"Historie równoległe" Asghara Farhadiego: nowe spojrzenie na kino Krzysztofa Kieślowskiego. Udane?
Rozprawy o filmach Kieślowskiego napisali w swoich dziełach najwięksi światowi reżyserzy. Z filmowego geniuszu Polaka czerpali Alejandro González Iñárritu, Terrence Malick czy Jaco Van Dormael. I choć każdy z nich miał pełną dowolność w reinterpretacji opowieści myśliciela polskiego kina, żaden z nich tego wyzwania się nie podjął.
Symbolizm, element o iście biblijnej randze zawarty w filmach Kieślowskiego, ma jeden, absolutnie kluczowy cel: umoralnić widza, nie potępiając jednocześnie dyskusyjnych etycznie wyborów bohaterów. "Historie równoległe" Asghara Farhadiego, powstałe z inicjatywy Macieja Musiała i zmarłego w dniu premiery Krzysztofa Piesiewicza, grzebią tę przewodnią ideę "Krótkiego filmu o miłości" i pozostałych części "Dekalogu" na rzecz błahej komedii, która sama, mimo stosunkowo długiego metrażu, ciągle gubi się w swoim przesłaniu.
Historia bliźniaczo podobna do "Krótkiego filmu o miłości"
Ekscentryczna pisarka Sylvie (ikona francuskiego kina Isabelle Huppert) najlepsze lata kariery ma już dawno za sobą. Zabunkrowana w starym zagraconym mieszkaniu, rozpaczliwie szuka inspiracji do stworzenia czegoś nowego, prowadząc jednocześnie nużące, rutynowe życie. W myślach kreuje historię bliźniaczo podobną do "Krótkiego filmu o miłości" - stalkerkę, której obsesja na punkcie pięknej Anny (Virginie Efira) i jej kochanka (Vincent Cassel) z bloku z naprzeciwka wymyka się spod kontroli. Przyjmując do domu pomocnika, drobnego złodziejaszka Adama (Adam Bessa) i dając mu do przeczytania swój nowy manuskrypt, nie przypuszcza jednak, jak bardzo chłopak zainspiruje się postacią wzorowaną na kreacji Olafa Lubaszenki i sam zacznie obserwować mieszkającą obok artystkę Nitę (w tej roli także Virginie Efira).

Widzu, czy jeszcze nadążasz? - zdaje się pytać Farhadi średnio co kilka minut seansu. Absurd opowieści wchodzi na jeszcze wyższy poziom, gdy sfera wyobraźni odciska na bohaterach tak wyraźne piętno, że sami plączą się w tym, kim są naprawdę, a jak wygląda ich życie w alternatywnej, równoległej historii.
Detaliczną wiwisekcję ludzkiej słabości w filmowych esejach Kieślowskiego zastępuje satyryczna, z każdym kolejnym zwrotem akcji jeszcze bardziej kiczowata parodia wybitnych dzieł reżysera.
"Historie równoległe" zaliczają porażkę za porażką
Farhadi inspiruje się nie tylko "Krótkim filmem o miłości", ale i "Krótkim filmem o zabijaniu" czy krótkometrażowym "Tramwajem", tworząc reboot (remake?) pełen typowo francuskiego humoru i przyprawiających o zawrót głowy zwrotów akcji. Zrozumieć motywacje bohaterów to rzecz absolutnie niewykonalna.
W starciu z "Krótkim filmem" i całą resztą "Dekalogu" "Historie równoległe" zaliczają porażkę za porażką. Scenariuszowego chaosu nie ratują nawet największe gwiazdy francuskiego kina, mimo udanych występów Isabelle Huppert czy Vincenta Cassela. Wariacja na temat filmów Kieślowskiego wychodzi tu pokracznie i trwa zdecydowanie za długo. Pseudomoralizatorski wydźwięk, okraszony muzyką Zbigniewa Preisnera, sam gubi się w tym, co tak naprawdę chce sobą przekazać. Czego uczą nas historie o zdradzie, kłamstwach i uleganiu pokusom?
Po seansie "Historie równoległe" nie pozostawiają po sobie absolutnie niczego. Poza bólem serca i rozczarowaniem, szczególnie patrząc na dotychczasowe głębokie przesłanie "Klienta" czy "Rozstania" Farhadiego.
"Nieważne, gdzie się stawia kamerę, ważne jest - po co?" - brzmi jedna z moich ulubionych sentencji Kieślowskiego. Farhadi w "Historiach równoległych" odpowiedzi na to pytanie szuka bezowocnie.
5/10
"Historie równoległe" (Histoires parallèles), reż. Asghar Farhadi, Włochy, USA, Francja, Belgia 2026, dystrybucja: Monolith Films, polska premiera kinowa: 4 września 2026 roku.










