebie wszystkiego. Mam wrażenie, że to potem wraca. Nigdy nie kalkulowałem, ani nie liczyłem, co będzie. Jak przychodził jakiś projekt, to mu się całkowicie oddawałem i starałem się maksymalnie. (...)
- Czytam scenariusz i albo widzę, o czym to będzie albo nie. To tak jak się czyta fajną książkę, wyobraźnia zaczyna galopować i widzimy te obrazy albo nie. A potem jeszcze sporo ludzi musi się napracować, żeby to zmontować i żeby wyszedł taki efekt, że czasami sam jestem zaskoczony.
Całe spotkanie z Marcinem Dorocińskim możecie zobaczyć na YouTube - kliknij tutaj!
19. Festiwal Filmu i Sztuki BNP Paribas Dwa Brzegi odbywa się w dniach 26 lipca - 3 sierpnia w Kazimierzu Dolnym i Janowcu nad Wisłą.














