Ta kameralna opowieść o konsekwencjach pielgrzymki Jana Pawła II do Polski dla zwykłego, przeciętnego mężczyzny z małego miasteczka łączy w sobie elementy komiczne z głębszą, metafizyczną refleksją. "Spiritus sanctus" to trzecia, po "Martwym małżeństwie" i "Być kimś", współpraca reżysera z aktorem. Z Michałem Toczkiem i Sebastianem Stankiewiczem rozmawia Kuba Armata.
Kuba Armata, Interia Film: "Spiritus sanctus" to opowieść o mężczyźnie w potrzebie, dość typowej w tamtym czasie, a akcja filmu rozgrywa się w 1999 roku w trakcie pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Jak narodził się ten pomysł?
Michał Toczek: - To było trzy lata temu. Scenarzysta filmu Adam Porębowicz opowiedział mi anegdotę z 1999 roku i czasu prohibicji związanej z pielgrzymką Jana Pawła II do Polski. Uznał, że to może być ciekawy temat na film, w dodatku w stylu, który lubię. To było lato. Uznaliśmy, że napiszemy coś krótkiego na bazie tej historii. Finalnie scenariusz miał pięć stron. Na początku robiliśmy to totalnie bez napinania się i z nastawieniem, że może coś fajnego z tego wyjdzie. I chyba wyszło.
Sebastian, a co sobie ty pomyślałeś, jak już przeczytałeś te pięć stron?
Sebastian Stankiewicz: - Bardzo spodobał mi się pomysł. Mimo że to tylko pięć stron i krótka historia, z doświadczenia z pracy z Michałem wiedziałem, jak dużą uwagę przykłada do wszystkiego. Zwłaszcza na samym początku, a to jest kluczowe przy scenariuszu. Pamiętam też, że pojawiły się u niego pewne wątpliwości. We wcześniejszych filmach, które razem zrobiliśmy, wszystko było jasne od początku, praktycznie nic nie zmienialiśmy z tego, co zostało napisane. W przypadku "Spiritus sanctus" czułem, że Michał cały czas się zastanawia, o czym tak naprawdę ma być ten film. Krótki opis fabuły był prosty - facet jedzie po flaszkę wódki na urodziny żony w dniu, w którym w miasteczku ogłoszona zostaje prohibicja, bo do Polski ma przyjechać papież Jan Paweł II. I tyle.
Michał Toczek: - To był dla mnie najbardziej karkołomny film. Mieliśmy sporo pracy ze scenariuszem, zanim zaczęliśmy zdjęcia. Włączył się w to Sebastian, operator Tomek Pawlik i producent Sławek Łonisk. Zastanawialiśmy się wspólnie, jak ta opowieść ma się zakończyć i jaki ma być jej ton. To działo się też na etapie zdjęć i montażu. Dla mnie to w gruncie rzeczy jest opowieść o metafizyce. Największym wyzwaniem stało się to, żeby nie dać widzowi łatwej, wygodnej odpowiedzi. Nie da się tego zamknąć w stwierdzeniu, że papież jest albo nie jest święty.
Sebastian Stankiewicz: - Dużo myślałem o tym, jak tę metafizykę pokazać. Ten fakt, że mojego bohatera coś naprawdę dotknęło i co to w nim zmieniło, zwłaszcza przy tak mocnej, symbolicznej figurze papieża, osadzonej w polskim, katolickim kontekście. Dla mnie ten film nie jest o religii. Najważniejszy w nim człowiek, który żyje w konkretnym miejscu i czuje się tu dobrze. Jestem bardzo zadowolony z efektu naszej pracy. Przeszliśmy z Michałem pewną drogę twórczą, a to jest najpiękniejsze w robieniu kina.
Bliscy byli ci bohaterowie filmów, które razem zrobiliście?
Sebastian Stankiewicz: - Zawsze sporo o nich myślałem. Budowałem ich sobie, zastanawiałem się, kim właściwie są. Podobnie było i w tym przypadku. Kiedy pytałem Michała: "Słuchaj, co to za facet?", odpowiadał, że najważniejsze jest jego zadanie, to co ma zrobić. Bardzo mi to pomagało. To jest człowiek, który stoi na uboczu i po prostu doświadcza świata wokół siebie. Podobnie jak w poprzednich filmach Michała - przeciętny facet wplątuje się w jakąś grubą aferę i staje się obserwatorem tych wydarzeń. Bardzo lubię u Michała to, że każda scena jest przemyślana i posuwa akcję do przodu. Nie ma tam zbędnych ujęć. Wszystko ma swój cel i sens. Lubię tę precyzję.
Michał Toczek: - Zwłaszcza że kręciliśmy na taśmie, a ten materiał jest drogi. Dlatego trzeba było to wszystko dokładnie przemyśleć, rozrysować, zaplanować. Nie da się kręcić "na żywioł". Myślenie taśmą jest piękne. Przy tym filmie sprawdziło się idealnie.
Trudno na przestrzeni piętnastu minut połączyć te wszystkie elementy - w tym przypadku komediowy ton z głębszą, metafizyczną refleksją?
Michał Toczek: - Chodzi o to, żeby nie wpaść przy takim temacie i metrażu w powierzchowność. Zrobienie filmu, w którym papież jest źródłem świętości i metafizyki, byłoby dla mnie nieuczciwe. Raczej w to nie wierzę. Z drugiej strony, cynizm też nie jest mi bliski. Masz zatem bardzo krótki metraż i musisz balansować. Do tego doszedł fakt, że to był film kostiumowy, historyczny, w końcu akcja rozgrywa się w 1999 roku, a kręciliśmy go tylko trzy dni. Na więcej nie było pieniędzy. Dużym wyzwaniem stało się to, by nie zrobić z filmu głupoty, taniego żartu, a jednocześnie nie spłaszczyć tematu.
Sebastian Stankiewicz: - Cały czas obracamy się w jakimś dualizmie - dobro i zło, yin i yang, białe i czarne, sacrum i profanum. Nie chciałem, żeby film wpadł w którąś ze skrajności. Dlatego tak dużo rozmawialiśmy o zakończeniu. Pamiętam, jak powtarzałem Michałowi, że bardzo bym chciał, żeby sacrum i profanum cały czas ze sobą współistniały. Po to, by pokazać, że w życiu rewers i awers są nierozłączne.
Michał Toczek: - Nasz film w gruncie rzeczy sprowadza się do tych pierwiastków - sacrum i profanum. Z jednej strony alkohol, z drugiej papież. Z jednej cud, z drugiej - jego brak. O to w tym wszystkim chodzi.
Nie wydaje wam się, że my do takich postaci jak Jan Paweł II czy Lech Wałęsa, który był ważny w kontekście waszego poprzedniego filmu "Być kimś", podchodzimy zbyt poważnie, pomnikowo, bez dystansu?
Michał Toczek: - Tak mi się wydaje. Z drugiej strony uważam, że teraz, mając trzydzieści lat, mogę robić filmy polemiczne z tym co daje starsze pokolenie. Nie spotykam się z głosami, że robię coś niepoważnego, czym nawet trochę jestem zdziwiony. Mamy taki stereotyp, że w Polsce do tych postaci trzeba podchodzić bardzo poważnie, ale w praktyce nikt mi nigdy nie powiedział, że to jest obraźliwe czy oburzające. Myślę, że publiczność się zmienia. Ludzie są o wiele bardziej otwarci i potrafią przyjąć taki film z dystansem.
Sebastian Stankiewicz: - To jest takie mierzenie się z ikonami. My jako twórcy powinniśmy to robić. Trochę już przeżyliśmy, coś tam widzieliśmy. Myślę, że w tym wieku mamy prawo i dystans, żeby na takie rzeczy spojrzeć nie tylko z czcią, ale też z pewną swobodą. Pamiętam, jak moja babcia oglądała pielgrzymki w telewizji, jak wszyscy płakali. Dla mnie jako dziecka to było coś absolutnie niesamowitego. W tamtych czasach rodziła się demokracja, wszystko się zmieniało. Pamiętam też, jak chodziłem z babcią na wybory. Ona skreślała wszystkich po kolei, żeby głos był na Solidarność. Byłem wtedy dzieckiem i nie ogarniałem tego w pełni. A teraz patrzę na to z zupełnie innej perspektywy.
Macie jakieś własne pielgrzymkowe doświadczenia?
Michał Toczek: - Nie przypominam sobie wielu takich momentów. Chyba byłem za mały. Najmocniej utkwiła mi w pamięci śmierć Jana Pawła II. Miałem wtedy dziewięć lat i już rozumiałem, o co chodzi.
- Pamiętam to niesamowite zjednoczenie ludzi wokół czegoś większego. Wszyscy stali ze świecami, trwali w tym razem. Kiedy w ramach dokumentacji oglądaliśmy materiały z pielgrzymek, byłem pozytywnie zaskoczony. Ludzie autentycznie to przeżywali, wspierali się nawzajem. Mimo że katolicka rytualność nie jest mi bliska, to uważam, że takie wspólnotowe doświadczenia są pozytywne.
Sebastian Stankiewicz: - Ja wszystko odbierałem raczej z perspektywy telewizora. Pamiętam, jak na peronie w Głogowie, skąd pochodzę, odjeżdżały pielgrzymkowe pociągi. Ludzie jechali zobaczyć papieża. Ta wspólnotowość, o której wspomniał Michał, jest mi bliska. Ale nie miałem chyba potrzeby, żeby być tam osobiście, wyjść, dotknąć.
Michał Toczek: - Warto dodać, że chociaż sam tego nie znam z autopsji, są naprawdę świetne materiały fotograficzne i filmowe z tych pielgrzymek. Szczególnie prasowe fotografie są niesamowite. One były dla nas dużym źródłem inspiracji.
Wydaje mi się, że taka historia, jaką opowiadacie, mogła wydarzyć się w wielu polskich domach. Ktoś był po prostu rozczarowany, że akurat w momencie, kiedy chciał się napić wódki, nagle ogłoszono prohibicję.
Michał Toczek: - Ten pomysł wyszedł z samej idei prohibicji i bohatera, który szuka butelki wódki na urodziny swojej żony. Nie chcieliśmy robić filmu o pijakach. Zresztą dużo o tym rozmawialiśmy na etapie scenariusza. Po prostu wyszło wtedy rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów, na podstawie którego wprowadzona została prohibicja. I trzeba było sobie z tym radzić.
Sebastian Stankiewicz: - Nie bójmy się tego powiedzieć, że w tamtych czasach my Polacy byliśmy umoczeni w alkoholu. To się teraz zmienia, szczególnie widać to u młodszych pokoleń. Wtedy było inaczej, co dobrze oddaje scena w melinie. Ten temat dotyczył wszystkich. Sam to zresztą pamiętam ze swojego miasteczka czy środowiska. Takie po prostu były czasy. Dlatego wydaje mi się, że cała konstrukcja filmu jest bardzo prawdziwa.
Rzeczywiście ta zmiana w podejściu do alkoholu jest dziś duża.
Sebastian Stankiewicz: - Wydaje mi się, że już nie ma takiego stereotypu, jaki był kiedyś. Teraz wśród młodych jest moda na niepicie, trzeźwość. Naprawdę mnie to cieszy.
Michał Toczek: - Urodziny, imieniny - kiedyś wódka zawsze musiała być. To było coś normalnego. Szczerze mówiąc, miałem pewne obawy przed zajęciem się tematem alkoholu, bo jest on drażliwy i człowiek ma świadomość, że trzeba uważać.
W "Spiritus sanctus", ale też w poprzednich filmach, które zrobiliście, bardzo istotne jest poczucie humoru. Ironiczne, mające coś z satyry, a jednocześnie pełne czułości. Humor nie służy napiętnowaniu bohaterów, jest w nim raczej dużo ciepła.
Michał Toczek: - Wydaje mi się, że to poczucie humoru wynika z naszych wrażliwości. Cieszę się, że pracuję z Sebastianem, bo przy ironii jest naprawdę cienka granica między czułością a cynizmem. Sebastian zawsze te postaci ociepla. Gdyby zagrał je ktoś inny, mogłyby wyjść dużo ostrzej i mniej sympatycznie. Dzięki niemu nie da się ich nie lubić.
Sebastian Stankiewicz: - Ja też bardzo lubię takie poczucie humoru. Dla mnie życie jest tragikomiczne. Zawsze miałem marzenie, żeby pokazywać zwykłych ludzi, takich cichych outsiderów. Tych, na których na ulicy normalnie nikt nie zwraca uwagi. Tak jak tutaj. Faceta, żyjącego w małym miasteczku z żoną, zajmującego to samo miejsce przed telewizorem, prowadzącego spokojne życie. Nikt nie zagląda w jego historię. A tu nagle "zagląda" papież i bohater wpada w wir wydarzeń, choć chciał tylko pojechać po flaszkę na imieniny żony. Bohaterowie u Michała nie starają się o sympatię widza, nie walczą o uwagę. Mimo to widz przez cały film skupia się na tym, co dzieje się w środku tego człowieka.
Jak zaczęła się wasza współpraca, bo pierwszym wspólnie zrealizowanym filmem było "Martwe małżeństwo" z 2022 roku?
Michał Toczek: - Poznaliśmy się w 2020 roku. Chciałem odezwać się do Stankiego, choć w szkole mi odradzali i mówili, że on mi zrobi z tego taką komedię. Castingowałem innych świetnych aktorów, ale czułem że to jeszcze nie jest to. Wtedy zadzwoniłem do Sebastiana. Chyba spodobał ci się scenariusz?
Sebastian Stankiewicz: - Od razu mi się spodobał. Pamiętam, jak czytałem ten tekst razem z moją agentką. Nagle mówię: "Wow". Od razu czułem, że to jest świetna rzecz, bardzo ciekawa postać do zagrania i w ogóle interesujący pomysł na kino. Nie ukrywam, że trochę stresowałem się przed zdjęciami próbnymi, a trzeba było sprawdzić, jak to wygląda na żywo. Podoba mi się w młodych reżyserach, że oni nawet przy uznanych nazwiskach robią castingi. Delikatnie pytają o to, czy taka osoba się zgodzi, ale to przecież ich film i trzeba sprawdzić, czy istnieje między nimi jakaś chemia. Nie mam z tym żadnego problemu.
I jak wiemy, casting poszedł po twojej myśli.
Sebastian Stankiewicz: - Bardzo mi zależało na tej roli. Na szczęście się udało. Robimy już razem z Michałem trzeci film, a ja w każdym gram główną rolę. I one są różne. Czasami trafia się na kogoś i znajduje wspólną przestrzeń związaną z pojmowaniem kina, sztuki, byciem ze sobą, poczuciem humoru.
Od razu między wami kliknęło?
Michał Toczek: - Kiedy Sebastian zagrał w "Martwym małżeństwie", od razu przekonałem się, że to bardzo dobry aktor. Nie jest tak, że piszę role pod Sebastiana. Po prostu tacy bohaterowie pojawiają się w mojej głowie. I okazuje się, że pasują do niego jak ulał.
Sebastian Stankiewicz: - Zazwyczaj takie osoby jak ja są postrzegane jako charakterystyczni aktorzy drugoplanowi. Zawsze grałem kumpli centralnej postaci, najczęściej z elementem komicznym. U Michała stałem się pełnoprawnym głównym bohaterem. On taką postać wykreował i pomyślał, żeby mnie w to włożyć. Bardzo się z tego cieszę, bo od dawna czułem, że chciałbym takie rzeczy robić, a nigdy wcześniej nie miałem okazji.
Michał Toczek: - Kiedy jeździmy na festiwale, szczególnie do mniejszych miast, ludzie często rozpoznają Sebastiana i podchodzą z takim szczerym wyznaniem: "Tak w ogóle to ja cię lubię". Zawsze mnie to bawi i rozczula. Wydaje mi się, że zwykli widzowie mocno się utożsamiają z postaciami granymi przez Sebastiana. On ma w sobie tego prawdziwego, zwykłego człowieka z krwi i kości jakich jest dziewięćdziesiąt procent w Polsce.
Teraz jesteście z filmem na trochę większym festiwalu. Czym dla was jest ten wyjazd do Cannes?
Sebastian Stankiewicz: - Dla mnie to jest przede wszystkim kolejna przygoda na zawodowej mapie. Bardzo doceniam fakt, że nasza twórcza praca została zauważona. Spośród ponad trzech tysięcy zgłoszonych filmów wybrano tylko dziesięć i znaleźliśmy się w tym gronie. To naprawdę coś. Od dawna uważnie śledziłem festiwal w Gdyni, znałem te wszystkie wielkie nazwy: Cannes, Wenecja, Berlin, Oscary… To takie miejsca, o których człowiek od lat myśli, że tam dzieje się prawdziwe kino. I nagle samemu się tam znajdujesz. To naprawdę świetne uczucie.
Michał Toczek: - Dla mnie to wielka radość, ale też sporo stresu z tym związanego. Staram się jednak podchodzić do tego jak do nagrody. Super, że nas wybrano i że będziemy mieli szansę na takie niezwykłe doświadczenie. Wiem, że jak festiwal się skończy i wrócę do Polski, to znowu będzie to samo - kartka papieru, cisza i ja sam. Dlatego chcę jak najwięcej z tego wynieść - przeżyć, rozmów, emocji i obejrzeć wiele filmów. Zdajemy sobie sprawę, że to tylko mały, choć bardzo wartościowy wycinek naszej pracy.















